sobota, 30 grudnia 2017

Od Kordiana Cd. Rusłany

Zacisnąłem mocniej zęby starając się nie okazywać bólu, jaki przy każdym stąpnięciu rozchodził się od skaleczonej łapy. Nie chciałem, by Rusłana widziała mnie takim. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, co przeszła. Sierść miała posklejaną od błota, skołtunioną i tylko świeże ślady łez przeświecały na niej srebrnymi stróżkami, a lśniące oczy skurczone przerażeniem wpatrywały się we mnie takim nieokreślonym spojrzeniem. A jednak była piękna… w całym swym cierpieniu, które znosiła dla mnie była najpiękniejsza. Skłoniłem lekko pysk zasłaniając krwawe rozdarcie na łopatce i ignorując ponaglające posykiwania Sereny szepnąłem z przejęciem i troską w głosie, może nawet z tajonymi łzami winy:

 - Jak się czujesz?

Szept mój szorstki i głęboki zginął gdzieś w podmuchach śnieżycy rozbijającej się o brzegi lodowej kadzi naszego więzienia, a może raczej uwiązł w zaschniętej krtani przemieniając w przytłumiony pomruk zagłuszany donośnym biciem stworzonego serca. Musiała mnie chyba usłyszeć jednak, zrozumieć, bo skinęła łagodnie głowa rozsypując falę ciemnych włosów. Przez moment pozwoliłem mojemu spojrzeniu utonąć w tych jej pięknych stalowych tęczówkach roziskrzonych zimnymi odblaskami zimy. Tą chwilę, kiedy czas się zatrzymał przerwało natarczywe naleganie mojej wężycy:

- Gruchacie sobie gołąbeczki. Stary pacan. Lepszego momentu na amory nie masz.
- Dasz radę iść – zapytałem zerkając wciąż z niepokojem na waderę. Znów potaknęła bezgłośnie.
- Zabierz ją stąd i uciekajcie – przemówiłem stanowczo do magicznej towarzyszki.
- A ty, co?! Bohaterstwa ci się zachciewa, tak?! Rozum odjęło?! Tyś się w główkę nie przy grzmocił za mocno kochasiu?! – perswadowała rozpaczliwie starając się przekonać mnie bym poszedł razem z nimi. Uśmiechnąłem się do niej łagodnie.
- Nie zostawię tak Jauoena! Nie tym razem. Musicie iść. Ty także Rusłano… kocham cię i nie mogę kolejny raz cię stracić. – Podszedłem i pocałowałem ją w czoło. – Chcę być pewien, że jesteś bezpieczna.

Z furią ruszyłem naprzód między śmigającymi dokoła kulami energii. Dokoła siebie czułem pulsującą aurę mojej przemiany w Miseriosa. Gęsta sierść falowała spiesznym oddechem, mięsnie pulsowały, a krew krążyła szybciej. Tylko rana na łapie nie chciała się zregenerować tak szybko i kiedy dopadłem wreszcie przyjaciela wprost upadłem pod jego stopy. Dyszałem ciężko, ale byłem pewien, że moja magiczna energia jest nienaruszona. Potężny duch nie przerywając odpierania wściekłych ataków demona przemówił do mnie tubalnym głosem, który zdawał się rozszczepiać w powietrzu na tysiące osobnych głosów.

- Po co tu przyszedłeś? Mieliście uciekać? – przemówił bez cienia wdzięczności, ale i bez rozgoryczenia, jakby właśnie tego się spodziewał.
- Ona musi żyć – powiedziałem oszczędzając sobie wysiłku dalszych wyjaśnień – Rób co musisz. Nie Ważne ile to będzie mnie kosztować.

Poczułem, że jakaś siła unosi mnie z zimnej posadzki, a magia wypełnia od środka, jakby coś spalało mi wnętrzności i w tym momencie straciłem świadomość.


<Rusłana? Lepiej późno niż wcale, a pisanie z tobą to prawdziwa przyjemność>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz