poniedziałek, 26 marca 2018

Od Moristiany CD Hael

Z jakże przyjemnej ciemności wyrwało mnie pacnięcie połączone z niezrozumiałym mamrotaniem jakiegoś wilka.
– Żyjesz?
Głos jasno wskazywał na basiora. Zmarszczyłam pyszczek w konsternacji.
Ach, no tak.
Niemal w tej samej chwili poczułam rwący ból w boku. Nie doskwierał mi on jakoś przesadnie, ale jednak był dosyć irytujący. Wokół słyszałam ciągle powtarzające się głuche dudnienie. Dziwne.
Niechętnie otworzyłam oczy tylko po to, aby zobaczyć, że nieznajomy wisi nade mną. I to dosłownie –  kilka centymetrów nad moją głową. Z tak bliskiej odległości mogłam zobaczyć żółte łatki na jego uszach i pysku. Podczas gdy ja przyglądałam mu się z bliska, on patrzył na mnie niezwykle uważnie z jakimś dziwnym błyskiem w oku. No to świetnie.
– Ekhem – przerwałam niezręczną ciszę, wstając wciąż dosyć chwiejnie na łapy. – Gdzie my tak właściwie jesteśmy?
– Jak widać w lesie. Konkretniej, co za niespodzianka!, pod drzewem. Przed chwilą zaczęło padać, jeśli jeszcze tego nie zauważyłaś, więc przeciągnąłem cię tutaj.
No cóż, faktycznie padało. Gradem.
Nagle niebo przecięła ogromna błyskawica, a głośny grzmot niemal natychmiast po niej zagrzmiał nam w uszach. Piorun uderzył w roślinę znajdującą się niecałe dwieście metrów od nas.  N i e c a ł e   d w i e ś c i e   m e t r ó w   o d   n a s. Cudnie.
Wilk zaklął szpetnie pod nosem, po czym zaczął się kierować w sobie tylko znanym kierunku. Nie przeszedł nawet trzech kroków, kiedy odwrócił się do mnie z rozdrażnieniem widocznym na pysku.
– Na co jeszcze czekasz? Chodź, nie mam zamiaru znaleźć się na miejscu tego krzaka.
I nie czekając na moją odpowiedź, pociągnął mnie za sobą.
– Mogę wiedzieć dokąd dokładnie mnie wleczesz? – warknęłam podirytowana, wyrywając się z jego uścisku.
Basior westchnął cierpiętniczo, jakby rozmawiał ze skończoną kretynką, na co cała się najeżyłam.
– Do medyka, ktoś chyba musi opatrzyć tą twoją ranę. Poza tym deszcz najwidoczniej postanowił dołączyć do gradu, a jakoś nie specjalnie widzi mi się zmoknąć.
– Medyka? – zapytałam z ożywieniem. – A więc macie tutaj jakąś watahę?
– Oczywiście, a co myślałaś? – prychnął.
– Buc – mruknęłam niewyraźnie pod nosem.
– Coś mówiłaś? – Uśmiechnął się do mnie z udawaną słodyczą.
– Nic co mogłaby cię interesować – burknęłam.
Przez następne pół godziny szliśmy w ciszy. Moja złość trochę – ale tylko trochę! – zelżała i było mi nieco głupio. Bądź co bądź gościu mógł mnie tam zostawić, a jednak w pewien sposób się mną zaopiekował. Chociaż ta jego opieka pozostawia wiele do rzeczenia. 
Nawet się mu nie przedstawiłam – uświadomiłam sobie ze wstydem. Dlatego też niewiele myśląc, wypaliłam:
– Moristiana.
– Co proszę? – odwrócił się do mnie marszcząc śmiesznie pyszczek.
– Moristiana – odpowiedziałam nieco głośniej.
– To jakiś nowy rodzaj trucizny? – zapytał szyderczo.
– Nie, moje imię pacanie – odwarknęłam, ponownie czując złość. No cóż, muszę przyznać, że ma wyjątkowy talent do wkurzania wszystkich wokół i nawet gdybym nie miała tak parszywego humoru od samego rana, chyba bym z nim nie wytrzymała.

< Hael? :) >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz