sobota, 19 sierpnia 2017

Od Kordiana cd. Rusłany

Gnałem przed siebie nie zważając na  zimny wicher tnący mnie jak lodowymi biczami po grzbiecie i pysku, ani na wirujące dookoła zjeżone kryształkami lodu śniegowe płatki, w których promienie słońca rozczepiały się na migotliwe punkciki połyskujące wielobarwną tęczą. Im wyżej piąłem się na strome szczyty tym więcej było ostrych skał raniących łapy, półek pokrytych szronem z których łatwo było się ześlizgnąć i pogruchotać sobie kości lądując w pobliskiej przepaści. Musiałem być ostrożny co prawda nie łatwo było mnie zabić, ale za to nie takim trudnym było zranienie mnie o czym przekonałem się w ciągu ostatnich godzin. Wreszcie wieczorem, będąc u kresu sił stanąłem u stóp góry Haznar. Jeśli przypuszczenia mnie nie myliły tu Khartan musiał przetrzymywać Rusłanę. Zimno stępiło mi zmysły i nawet w boskiej przemianie dawało się we znaki, tak jak i zmęczenie, jeśli o to chodziło mojemu wrogowi to plan powiódł mu się całkiem nieźle. Byłem tak bezsilny jak młode szczenię i drugi raz już w moim życiu czułem to nieprzyjemne uczucie ściągające żołądek w supeł o którym większość mówi "strach". Nie bałem się, że utracę życie, bo już od dawna mi na nim nie zależało. Czułem lęk przed utratą tych pięknych chwil jakie przeżyłem z Rusłaną, to o nią najbardziej się martwiłem. Być może przez skrajne wyczerpanie zapomniałbym nawet o celu mej wędrówki, ale ilekroć zamykałem oczy stawał mi przed oczami przemoczona letnim deszczem, pachnąca kwiatami, uśmiechająca się z tą niewymuszoną skromnością i prostotą. Taką chciałem ją pamiętać, nawet gdybym miał spędzić resztę życia w lochach twierdzy mojego wroga w niedostępnych korytarzach szczytu Haznar. Ledwie postawiłem swe łapy na krawędzi kamiennych schodów ułożonych z potężnych płaskich bloków granity, gdy monumentalna brama z głośnym skrzypnięciem rozwarła się an oścież. Pierwsze co poczułem to zapach ludzi. Nie zdziwiło mnie to tym bardziej iż wejścia strzegły dwa zdekompletowane szkielety szczerzące nierówne zęby w złośliwym uśmieszku. Demony nigdy nie zajmują siedzib zbudowanych własnoręcznie, wolą te z bogatą i mroczna historią jaką niewątpliwie poszczycić się mogło to miejsce opuszczone przed wiekami, ale obficie wcześniej napojone krwią i zdradą. Kolejną rzeczą jaka zwróciła moją uwagę był  rozmazany krwawy ślad ciągnący się po posadzce. Zmroził mnie lodowaty dreszcz. Nie mogłem uwierzyć, że coś jej się stało. Łamiąc wszelkie zasady ostrożności pognałem przed siebie w mroczną czeluść. Po kilku minutach biegu podczas, którego mój przyspieszony, ciężki oddech wyprzedzał mnie znacznie powtarzany przez echo czające się w skalnych załomach jak spłoszony ptak. Wreszcie wpadłem na dziedziniec. Na jego środku na tronie zasiadał mój najzacieklejszy przeciwnik. W zębach trzymał świerzo upolowanego śnieżnego królika.
- Nie sądziłem, że jego świetlistość tak jest delikatny, iż zlęknie się widoku krwi.
- Czuję, że na jej widok odczuję radość, gdy będę pewien iż należy do ciebie nie zaś do kolejnej twojej ofiary
- Uważaj byś sam przypadkiem swojej nie przelał. Ach, zapomniałem ty wolisz się zasłaniać pięknościami takimi pięknościami jak nasza Ofelia, czy jak ta wadera miała na imię...
- Jeśli ja skrzywdziłeś bądź pewien, że...
poczułem jak krew napływa mi do pyska, a całe ciało drży gotując się do skoku.
- Co zrobisz, no... nic nie zrobisz. Dałeś się złapać jak niedoświadczony szczeniak i to na co ... na szczenięcą miłość...jesteś zbyt słaby, by dzierżyć w swych łapach taka moc. Oddaj ją mnie, a ja zrobię z niej użytek.
- Nie wiesz co robisz... - ostrzegłem warcząc z cicha.
- A ty wiesz... myślisz, że ochronisz tą moc przede mną. Nie potrafisz zapewnić bezpieczeństwa nawet swojej ukochanej. Cała moc zużyłeś na dotarcie tutaj więc lepiej honorowo poddaj się, bo zaraz i tak legniesz mi u stóp
Od strony umieszczonych przy ścianach dziedzińca klatek usłyszałem stłumione jęknięcie.
- Rusłana - szepnąłem do reszty tracąc siły.
- Wypuść ją - zwróciłem się do mojego wroga.
- A co dostanę w zamian - zapytał chytrze.
- Mnie - powiedziałem cicho spuszczając głowę.
- Głośniej - nagrywał się demon.
- Dostaniesz mnie, zadowolony - krzyknąłem
Potężny basior zaśmiał się sucho.
- To już mam...
- Tak ci się wydaje? - warknąłem. Chciałem się rzucić na niego, ale nagle jakieś ostrze wbiło się boleśnie w moją łapę. Nie wiedziałem jakim cudem mój wróg zdobył jedyną broń mogącą zabić nieśmiertelnego, ale nie maiłem wątpliwości co właśnie wbiło się w moje ciało. Mimo najszczerszych chęci jęknąłem z bólu, gdy cieniutka stróżka krwi wypłynęła na śnieg.
- Zanieście go do celi niech przemyśli jeszcze raz co jest w stanie mi dać, w końcu przecież nigdzie nam nie ucieknie - zachichotał mój oprawca i po chwili dwa rosłe wilki wrzuciły mnie do więzienia tuż obok tej, którą miałem uratować.
- Rusłana - szepnąłem gdy na placu było już pusto - przepraszam ze cie w to wciągnąłem.
<Rusłana? Przepraszam że mam znów tak gigantyczne opóźnienie> 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz