wtorek, 28 lutego 2017

Od Artenii cd. Kobe

Ledwie poczułam na swoim ciele delikatne muśnięcie aksamitnej sierści Kobe, natychmiast zesztywniałam, jakby sam dotyk mógł zmienić mnie w kamień. Musiał chyba coś wyczuć, albo odczytać z mojego wyrazu twarzy, bo także zmieszał się i patrzył na mnie pytająco gotów w każdej chwili odejść i ułożyć się koło ogniska.
- Zostań, wszystko w porządku – szepnęłam starając się nieco odprężyć. Z wymuszona swobodą położyłam się na posłaniu i zmrużyłam oczy. Wciąż czułam na sobie jego wzrok.
- Śpisz, czy planujesz tak gapić się całą noc? – rzuciłam z żartobliwym wyrzutem, choć wcale nie było mi do śmiechu. Ostatecznie poddał się i ułożył obok. Wstrzymałam oddech, ale jak można było się spodziewać nic się nie stało. Poczekałam, aż zaśnie i otworzyłam zamknięte dla niepoznaki oczy. Przywykłam do długich podróży, więc byłam mniej zmęczona. Był jedyną taką osobą. Uświadomiłam sobie, że przy nim czuję się bezpiecznie, mimo że potrafi wpaść na tak genialne pomysły jak śpiewanie w lesie pełnym potworów, albo mógł zaświecić niespodziewanie. Nie chciałam go budzić, więc wstałam po cichutku i podeszłam do skały, którą zasunął wejście, jako ze znajdowała się najdalej od naszego posłania. Wyciągnęłam nieco świecącego proszku i zaczęłam rysować nim różne obrazki. Walczyłam z wzruszeniem, ale wreszcie wzięło ono górę. Wzory wirujące w powietrzu wróciły posłusznie do słoika, a ja przytuliłam się do zimnej skały. Z oczu potoczyły mi się wielkie łzy. Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Nie wiem, jakim cudem mój towarzysz podszedł tak blisko mnie niezauważony.
- Nie skradaj się tak, bo zrobię ci krzywdę – szepnęłam pospiesznie odwracając głowę, by ukryć drobne kropelki na policzkach. Delikatnie uniósł mój pyszczek łapą.
- Co się stało, zrobiłem coś nie tak?
- Nie – odparłam pospiesznie – po prostu trochę się boję … i cieszę
Pokręcił głową.
- Niektóre wadery są naprawdę chodzącą zagadką, rozumie ze ten las nie jest może najprzyjemniejszy, ale…
Przycisnęłam mu łapkę do ust.
- Nic nie mów, a posłuchaj… w mojej watasze nie wolno było okazywać uczuć to wiesz, ale też starano się każde pozytywne doznanie zohydzić. Jeśli jakaś wadera miała poślubić ukochanego musiała najpierw spędzić noc z brutalnym wodzem… Między innymi, dlatego rodzice przeznaczyli mnie do stanu kapłańskiego. Mówili, że jako służebnica Artenii nie mogę mieć partnera. Nie do końca było to prawdą, ale chroniło mnie przed zapędami tego tyrana. Wtedy będąc jeszcze dzieckiem zrozumiałam i pogodziłam się z tym, że nigdy nie znajdę wilka, który zechce zostać choćby moim przyjacielem. Basiorom nie wolno się było do mnie zbliżać, a i ja unikałam wszystkich. Dlatego nie potrafię rozmawiać, a każda bliskość nawet podanie łapy sprawia ze staję jak słup soli i nie wiem jak się zachować. Ty jednak nie zrażasz się. Znów wierzę, że mogę być normalna.
To była chyba moja najdłuższa wypowiedź w moim życiu. Otarłam łzy i spojrzałam na milczącego basiora. Wreszcie nie mogąc się powstrzymać przytuliłam się do niego, brudząc mokrymi policzkami.
- Dziękuje, że mnie ocaliłeś
<Kobe? Mam nadzieję że ci się spodoba, bo długo musiałeś niestety czekać>

niedziela, 26 lutego 2017

Legalne Galerie

Oto niewielki spis legalnych galerii z portalu DeviantArt, które bez obaw możecie używać i publikować w swoich Formularzach lub w opowiadaniach blogowych:


Lhuin (Wilki i Towarzysze)

UWAGA: Jeśli zdjęcie Twojego wilka lub towarzysza nie pochodzi z wyżej wymienionych galerii, koniecznie skonsultuj się z administratorami watahy w celu autoryzacji obrazka. 
Kierując się wspólnym dobrem nie chcemy, by blog został zbanowany przez nielegalne arty.

Od Kordiana cd. Rusłany


Uśmiechnąłem się delikatnie do niej. Wyglądała lepiej niż poprzedniego wieczoru, ale nadal wydawała się bardzo słaba, a niewygody podróży także nie przyczyniły się do poprawy jej stanu. Przeklinałem się za to, że nie zapewniłem jej jakiegoś wygodniejszego środka transportu. Teraz jednak nic już nie mogłem na to poradzić. Zdecydowałem się więc przynajmniej odpowiedzieć na jej pytanie: 
- Artenia jest moją przyjaciółką z czasów początków mojej wędrówki. Ufasz mi?
Zapytałem nieśmiało. Nie byłem pewien odpowiedzi i bałem się jej.
- Nie to zły moment, nie odpowiadaj
Zmieszałem się nieco i gdyby nie gęste futro dostrzec, by można jak się rumienię.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, pani, to ruszymy natychmiast.
Skinęła głową, a ja milcząc zabrałem się do ciągnięcia prowizorycznych sań. Do jaskini wadery było nie daleko. Po drodze nakazałem Serenie, aby zbierała zioła, które pozwoliłyby mi sporządzić leczniczy napar. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Delikatnie zastukałem w skałę. Z wnętrza wybiegła młodziutka wilczyca o roześmianym pyszczku i roziskrzonych oczach.
- Witaj Kordianie
- Witaj Ilio, Arteni nie ma?
- Niestety, ale postaram się ugościć was najlepiej jak będę umiała. Zechcesz przedstawić mi swoją towarzyszkę?
- Ach, tak – zreflektowałem się marząc o tym, by zapaść się pod ziemię i ukryć ten fakt, iż o tyle młodsza istotka musiała mnie upominać w kwestii dobrych manier – Ilio poznaj Rusłanę, Rusłano oto Ilia.
Szczenię schowało się z powrotem do jaskini.
- To szczenię uratowane przez Artenię, kiedyś przed… nie ważne zresztą. Jest wróżbitką i dlatego zachowuje się tak dojrzale. Wiele przeszłą. – wyjaśniłem szeptem napotkawszy jej pytające spojrzenie.
Ilia położyła na stole kilka gałązek jagód, a teraz szarpała się z jakimś kawałem mięsiwa.
- Zaczekaj maleńka – zawołałem przysuwając nosze w pobliże stołu sprawionego z dość dużego, ale niezbyt wysokiego głazu. – pomogę ci. Serce wielkie, ale muskuły wciąż jeszcze za małe.
- Artenia często znika, ale zawsze zostawia mi jedzenie, a dzięki zawieszonym w spiżarni kryształom pozostaje długo świeże. – poinformowała, gdy umieszczałem na stole sporej wielkości kawałek sarny.
- Dobrze oświadczyłem to ja was na chwilę zostawię i poszukam czegoś jeszcze do moich eliksirów.
- A co się stało? – zapytało wilczątko. Mimo całej swojej powagi była tylko dzieckiem i nie zawsze umiała należycie powściągać ciekawość.
- Małe starcie z przemiła bestyjką, jadowitą z resztą. Trzeba to jak najszybciej opatrzyć, a po drodze nie było czasu.
Wypadłem jak strzała. Wróciłem po godzinie niosąc w pysku trzy świeżo upolowane zające, oraz ciągnąc na kawałku kory trochę owoców, kwiatów, kolorowych kamyczków i szyszek. Te ostatnie rzeczy mogły okazać się przydatne raczej Ili niż nam. Widziałem po jej oczach ze ma ochotę zaciągnąć mnie do zabawy. Gdy wszedłem do jaskini obie wilczyce spały. Położyłem na stole bukiet dla Rusłany i owoce, a zabawki na ziemi. W znalezionym gdzieś w kącie naczyniu przygotowałem maść. Gdy skończyłem moje towarzyszki akurat się obudziły. Delikatnie nasmarowałem rany Rusłany maścią. Przeszkadzała mi przy tym nieco Ilia, która skakała dookoła pytając czy się z nią pobawię. Wreszcie zaproponowałem, że zaśpiewam im coś. Siadłem wreszcie i uśmiechając się delikatnie zacząłem śpiewać z lekką melancholią.
https://youtu.be/BRAfxDmcrmw?list=PLg93FCUxk1DsYJRRPAS7X-G_PJdTTxnyM
Gdy skończyłem śpiewać w oczach kręciły mi się łzy. Czułem jakby ta pieśń była właśnie o mnie.
<Rusłana? mam nadzieję, że ci się spodoba skoro musiałaś tyle czekać>

Od Verendil'a cd Mizu

Musiałem przyznać, że nie spodziewałem się już zobaczyć samicy przez najbliższy czas, bo i skoro jej misja dobiegła końca, byłem niemal pewien, że jedyne czego potrzebuje to porządnego odpoczynku. Z resztą ja również nie byłem w najlepszym stanie fizycznym po starciu z demonem, więc obiecałem sobie, że tuż po załatwieniu spraw z miśkiem wrócę do swojej gawry i wyśpię się za wszystkie czasy.
Tuż po podrzuceniu skomlącego nieboraka na tereny opanowane przez liczną kolonię niedźwiedzi, zabrałem ze sobą nieco przemarzniętą Akane, chroniąc ją możliwie jak najmocniej przed lodowato zimnym wiatrem, który zerwał się tuż po tym, jak zaklęcie Mizu przestało działać. Wyglądało to dokładnie tak, jakby rozzłoszczona przymusowym milczeniem natura, ze zdwojoną siłą krzyczała teraz na lewo i prawo, miotając naszą dwójką jak szmacianymi kukiełkami. Całym szczęściem taka pogoda nie stanowiła dla mnie większego problemu, ale Akane wydawała się być bardzo niezadowolona z faktu, że dostała rozkaz asekurowania moich poczynań wśród skalistych wzgórz. Było mi nieco żal tego smukłego, trzęsącego się stworzonka, więc dla zapewnienia jej większej ilości ciepła stanąłem nad nią i kroczyłem tak dalej niczym wielka, puchata parasolka. Moja mała protektorka z lubością dreptała między moimi przednimi łapami, co chwila wyglądając przez nie, aby upewnić się, czy aby na pewno nigdzie nie widać jej „brata” i czy idziemy w dobrym kierunku.
Była naprawdę zabawną istotką.
Śmieszne, tyczkowate nogi bez palców utrzymywały jej postać w pionie, a przerośnięte skrzydło-łapy najwyraźniej pozwalały utrzymać balans w tej karykaturalnej postawie. Nie za bardzo podobał mi się ten krągły, zębaty pyszczek z niewyraźnie zarysowanymi oczyma, ale na sporą uwagę zasługiwał jej długi, bardzo bujny ogon. Nie odzywała się do mnie ni słowem, chociaż ze mnie również marny był rozmówca. Poza tym nie miałem pojęcia czy ona w ogóle potrafi mówić, a jeśli nawet, to nie byłem przekonany czy „po wilczemu”.
Tak czy inaczej szliśmy tak oboje w całkowitej ciszy przez całą drogę na niziny, nie przeszkadzając sobie nawzajem, więc można było powiedzieć, że całkiem dobrze było nam w swoim towarzystwie. Dopiero tuż na granicy lasu, który zwiastował początek nieco bardziej zaludnionej części watahy, Akane wystrzeliła spode mnie jak strzała, z radością dobiegając do znajomej sylwetki, która zamajaczyła nieco w wysokich, ogołoconych krzewach.
To Mizu w towarzystwie Fly, wyłoniła się z gąszczu, od razu przystępując do z góry zaplanowanego przez siebie działania. Zaskoczyła mnie solidnie, tak „rozstawiając mnie po kątach” bez słowa większego wyjaśnienia, ale posłusznie, z lekkim ociąganiem wykonywałem każdej jej polecenie, z ciekawością przyglądając się wszystkim tym osobliwym czynnościom. Kiedy skończyła, uśmiechnąłem się odrobinę pod nosem i zamruczałem spokojnie w odpowiedzi, podnosząc swoje ciężkie cielsko do pionu, by zaraz zgiąć je w bardzo niskim, eleganckim ukłonie.
- Ja Verendil, syn Sarilli ze szczepu Mokota uroczyście ślubuję i przysięgam, że będę odpowiedzialnym i godnym pochwały Bethą. W imię mojego górskiego rodu przyrzekam wierność i pełne oddanie jako Prawa Łapa i zwykły wilk. Obiecuję bronić honoru własnej watahy, a w razie wojny jestem gotów stanąć w obronie naszego klanu, póki ziemia nie wchłonie ostatniej kropli mojej krwi. Tak mi dopomóż Widurze. – wyrecytowałem z pełną powagą i zaangażowaniem, prostując się następnie do normalnej pozycji, by skrzyżować swoje półślepe oczy z zielenią tęczówek drobnej wadery. Milczałem jeszcze przez dłuższą chwilę, by wreszcie przysiąść na ziemi i uśmiechnąć się w odpowiedzi.
- Nie przepraszaj. Niesienie Ci pomocy było dla mnie ogromnym wyróżnieniem. – zamruczałem, nie spuszczając spojrzenia z dużych, czarnych źrenic swojej towarzyszki, którym przyglądałem się bez wytchnienia z wysokości swojej kudłatej głowy. – Niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku, a skoro dzięki mnie jedno z nich mogło Cię nie dosięgnąć, to jest dla mnie największą zapłatą. – dodałem, mrużąc odrobinę ślepia, kiedy porywisty wiatr uderzył nagle prosto w mój szeroki pysk, rozwiewając przy tym gęste połacia puszystej grzywy.

<Mizu?>

sobota, 25 lutego 2017

Od Mizu CD Verendil'a

Wilk się zgodził, chociaż nie wyglądał na zadowolonego, podobnie jak i mała, biała, puszysta kulka, która chciała się wcisnąć pomiędzy moje łapy. Jak tylko oboje zniknęli mi z oczu, upadłam na ziemię. To zaklęcie wyczerpało wszystkie moje siły, a panująca pogoda dawała mi się również we znaki nie mówiąc już o klimacie. Najgorsze co było dla mnie to zimne miejsca, ale jako Alfa, która nie mogła już więcej zawieść swojej rodziny, musiałam to zrobić. Na szczęście było już po wszystkim i mogłam być spokojna. Fly i Akane przyszli i pomogli mi odnowić swoją energię. Poprosiłam, aby Fly przypilnował Verendil'a. Tak na wszelki wypadek. Chciałam być pewna, że nic mu się nie stało. Ja z Akane natomiast wróciłyśmy do watahy, a dokładniej mówiąc do mojej jaskini. Tam zrobiłam małą mieszankę ziół i poszłam do Verendil'a. Na szczęście nie miałam problemu z odnalezieniem jego, bo Akane potrafiła się porozumiewać z Fly na odległość. Doszłam do podnóża gór i poczekałam wraz ze swoją towarzyszka na oboje. Po kilku minutach oboje ukazali mi się. Gdy tylko Verendil podszedł do mnie nie dałam nawet dojść mu do słowa.
- Siadaj i nic nie mów - uśmiechnęłam się. Wzięłam mieszankę swoich ziół, która nałożyłam na swoje łapy, po czym przyłożyłam do czoła wilka. Wypowiedziałam w myślach zaklęcie przywracające energię.
- Przepraszam, że tak ciebie naraziłam na niebezpieczeństwo - powiedziałam trochę ciszej pod nosem. - W randze awansowałeś na Bete, ale dodatkowo spełnię dzisiaj każdy twój rozkaz - dodałam z ogromnym uśmiechem na pyszczku. 

<Verendil?>

piątek, 24 lutego 2017

Od Sakkaku do Lily

Ruszyłem jednym z wielu dróg znanych mi katakumbach, po dłuższym czasie ujrzałem światło i już po chwili znajdowałem się na powierzchni. Rozejrzałem się, dookoła otaczały mnie ruiny.
-Ale tu ślicznie.
Powiedziałem schodząc po starych ledwo widocznych schodach. Gdy zszedłem na dół, przemieniłem się w człowieka z lisią maską na twarzy. Leniwie przeciągnąłem się przy tym ziewając, po czym ruszyłem do przodu. Po nie długim czasie zauważyłem białą waderę. Nie chcąc jej wystraszyć zmieniłem się w wilka. Szedłem niedaleko niej, gdy jeden z szczeniaków zaplatał mi się między łapami i upadł.
-Nic ci się nie stało?
Spytałem, ale mały od razu zwiał do swojej opiekunki.
Wadera spojrzał na mnie.
-Przepraszam nie chciałem go wystarczyć.
-Nic się nie stało, on bez przerwy się gubi.
-Rozumiem.
-Może chcesz zagrać ze mną w grę?

(Lily)

Sakkaku

"Gry - najlepsza droga do poznania innych."

Od Kobe CD Artenii

- He he ona jest jakąś wróżbitka czy co ??
- Yyyy w jakim sense Kobe
- No bo zgadła, tak bardzo mi na tobie zależy i wiesz musisz to wiedzieć - widziałem że wadera delikatnie się zarumieniła.
- Oki dziękuję, dobra wyruszamy w dalszą drogę - szliśmy i szliśmy wiem całe otoczenie nie było za piękne i nie za szczęśliwe ale miałem jakąś dziwną ochotę na rozweselenie tej całej smutnej atmosfery.
- Artenii ??
- Tak ??
- Wiesz trochu tu smutno tak iść jeszcze dodatkowo nie rozmawiamy, wiec mogę sobie pośpiewać no jeżeli ty nie chcesz to ja zrozumiem
- No dobrze pośpiewaj sobie ale proszę ciszej trochę bo jeszcze jakieś stwory usłyszą - pokiwałem głową na zgodę. Zacząłem tworzyć muzykę a następnie zacząłem śpiewać.

https://www.youtube.com/watch?v=IcrbM1l_BoI&list=PLOf6F4Oj3S7kJ6NQ1tuIVIWlVvO5ObW1W

- He he wiesz lubię gdy śpiewasz wiesz ??
- No to się cieszę że ci się podoba ale mój brat pewnie by powiedział że jeszcze mi sporo brakuje do perfekcji
- Dlaczego tak twierdzisz ??
- Jak by ci to powiedzieć treściwe, moja cała stara watasze kocha muzykę, śpiew i tak dalej a mi to średnio wychodziło. Tak wiem że się poprawiłem ale jeszcze zauważam w sobie braki
- Wiesz to trochę dziwne bo ja ich nie zauważam
- He he nie byłaś wychowana od samego początku z muzyczną rodzinką, która cały czas mówiła '' wracaj z tego polowania bo musisz się w końcu nauczyć śpiewać bo przynosisz wstyd naszej rodzinę,, - widziałem że to co powiedziałem strasznie rozśmieszyło Artenii.
- Artenii do chodzę do wniosku że się przyda nam nocleg wiesz bo ja jestem zmęczony ty chyba z resztą też
- No w sumie - rozejrzałem się do okoła zauważyłem małą jaskinię wszedłem do niej. Jak na moje szczęście dobrze że nic tam nie było strasznego. Przyniosłem drewno i je podpaliłem a następnie zrobiłem szybkie prowizoryczne legowisko.
- Yyyyy jestem pod wrażeniem Kobe
- Wiesz przez kilka lat tułałem się po tym świecie i musiałem się szybko robić noclegi a bym zapotniał - swoją mocą wziąłem jakiś kamień i zablokowałem wejście do jaskini.
- Będziemy się czuć bezpieczni, proszę połóż się zrobiłem go dla ciebie
- Yyyyy dziękuję a ty gdzie będziesz spał ??
- Ja obok ogniska na ziemi
- Oj nie ma mowy śpisz ze mną
- Oj nie - widziałem ten jej wzrok skuliłem ogon , uszy i podszedłem a następnie położyłem się obok niej.
< Artenii ?? >

czwartek, 23 lutego 2017

Od Light

Po długim dniu spędzonym ze szczeniakami postanowiłam przejść się do jednego z moich ulubionych miejsc w lesie. Szłam oświetloną przez księżyc ścieżką do miejsca, które było niedaleko od domu. Rusłana musiała zostać dziś na noc więc mogłam sobie pozwolić na mały wypad. Kilka kroków i byłam na miejscu. Odsłoniłam wielką gałąź pokrytą malutkimi liśćmi i różowymi pąkami kwiatów. Dookoła rosły niemal zrośnięte ze sobą drzewa. Dlatego niewiele wilków wiedziało o tym miejscu.
Weszłam do środka i od razu urzekł mnie cudny widok odbijającego się światła księżyca od małego źródełka i kilku kałuż wokół niego. Pewnie pochyliłam się nad wodą zanurzając przednie łapy. Patrzyłam na swoje odbicie rozmazując je wodą. Nagle dostrzegłam w nim drugą postać. Z przerażeniem odskoczyłam w bok.
- Kim jesteś ? - spytał wilk - chyba nie powinnaś tu sama przychodzić o takiej porze.
Jego głos był nieprzyjemnie szorstki.
- Jestem Light - przedstawiłam się - I chyba mogę tu przebywać. Nie jestem już małym szczeniakiem.
Basior zaśmiał się złośliwie. Zdałam sobie sprawę, że właśnie utwierdziłam go w przekonaniu, iż jestem małym szczeniakiem.
- Oczywiście, ale jakby co to ja Cię nie będę ratował.
- A atakował? - spytałam. On podszedł do mnie i teraz w pełni go dostrzegłam. Basior miał rudo-białe umaszczenie i przerażająco osobliwe oczy. Głośno przełknęłam ślinę.
- Nie za odważna jesteś? - znów się roześmiał, tym razem milej - Jestem Azrael. A ty już powinnaś wracać do domu, mała.

<Azrael?>

Odchodzi!

Rosalie
#Powód: decyzja właściciela

Od Artenii cd. Kobe


Ignorując fakt jak bardzo niestosownie mogłoby to wyglądać, i jaki kłopoty na nas ściągnąć ryknęłam śmiechem. Ten nagły wybuch wesołości dość głośny i niespodziewany sprawił, że chmara ptaków poderwała się do lotu gubiąc pierze przypominające strzępki ciemności i wrzeszcząc okrutnie. Do góry wzbił się srebrny pył pokrywając wszystko dookoła delikatną mgiełką.
- Co to było? – zapytał basior otrzepując się z piasku.
- Nic takiego – odparłam – to tylko nokturny. To nocne zwierzęta, ale w zasadzie troszkę przypominają sroki, polecą za wszystkim, co się świeci. Niektórzy mówią na nie nocne cienie. Nie ma się, czego bać.
- Nie boję się – odparł
- Racja nie świecisz – uśmiechnęłam się łagodnie – i lepiej by tak pozostało, bo te stwory znów cię poturbują
Z pomiędzy drzew wyłoniła się Artemida skłoniłam się delikatnie. Wyglądała naprawdę pięknie z falującą ciemną sierścią przeplataną jasnym poblaskiem, w pelerynie w kolorze krwi, w złotej masce z równie czerwonym pióropuszem.
- Widzę, że twój kompan nie zrezygnował. Musi mu naprawdę na tobie zależeć.
Poczułam, że się rumienię. Bałam się zerkać na towarzysza, by nie odczytał mojego zmieszania.
- To mój przyjaciel - odparłam wreszcie z przekonaniem.
Bogini uśmiechnęła się łagodnie.
- Chciałabym, żebyś mogła mieć normalne życie, kochanie, ale nie mam nikogo innego, komu mogłabym zaufać. Cieszę się, że mimo to udało ci się jakoś ułożyć życie.
- A co do tej kradzieży – przerwałam jej nieśmiało, pragnąc jak najszybciej przestać być obiektem dyskusji.
- Według naszej wiedzy róg posiadający zdolność budzenia demonów i zawierający jad zarazy ukradł niejaki Xsaras. Harin miał go uczynić swym uczniem.
- Uczniem krwawych bogów, po co?
- Wybacz, ale tego nie wolno mi powiedzieć
- Mam narażać życie i nawet nie wiedzieć, dlaczego?
- Xsaras pognał na północ i sądzę, że jest gdzieś w tym lesie, ale błagam bądźcie ostrożni. Ach i jeszcze coś. Te wisiorki nazywamy Sylferionami.
Podała nam coś co przypominało rogi oprawne w srebrne ornamenty.
- To was ochroni przynajmniej częściowo. Nie wiem jednak jak działają, ponieważ od wieków nikt ich nie używał, a jedyna znana legenda o ich posiadaczach zaginęła.
- Wspaniale mruknęłam, kolejne pytania
- Powodzenia – szepnęła i zniknęła tak nagle jak się pojawiła.
<Kobe?>