niedziela, 28 stycznia 2018

Od Kordiana Cd. Rusłany

Otuliła mnie ciemność. Energia uciekała ze mego ciała jak z otwartej rany krew i czułem jej łagodne ciepło. W oczy uderzał zbyt jasny blask, który wnet zmienił się w ten mrok pozbawiający sił i świadomości. Jak przez mgłę dobiegł mnie krzyk Rusłany. Chciałem się wyrwać, za wszelką cenę skoczyć jej na pomoc, zachować resztki woli, ale moje ciało nie chciało już słuchać, wiec tylko słabe skomlenie wyrwało się z mojej krtani nim skrępowało mnie zupełne odrętwienie, jakby paraliż duszy. W pół skoku, w pół słowa dopadł mnie zmierzch bez snów. Ufałem Jauoenowi, ale nie byłem pewien czy równie ważne będą dla niego moje priorytety. Cóż znaczy jedna wadera wobec świata? A przecież dla mnie była wszystkim.

***

Ocknąłem się w jakiejś jaskini o niskim lodowym sklepieniu. Znaczyły ja drobne jaśniejsze żyłki. Przebiegł mnie dreszcz. Sądziłem, że wciąż jestem uwięziony przez Nazgrela.

- Nie możesz mnie tu więzić przez wieczność! Nic ci nie powiem! – wrzeszczałem jak w malignie. Próbowałem się poruszyć, ale członki nie słuchały rozkazów umysłu i pozostawały sztywne i zimne jak otaczająca je zmarzlina. – Co mi zrobiłeś!

Byłem bezbronny, sparaliżowany i nie pamiętałem właściwie jak się tu znalazłem. Z boku musiałem wyglądać jak wariat, ale to jakoś nie dochodziło do mnie wtedy. Do jako takiego porządku doprowadził mnie dopiero uspokajający głos Jauoena.

- Kordianie – przemówił tym swoim wielogłosem przypominającym szum potoku - pokonaliśmy go.

Spróbowałem obrócić głowę i natychmiast poczułem potworny ból jakby moja czaszka rozpadała się na drobne kłujące okruchy.

- Nie ruszaj się – uprzedził już po czasie.

- Ymm – skrzywiłem się jakbym właśnie ugryzł cos niezjadliwego – zauważyłem.

- Wybacz te środki ostrożności… straciłeś wiele energii i nawet nieco krwi. Wolałem, żebyś jakiś czas poleżała zanim wrócisz do normalnej aktywności. Wiem jednak, że zawsze byłeś narwaniec i dlatego postanowiłem przymusowo cię unieruchomić.

Kusiło mnie, aby zapytać, co właściwie mi podał, ale były przecież dużo ważniejsze pytania, na które odpowiedź mogła zaważyć nad całym moim życiem. 

- A Rusłana? Czy ona… - głos uwiązł mi w gardle, a do oczy napłynęły łzy. Ostatnie, co pamiętam, to jej krzyk jakby ruszała do ataku, a przecież kazałem im uciekać i …

- Spokojnie żyje.

Uśmiechnąłem się z ulgą i swobodnie opadłem na posłanie oddychając ciężko.

- A jak się czuje? – zapytałem już nieco łagodniej.

- Sam ją zapytaj – odparł duch i wówczas usłyszałem jej delikatne kroki na chłodnej posadzce. Po chwili zaś ujrzałem ponad sobą jej piękną twarz. Długie włosy łaskotały mój bok.

- Rusłano – szepnąłem, gdy była już dość blisko – tak się bałem, że cię stracę

<Rusłana?>

środa, 3 stycznia 2018

Od Kohu Cd. Isil

W chwili gdy biały, puszysty ogon Isil, zniknął za załomem skalnym, powoli wstałam i zaczęłam powoli dreptać w kółko. To był jeden z moich silnych nawyków. Gdy intęsywnie myślałam, chodziłam. Zataczałam powolne kręgi wokół ognia, a gdy wszystko sobie jako tako ułożyłam, usiadłam blisko ognia, tuląc do siebie szczeniaki i zaczęłam nucić starą kołysankę.

Piękny kwiatku, Wilcze dziecię
Śnij, gdy pokój jest na świecie
Lecz czas każdy żywot zmąca
Co trwa jeszcze, czeka końca
Piękny kwiatku, dziecię Wilka!

Właśnie tyle, słówek kilka
Zalęknione serca małe
Niech rozgrzeją je te stare.
Piękny kwiatku, Wilcze dziecię
Nie zapomnij o swym świecie
Bo choć bardzo gdzieś daleko
Leży zapomniane, Hanja-leno*

Gdy wybrzmiały ostatnie tony, wszystkie szczeniaki spały z noskami wtulonymi w ogony. Ukołysana szeptem liści, trzaskaniem ognia i równomiernym bębnieniem deszczu, usnęłam na dobre.

***

Obudziło mnie lekuchne stąpanie wilczych łap na trawie i cichy zgrzyt pazórów o kamienie. Czujnie podniosłam głowę, ale upewniwszy się, że to jedynie Isil wróciła, ułożyłam się w poprzedniej pozycji.

- Jak tam nasza mała chora? - spytałam szeptem, nie chcąc budzić szczeniąt wtulonych w mój ciepły brzuch.
- Jak narazie dobrze. Sytuacja opanowana. - odparła biała wadera dorzucając parę gałęzi do ognia. Iskry zatańczyły i uniosły się aż pod sam sufit jaskini.

W tym samym momencie do jaskini cicho weszły dwa wilki i zostawiły nam więcej drwa na opał. Isil podziękowała im skinieniem głowy, a Hael i Light (o ile się nie mylę) wycofali się na zewnątrz.
Zamierzałam przespać tę noc z maluchami. Zapowiadało się ciekawie.

* Hanja-leno - w języku ojczystym Kohu, znaczy to tyle co Stare Miasto. Uważany, przez tamtejsze wilki za kolebkę ich kultury.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Haela Cd. Light

- Nie zamierzam robić z siebie idioty, tylko i wyłącznie dlatego, że jakaś praktycznie obca mi wadera próbuje zagiąć mnie wątpliwej jakości ironią


Mówiąc to spojrzałem na nią jak na małego nie posłusznego szczeniaka. Następnie schyliłem łeb i podniosłem parę suchych gałązek. Wrzuciłem je na kupkę, którą uzbierała wadera i właśnie obracałem się by poszukać więcej drewna na opał gdy Light spytała mnie tym swoim wnerwiającym, przepełnionym cukierkowym szczęściem głosem:


- Jednak nie jesteś taki niemiły? Jeszcze będą z ciebie wilki
- Tsa… Może taki nie…. Jednak na pewno gorszy niż myślisz
- Czemu tak mówisz? Nie uważam, żebyś był zły
- Nie jestem zły. Jestem tragiczny. Czasem dobrze, że niektórzy czegoś nie dostrzegają. To przynajmniej znaczy, że jestem dobrym aktorem. Życz mi powodzenia na deskach scenowych.


Wadera naprawdę już mnie irytowała. Dorzuciłem parę ostatnich gałęzi, a następnie obróciłem się do wadery tyłem z zamiarem odejścia.


- Ty zawsze musisz tak odchodzić?
- To znaczy jak?
- No nie wiem… Tak jakoś tyłem? - odparła Light
- Nie… Mogę jeszcze odchodzić przodem, jak wolisz patrzeć w moje ślepia - rzuciłem jej jedno spojrzenie moich intensywnie żółtych oczu, by mieć pewność, że na razie się ode mnie odczepi.


***


Śniła mi się znowu ona. Jej poszarpane ciało, zastygłe w przerażeniu oczy i ufny wyraz pyska. Leżała już martwa. Za nią skuliły się dwa puszyste kłębki. Również zabite. A ja znów stałem w tym samym miejscu, z tym samym przerażeniem i z tą samą krwią, lepiącą moją sierść.


Zbudziłem się z krzykiem, od razu podrywając się na równe łapy. Nie mogąc dalej spać wyszedłem przed jaskinię i wdrapałem się na pobliski pagórek. Usiadłem na jego szczycie patrząc na gwiazdy oraz księżyc w nowiu. Widok przesłaniały mi łzy, próbujące uciec spod moich powiek. Rozpocząłem swoją wilczą pieśń, wzywając wszystkie duchy, które mogłyby ukoić moje zbolałe serce.

< Light? >

Od Isil Cd. Kohu

- Jest gorzej niż myślałam - powiedziałam, przypatrując się śpiącym, puchatym kuleczkom.
Wyglądały tak słodko... Były sierotami, w ich życiu wydarzyło się już dużo złego... A teraz jeszcze zaraza i głód... Szczeniaki były młode, nie miały zbudowanej odporności i dużo z nich padło ofiarą choroby. Dobrze, że Kohu zdecydowała się oddać im króliki.
- Tak... Jest dużo gorzej. Trzeba z tym coś zrobić - odparła biała wadera zapatrując się w tańczące płomyki ognia.
Przez chwilę się zastanawiałam.
- Mamy w watasze opiekunkę szczeniąt, prawda? - spytałam, a Kohu przytaknęła. Próbowałam przypomnieć sobie imię wadery. Coś z Rusałką... - To Rusnała?
- Rusłana - poprawiła mnie, po czym westchnęła. - Jest jedna, nic dziwnego, że nie daje sobie rady. A do tego dawno jej nie widziałam, nie wiem czy coś się jej nie stało...
Wadera zamyśliła się, a ja obserwowałam śpiące szczeniaki. Dostrzegłam, że jedna z waderek, ta jasnoszara z ciemniejszymi plamkami i dziwnym naszyjnikiem, leżała z boku, więc cicho wstałam, by ją przesunąć bliżej ognia. Kohu spojrzała na mnie pytająco, ale wskazałam jej głową szczenię na boku i jedynie się delikatnie uśmiechnęła.
Kiedy podeszłam do wilczka, zorientowałam się, że coś jest nie tak. I bynajmniej nie chodziło mi o to, że waderka miała więcej ogonów niż wilk powinien mieć. Waderka miała gorączkę i wysypkę. Dla pewności kazałam jej otworzyć pyszczek. Widząc malinowy język, moje wprawne oko medyka od razu postawiło diagnozę: zaawansowana płonica. Powiadomiłam Kohu, że mała jest chora i muszę wziąć ją do jaskini, gdzie mam wszystkie leki i odpowiednie warunki.
- Ta choroba jest bardzo zakaźna - tłumaczyłam na wpół Kohu, na wpół małym wilczkom, a może nawet sobie, badając wszystkie szczeniaki po kolei.
Żaden inny maluch nie wydawał się chory, co wydawało mi się dziwne. Ale może jeśli waderka cały czas trzymała się tak na uboczu, jak teraz, ominęła je choroba. Na wszelki wypadek podam im lek, tak zapobiegawczo.
- Jak się nazywasz? - spytałam szarą waderkę, gdy skończyłam badać resztę.
- Lakote, proszę pani - powiedziała cichutko, wpatrując się we mnie z cieniem przerażenia.
- Wezmę cię do jaskini, Lakote, żeby Cię wyleczyć, dobrze? - spytałam, a ona tylko potaknęła.
Zabrałam ją do swojej jaskini i położyłam na skórach, przeznaczonych dla pacjentów. Podałam jej lekarstwo i ziołową miksturę nasenną. Kiedy Lakote zasnęła, a ja upewniłam się, że gorączka trochę opadła, wzięłam resztę leku i ruszyłam szybko z powrotem do ośrodka adopcyjnego.

<Kohu? Trochę dziwnie wyszło, wiem...>