sobota, 8 kwietnia 2017

Od Arteni cd. Kobe


Leżałam na ziemi oddychając ciężko. Długo musiałam walczyć nim wyrwałam się spod mocy rogu i miałam świadomość, że teraz skoro pozwoliłam na pierwszą przemianę będzie mi tylko ciężej. Musiałam to zrobić choćby miał się do mnie nie odezwać już nigdy to wolałam, żeby był obrażony, niż martwy. Z oczu płynęły mi strugi łez, czego wstydziłam się sama przed sobą. Miałam ochotę nie ruszać się i spokojnie czekać, aż umrę z głodu, choć na pewno wiedziałam, że istnieje sposób, by się stąd wydostać. Czy byłam naprawdę potworem? Uciekałam od tego pytania, bojąc się odpowiedzi, a jednocześnie czując nurtującą potrzebę rozwiązania tej zagadki. Jedynym zaś sposobem był przyjęcie swego losu i sprawdzenie, dokąd ta droga mnie zaprowadzi. Podeszłam do głazu i uważnie obejrzałam go z każdej strony. Rzeczywiście u góry dojrzałam nie wielki prześwit. Wskoczyła zręcznie na skalny występ, Z niego na kolejny i wreszcie wygramoliłam się na zewnątrz. Stanęłam ponownie na brukowanej kamieniami ścieżce wiodącej w głąb lasu złożonego z bezlistnych drzew o rozczapierzonej plątaninie szponiastych gałęzi skąpanych w niezdrowej czerwieni. Wzdrygnęłam się czując na sobie powiew delikatnego wiatru tak inny od zaduchu panującego w jaskini. Wciągnęłam w nozdrza woń krwi przesycającą powietrze. Skąd pochodziła? Wreszcie dostrzegłam niewielką jej plamkę na trawie. Wykwitał z niej kwiat o purpurowo-czarnych płatkach. „Kwiaty wojny” przemknęło mi przez myśl. Słyszałam już o nich od naszego barda. Najwyraźniej tutaj po raz pierwszy użyto rogu. Rozejrzałam się niespokojnie sprawdzając czy nie ma ich więcej, ale niczego nie dostrzegłam tylko ból w okolicach znamienia wzmógł się znacznie. Odruchowo ścisnęłam podarowany przez Artemidę artefakt i nieznośne pieczenie zmalało. Może do tego miał służyć ten dziwaczny wisiorek. Skoro tak to, do czego był drugi, który miał Kobe. Na wspomnienie o nim znów pociekły mi łzy. Otarłam je łapą i ruszyłam naprzód. Każdy krok zdawał mi się oddalać mnie od tego, co znałam i choć wstydziłam się do tego przyznać bałam się. Szłam tylko po to, by nie zdawać sobie z tego sprawy. Pod wieczór ledwie powłóczyłam łapami, a wokół siebie słyszałam obłąkańcze wycia. Las nie miał końca. Brukową ścieżkę porastał rdzawy mech i pokrywały rude i czerwone liście. Z gałęzi od czasu do czasu podrywały się stadka wron. Nie zatrzymywałam się nawet, by zapolować zresztą nie było, po co bo było tu naprawdę nie wiele możliwych zdobyczy. Wreszcie zaczęłam się zataczać i musiałam gdzieś przystanąć. Leżąc na tyle przypominałam nieżywą, że udało mi się przywabić padlinożerców. Kruki nie były ani najsmaczniejsze, ani specjalnie pożywne, ale musiały wystarczyć. Schowałam się wreszcie w wydrążonej uschłej wierzbie, na straży zostawiłam kilka iluzji. Sen jednak długo nie przychodził. Ilekroć zamykałam oczy widziałam przerażony pyszczek Kobe. Wreszcie zdesperowana zaczęłam szeptać sama do siebie z nadzieją, że i on mnie usłyszy:
- Odezwij się proszę na jawie lub we śnie
Nie pozwól być potworem, którym widziano mnie wcześniej
<Kobe? Przepraszam ze tyle to trwało…>   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz