poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Isil Cd. Kohu

- Jest gorzej niż myślałam - powiedziałam, przypatrując się śpiącym, puchatym kuleczkom.
Wyglądały tak słodko... Były sierotami, w ich życiu wydarzyło się już dużo złego... A teraz jeszcze zaraza i głód... Szczeniaki były młode, nie miały zbudowanej odporności i dużo z nich padło ofiarą choroby. Dobrze, że Kohu zdecydowała się oddać im króliki.
- Tak... Jest dużo gorzej. Trzeba z tym coś zrobić - odparła biała wadera zapatrując się w tańczące płomyki ognia.
Przez chwilę się zastanawiałam.
- Mamy w watasze opiekunkę szczeniąt, prawda? - spytałam, a Kohu przytaknęła. Próbowałam przypomnieć sobie imię wadery. Coś z Rusałką... - To Rusnała?
- Rusłana - poprawiła mnie, po czym westchnęła. - Jest jedna, nic dziwnego, że nie daje sobie rady. A do tego dawno jej nie widziałam, nie wiem czy coś się jej nie stało...
Wadera zamyśliła się, a ja obserwowałam śpiące szczeniaki. Dostrzegłam, że jedna z waderek, ta jasnoszara z ciemniejszymi plamkami i dziwnym naszyjnikiem, leżała z boku, więc cicho wstałam, by ją przesunąć bliżej ognia. Kohu spojrzała na mnie pytająco, ale wskazałam jej głową szczenię na boku i jedynie się delikatnie uśmiechnęła.
Kiedy podeszłam do wilczka, zorientowałam się, że coś jest nie tak. I bynajmniej nie chodziło mi o to, że waderka miała więcej ogonów niż wilk powinien mieć. Waderka miała gorączkę i wysypkę. Dla pewności kazałam jej otworzyć pyszczek. Widząc malinowy język, moje wprawne oko medyka od razu postawiło diagnozę: zaawansowana płonica. Powiadomiłam Kohu, że mała jest chora i muszę wziąć ją do jaskini, gdzie mam wszystkie leki i odpowiednie warunki.
- Ta choroba jest bardzo zakaźna - tłumaczyłam na wpół Kohu, na wpół małym wilczkom, a może nawet sobie, badając wszystkie szczeniaki po kolei.
Żaden inny maluch nie wydawał się chory, co wydawało mi się dziwne. Ale może jeśli waderka cały czas trzymała się tak na uboczu, jak teraz, ominęła je choroba. Na wszelki wypadek podam im lek, tak zapobiegawczo.
- Jak się nazywasz? - spytałam szarą waderkę, gdy skończyłam badać resztę.
- Lakote, proszę pani - powiedziała cichutko, wpatrując się we mnie z cieniem przerażenia.
- Wezmę cię do jaskini, Lakote, żeby Cię wyleczyć, dobrze? - spytałam, a ona tylko potaknęła.
Zabrałam ją do swojej jaskini i położyłam na skórach, przeznaczonych dla pacjentów. Podałam jej lekarstwo i ziołową miksturę nasenną. Kiedy Lakote zasnęła, a ja upewniłam się, że gorączka trochę opadła, wzięłam resztę leku i ruszyłam szybko z powrotem do ośrodka adopcyjnego.

<Kohu? Trochę dziwnie wyszło, wiem...>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz