wtorek, 30 maja 2017

Od Kordiana cd. Rusłany

Wszystko wkoło mnie wyglądało tak samo, jak przed chwilą. Na wątłych gałązkach chwiały się puchate ptaszki trzymając się patykowatymi szponkami drobniutkich drewnianych podnóżków. Kwiaty rozsiewały w powietrzu swą upajającą woń, a drobinki rosy drgały na soczyście zielonych listkach. A jednak. A jednak we mnie zmieniło się wszystko. Chwilę stałem na polance głęboko wciągając w nozdrza powietrze, by wychwycić w nim wrogi zapach. Wreszcie skierowałem się do miejsca, gdzie ostatnio nas zaatakowano. Stanąłem na ścieżce rozglądając się badawczo. Wreszcie wściekły na własną bezsilność zacząłem wołać donośnym głosem.
- Pokaż się Khartanie, a może tchórzysz. Zawsze tak było!
Odpowiedział mi tylko łagodny szmer koron drzew. Długo jeszcze błądziłem między drzewami zdecydowany na wszytko, byle tylko raz na zawsze rozprawić się z zagrożeniem. Byle tylko ona była bezpieczna. Nasz pocałunek wciąż rozchodził się ogniem po moich żyłach. Wiedziałem że przekazałem jej nieśmiertelność i dzięki temu czułem, że jest bezpieczniejsza. Jeśli ktokolwiek zasługiwał na ten dar, to właśnie taki anioł jak ona. Przyłapałem się na tym iż wciąż mam przed oczami jej obraz, gdy wtedy stała przemoczona, a grzywka opadała jej na oczy. Zawołałem jeszcze raz i wreszcie dałem temu spokój. Zrozumiałem iż uganianie się po lesie, w ciemnościach nie ma sensu. Tym bardziej, iż księżyc stał w nowiu, co potęgowało oddziaływanie demonicznych sił. Skierowałem się w stronę jaskini. Nagle poczułem jakiś dziwny niepokój, który kazał mi ruszyć na samotną polanę. Zapadł już zmierzch i wokoło było zupełnie ciemno. Szedłem ostrożnie wymijając suche gałązki, by nie zdradzić się najmniejszym szelestem. Wreszcie przedarłszy się przez gąszcz splątanych krzewów dotarłem na środek trawiastego placu między drzewami. Ziemia tonęła w szmaragdzie, a w kropelkach rosy tańczyły srebrne nici księżycowego światła.Dookoła prześwitu między drzewami kłębił się wianuszek fioletowych kwiatów. Czułem jednak ucisk w sercu i nic mnie nie cieszyło w tym cudnym krajobrazie. Nagle zastygłem prężąc wszystkie mięśnie na ziemi leżał kwiatek, który podarowałem Rusłanie. Miała go dziś we włosach. W aksamicie delikatnych płatków ostał się jeszcze słodki zapach jej sierści. Warknąłem ostrzegawczo jeżąc sierść. Dookoła mnie rozległy się skrzekliwe śmiech. Rozejrzałem się i wtedy je dostrzegłem. Potworne wilcze maski otaczające mnie dookoła. Nie pochodziły z tego świata, a ich płynna błękitnawa materia przelewała mi się między zębami, gdy starałem się ją schwycić. Klatka piersiowa falowała mi przyspieszonym oddechem. Dookoła łap i na ich powierzchni pełgały mi jasne ogniki, te same, które zapalały się w moich oczach.
- Rusłano! - krzyknąłem na pół groźnie, na pół rozpaczliwie - gdzie jesteś?
- Ona cie nie słyszy - Zadrgało w powietrzu. Od razu rozpoznałem głos mego wroga.
- Przestań chować się za maskami, tchórzu!
Zaśmiał się gardłowo, a po chwili kontynuował.
- I mówisz mi to ty, który uciekasz przede mną, od śmierci nieodżałowanej Ofelii, jak jakiś szczur. Przykro, że znów będę musiał zmarnować przez ciebie taki kwiatuszek.
- Tknij ją, a... - warknąłem.
- I co mi zrobisz? Tak się składa, że to ja mam wszystkie atuty w ręku, więc zrobisz co ja ci karzę.
- Czego zatem chcesz?!
- Tego co zawsze jej wolność za twoja i za "język królów" oczywiście?
- Zdaje mi się że to nie jest uczciwy układ.
- Zdaje mi się, że nikt cie nie pyta o zdanie.
Warknąłem i okropne widma zniknęły. Wiedziałem, że interesant na pewno zostawi mi jakieś znaki i rzeczywiście wyczułem w powietrzu nieprzyjemny siarkowy zapach. Ruszyłem za nim i na pniu drzewa dostrzegłem napis:
"Mam twoje serce dziś skute lodem w kraju gdzie niebo płonie
Oddam ci gdy ty dasz mi co moje głowę skłoniwszy w służalczym pokłonie"
- Zorza nad górami Ismerin - mruknąłem do siebie - tam ją przetrzymuje.
Oczy moje zapłonęły nienaturalnym blaskiem, a sierść pokryła się srebrzystą poświatą.
- Już wkrótce Khartan przekona się, że są demony których lepiej nie budzić. Było mi wszystko jedno co stanie się ze mną, ale musiałem ją ocalić, bo bez niej to wszystko nie miało sensu.
U swego boku poczułem czyjąś obecność. Tajemniczy duch po chwili odezwał się szeptem.
- Nie pozwolę was skrzywdzić
Była to Ofelia, ale to nie jej głos dodawał mi sił. Teraz liczyła się Rusłana i to jej włoanie zmuszało mnie do nadwilczego wysiłku. Wdrapałem się na wzgórze skąd widziałem już ośnieżone szczyty.
- Rusłano - zawyłem w stronę bladego księżyca obojętnego na nasz los. Po moich policzkach stoczyły się dwie wielkie i gorące łzy. - Odnajdę cie. Rusłano
Szepnąłem jakby dla utwierdzenia w tej myśli, która teraz była moją ostatnią deską ratunku.

<Rusłana? Przepraszam, że tyle czekałaś>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz