wtorek, 31 stycznia 2017

Od Mizu CD Verendil'a

Spoglądaliśmy na siebie zupełnie tak jakbyśmy zobaczyli po raz pierwszy kogoś podobnego do siebie. Tak jakbyśmy zupełnie w tym świecie nikogo nie było do nas podobnego (co było oczywiście nie prawdą). Tak jakbyśmy tylko my we dwoje byli ostatnią rasą wilków. Może wydawało by się to śmieszne, ale ja tak to odczułam. Dlaczego?! Sama nie wiem, za pewne przeczytałam lub usłyszałam jaką historię czy coś i to zapamiętałam, dlatego moje myśli powędrowały w tą stronę.
Po dłuższym przypatrywaniu się sobie nawzajem, wilk opuścił swoją zdobycz na ziemię. Ogromna, gruba, ciężka i w dodatku obślizgłą ryba spadła na mokre podłoże wydawając przy tym ogromny huk. Na wilka pysku była krew od olbrzymiej ryby. Odór od ryby czułam, aż u siebie. Dlatego nie nawiedziłam jeść ryb. Ich zapach był obrzydliwy, a mi zazwyczaj odechciewało się od razu ich jeść. Po dłuższym oczekiwaniu kto pierwszy odezwie się, wilk zdecydował się rozpocząć rozmowę.
Wilk może miał donośny głos, ale było raczej to normalne, a zwłaszcza przy takiej budowie ciała jaką posiadał. Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby chciał kogoś zabić jednak po dłuższym przypatrywaniu się nie był taki zły.
- Może reflektujesz? - spytał spokojnie, unosząc lekko brwi. - To co prawda nie tak dobre jak niedźwiedzie sadło, ale potruć się nie powinniśmy. - mruknął, a ja przyjrzałam się dokładniej ogromnej, obślizgłej rybie.
- Dziękuję, ale ja już jadłam i nie jestem więcej głodna - odparłam, a on spojrzał się na mnie. - Jednak pozostanę z tobą o ilę mogę?! Ty się najesz, a ja trochę pomyślę. A gdyby ryba była zatruta to udziela ci pomocy medycznej - uśmiechnęłam się. Z niecierpliwością, odrobiną wyczekiwania i ciekawością czekałam, aż odpowie. Czekałam na odpowiedź od basiora stojącego tuż przede mną z sumem koło swoich łap. Wyglądała to co prawda z jednej stron zabawnie, ale mogłam przyznać się bez bicia, że mnie zaskoczył.

<Verendil?>

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Od Siyi CD Isil

Popatrzyłam na nią nieco zaskoczona. Może miała rację, ale… nie chcę dołączać do innej watahy. Zbyt dużo wspomnień… Spojrzałam na maluchy. Nie mogę pozwolić, by stała im się krzywda. Po chwili wahania zdecydowałam. Zrobię to. Dla ich dobra.
-Dobrze- westchnęłam.- Jest tu gdzieś w pobliżu jakaś wataha?
Wadera była wyraźnie uradowana, ja natomiast nie podzielałam jej entuzjazmu.
-Tak, niedaleko zaczynają się tereny Watahy Księżycowego Ducha, do której należę. Nie musiałabyś się nawet przenosić- z wyrazu jej pyska można było wywnioskować, że jest podekscytowana.
-Tak więc prowadź do Alfy.
Ta ruszyła od razu. Zerknęłam jeszcze przez ramię na dzieci, które smacznie spały i skierowałam swoje kroki za nią. Szłam w milczeniu, ona natomiast wyraźnie nie miała odwagi przerywać ciszy. Już niedługo można było zauważyć zdecydowanie większą ilość wilków. Nie lubię takich tłumów… Po około półgodzinnym marszu dotarłyśmy na polanę. Stał na niej fioletowa wadera z bardzo puszystym ogonem. Gdy tylko nas dostrzegła, uśmiechnęła się przyjaźnie.
-Witaj Mizu, to jest Siya. Chciałaby dołączyć do watahy- zaczęła dosyć nieśmiało Isil. Tamta jeszcze bardziej się rozpromieniła.
-Wspaniale Siya! Ja jestem Mizu- podała mi łapę.- Myślę, że wszyscy z watahy chętnie przyjmą nowego członka. Isil przedstawisz oprowadzisz ją i przedstawisz wszystkim?
Wilczyca skinęła głową.
-Myślę, że nie będzie to konieczne- mruknęłam niezbyt przyjaźnie. Skoro formalności mamy już za sobą, postanowiłam wracać - Do widzenia- rzuciłam jeszcze na pożegnanie.

<Isil? Spoko, rozumiem c: >

Odchodzi!

Max
#Powód: Decyzja właściciela (brak czasu)

Od Isil CD Siyi

Kiedy zobaczyłam trójkę maluchów, zrobiło mi się jakoś tak ciepło. Były takie słodkie! Spały dsobie smacznie na posłaniu -jedynej rzeczy w jaskini.
-Witam w moich skromnych progach! -uśmiechnęła się wadera, patrząc czule na szczeniaczki.
Zrobiłam krok w ich stronę, ale zaraz się zatrzymałam. Siya podejrzliwie patrzyła na to co robię.
-To o czym chciałaś porozmawiać? -spytała po raz drugi.
-Chciałam ci coś zaproponować.
Wilczyca milczała wyczekująco, a ja nie wiedziałam jak to powiedzieć.
-Mam prośbę. Przemyśl to co zaraz powiem nie jako Siya, tylko jako matka trójki uroczych szczeniaczków.
Nieznacznie skinęła głową. Miłość w spojrzeniu jakie rzuciła potomstwu, była prawie namacalna.
-Posłuchaj, tak naprawdę przecież wiesz, że nie dasz sobie rady. Widziałam twoją reakcję, kiedy cię zaszłam od tyłu. Ukrywasz się przed czymś, bądź przed kimś. Nie zamierzam pytać przed czym, czy przed kim -westchnęłam. -Ale powinnaś pozwolić komuś, żeby ci pomógł. Naprawdę musisz dołączyć do jakiejś watahy. Sama, w ukryciu, nie dasz rady wychować trójki szczeniąt. A poza tym... Młode powinny kogoś poznać. Móc bawić się z rówieśnikami, a nie być zamknięte w jaskini. Dlaczego tego nie zrobisz? -wróciła trochę moja nieśmiałość. Siya mogła uznać , że próbuję zmusić ją do zrobienia czegoś. Mimo to podniosłam wzrok i wlepiłam w nią oczy, czekając na reakcję.

<Siya? Sorry, że krótkie... Ja naprawdę nie wiedziałam jak to napisać, a śpieszyłam się, bo tyle już czekasz...>

Od Verendil'a CD Mizu

Z racji na to, że byłem na tych terenach ledwie drugi tydzień z rzędu, nie do końca potrafiłem rozróżnić wonie poszczególnych osobników, więc z początku musiałem nieźle się nagłowić, by wreszcie zaklasyfikować stojącą przede mną wilczycę do tych z kategorii „potencjalnie nieszkodliwych”. Poza tym mulisty zapach rybiej krwi, która cienką stróżką spływała po moim kudłatym podbródku, skutecznie uniemożliwiał mi wywąchanie czegokolwiek, co nie wydzielało z siebie co najmniej odoru rozjuszonego skunksa.
W każdym razie chcąc nie chcąc, nastała między nami długa, niezręczna, wręcz grobowa cisza podczas której każde z nas spoglądało na siebie z taką uwagą, jak gdybyśmy po raz pierwszy w życiu w ogóle spotkali coś co ma oczy, nos i cztery łapy. Nie wiedzieć czy to z ostrożności, z konsternacji czy też ze zwykłego zaskoczenia żadne z nas nie chciało odezwać się do drugiego. Dość, że wreszcie otrząsnąłem się z tego idiotycznego osłupienia jako pierwszy. Nie chciałem wyjść przed nowopoznaną na gburowatego wymoczka, zatem zamrugałem kilkukrotnie niewielkimi oczyma, rozwarłem potężną paszczę, a moja zdobycz z głuchym łomotem uderzyła w śliskie, oblodzone kamienie.
- Moje uszanowanie... – chrypnąłem niskim, dźwięcznym basem, który jak ulał pasował do mojej mięsistej, szerokiej sylwetki. Napotkane w przeszłości osoby często wspominały, że gdyby głos miał siłę kruszyć skały, mój nadawałby się do tego idealnie, aczkolwiek musiałbym się nieco bardziej wysilić. Nie miałem bowiem w zwyczaju krzyczeć, a na co dzień bardziej mruczałem niż w istocie cokolwiek mówiłem. – Zaszczyt poznać. – dodałem, chyląc elegancko wielki łeb w niewielkim ukłonie. Dopiero teraz bowiem wyczułem od niespodziewanej towarzyszki silny zapach osoby, która z pewnością była na tych terenach „grubą rybą”. Należało się więc zachować i okazać należyty szacunek.
Po wszystkich tych kurtuazjach, wyprostowałem się znów do normalnej pozycji i z ciekawością ulokowałem spojrzenie rdzawego oka na wąskim pysku szaroniebieskiej wadery, spoglądając na nią bacznie z wysokości swojej głowy. Uszy skierowałem do przodu, krótkim ruchem pyska wskazując znacząco na leżące przede mną ciało opasłego suma. Byłem na tyle głodny, że z całą pewnością po kilkunastu minutach nie zostałoby na ziemi nawet najmniejszej ości, ale wrodzona grzeczność nie pozwalała mi na bezczelne pochłonięcie wszystkiego, kiedy byłem w towarzystwie damy. Już w szczególności, gdy owa dama była właścicielem tego jeziora, tych lasów, łąk i wszystkiego dookoła.
- Może reflektujesz? – zapytałem spokojnie, unosząc odrobinę krzaczaste brwi. Ot, na zachętę. – To co prawda nie tak dobre jak niedźwiedzie sadło, ale potruć się nie powinniśmy. – mruknąłem z niemal niewyczuwalną, aczkolwiek niezwykle sympatyczną nutką dowcipu, uśmiechając się życzliwie kątem smolisto- czarnej wargi.

<Mizu?>

Od Mizu CD Verendil'a

Przyglądałam się tafli wody, która cały czas się poruszała, a w niektórych momentach poruszała się coraz to bardziej, zupełnie jakby ktoś walczył pod wodą z bardzo dużą rybą lub czymś innym. W bijatyce na pewno uczestniczył wilk z naszej watahy. Poznawałam ten zapach i byłam pewna, że nie jest to jakiś wróg, ale kim tak na prawdę był tajemniczy wilk, kompletnie nie wiedziałam. Za dużo nowych wilków było w watasze, a ja prawie nikogo nie poznałam i raczej jakoś nie miałam zamiaru ich poznawać, a bynajmniej jeszcze teraz. Po pewnym czasie z Czarnego Jeziora wyłonił się wilk ze swoją własną zdobyczą. Moje uszy stanęły z zaciekawieniem, a moje oczy skierowały się ku posturze nieznajomego mi wilka. Wilk większy, dużo większy ode mnie ze zdobyczą jaką był przeogromny sum w pysku przyjrzał mi się, a ja przyjrzałam się mu. Co jak co, ale wilk który polował w tym jeziorze musiał być silny. Z tego co pamiętam to tylko ja potrafiłam tutaj polować i nikt poza tym. Niestety z jednej osoby jakiej mogła tu łowić doszła jeszcze jedna osoba jaką był wilk stojący przede mną z ogromną rybą. Chyba nie miał zamiaru zjeść tej ryby sam?! spytałam się sama siebie w myślach. Dla mnie taka ogromna ryba starczyła na cały tydzień jak nie więcej... jakoś chyba nie potrafiłam uwierzyć w możliwości wilka i pojemność jego brzucha. Duże, obrośnięte zimowym futrem łapy postawiły kilka kroków przez co zbliżył się do mnie bliżej.
Chciałam trochę pomyśleć, a zamiast tego przeszkodziłam komuś w polowaniu i w dodatku w spożyciu, zapewne w spokoju swojej zdobyczy jednemu z wilków... Czasami naprawdę nie wierzyłam w swoje umiejętności przeszkadzania komuś.
Nikt z nas nie raczył się odezwać... Chciałam już coś powiedzieć, ale nie wiedziałam zbytnio co powiedzieć lub jak zacząć chociażby jakąś rozmowę. Nienawidziłam milczeć, ale chyba w tym momencie było to najlepsze rozwiązanie.

<Verendil?>

Od Arteni cd. Kobe

Jedyna osoba, która potrafiła doprowadzić mnie do łez wzruszenia. Inna rzecz, że zawsze byłam wyjątkowo wrażliwa na muzykę. Nie płakałam, gdy dostawałam baty za nieposłuszeństwo, ani kiedy upokarzano mnie na oczach całej watahy, ani kiedy kazano robić te wszystkie nieprzyjemnie rzeczy, ale zawsze pragnęłam się zemścić, ale ten moment wolności jaki dawała pieśń zawsze przyprawiał mnie o łzy. I teraz, gdy strużki słonej wody ciekły po moim pyszczku miałam ochotę rozszarpać winnego im wilka, a raczej uściskać. Nie byłam do tego przyzwyczajona.
- Zawsze stawiasz mnie w takiej niezręcznej sytuacji
- Nie rozumiem – popatrzył na mnie zaskoczony
Otarłam łzy wierzchem łapy.  
- Ja nie potrafię płakać, zapomniałeś, byłam szkolona na zabójcę
Trącił mnie swoim zimnym noskiem.
- Ale nim nie jesteś
- Nie – uśmiechnęłam się – i nigdy nim nie będę. Wiesz, co może ja ci teraz coś zaśpiewam. Nauczyła mnie tego matka.
Gdy jeszcze nuciłam nagle z wody z ogromnym pluskiem wyłonił się smok morski. Wpatrzył się w nas ogromnymi turkusowymi oczami.
- Jak jestem z tobą – szepną Kobe – to jednego mogę być pewien. To nie będzie nudny dzień
- nic nie mów i nie ruszaj się – odpowiedziałam cicho nie spuszczając z oka bestii.
Wąż zaśmiał się wznosząc potężne cielsko ponad wierzchołki drzew. Medalion na jego szyi zalśnił w słońcu oślepiając nas. Syknęłam niezadowolona i cofnęłam się. Kątem oka dostrzegłam iż basior zrobił to samo.
- Uciekamy? – zapytał
Pokręciłam głową.
- Musze się dowiedzieć, o co mu chodzi
- ssssłuszszsznie – zasyczał wąż. Przeklęte gady zapomniałam, że czytają w myślach, więc dosłyszenia najcichszej rozmowy o dla nich żaden problem.
- Czego chcesz? - warknęłam
- Ktośśśśś chcsssse cie wźźźźźźidziećśśśśś
Że też mam takiego pecha do węży. Od tego głosu sierść jeżyła mi się na grzbiecie.
- Kto cię wysłał? – nieustepowałam
- śśśśśświatło w ćśśśśśśiemności
Głośno wciągnęłam powietrze.
- Kobe, jeśli chcesz to wracaj do watahy ja muszę z nim pójść
- Zwariowałaś?!
- Chyba jeszcze nie – odparłam z uśmiechem, ale moja pani ma dla mnie zadanie.
- Musisz być taka zagadkowa
Przysunęłam się do niego i zaczęłam szeptać mu na ucho.
- Moja wataha oddawał cześć krwawym bogom, a mój ojciec był ich kapłanem, ale tak naprawdę czcił tylko jednego z nich, właściwie jedną. Gdy byłam jeszcze bardzo mała, jako kapłankę poświęcono mnie do służby bogini Artemidzie władającej potworami. A teraz, cóż obowiązki wzywają
- Musisz tam iść? Sama?
- Jeśli chcesz – zaczęłam niepewnie – możesz iść ze mną…
- nininiema ssssssprawy mogigigię wźźźźźźońńńńć obijjjjoje

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Arteni cd. Floresty

Komplement? Całkiem niezłe zagranie, ale powiedzieć mi ze misja jest niebezpieczna, a co za tym idzie niemal niewykonalna, to już w moim przypadku wystraczający powód, by przyłączyć się obojętnie, czego to dotyczy. Nie zamierzałam jednak od razu paść komukolwiek w ramiona za taką propozycję. Przez chwilę, więc milczałam, niby to rozważając za i przeciw.
- Czyli potrzebujesz mojej pomocy? – Upewniłam się obrzucając ja taksującym spojrzeniem, w którym czaiło się niedowierzanie.
- Owszem, przed chwilą to powiedziałam – odparła nieco zniecierpliwiona
- I w dodatku jest to coś bardzo niebezpiecznego? – rozważałam na głos – niebezpiecznego dla ciebie czy dla mnie?
- Sama to ocenisz, jeśli zechcesz mi pomóc… jakby to powiedzieć nie mam czasu na filozoficzne pytania szczególnie, gdy ktoś próbuje mnie przez nie obrazić
I znów źle oceniłam sytuację. Wadera o powierzchowności anioła okazała się byś wewnątrz prawdziwą wojowniczką. Dopiero teraz dostrzegłam niebieski tatuaż pod okiem znamionujący wojownika. Uśmiechnęłam się chytrze.
- Nie jesteś taką łagodną sarenką, na jaką wyglądasz
- Dzięki, ale nazwij mnie tak jeszcze raz, a wytargam cię za kudły misiu
Teraz nie mogłam już powstrzymać śmiechu.
- W porządku, co prawda wątpię, by nasze starcie w ten sposób się skończyło, ale nie widzę w tym żadnego celu. Zatem szukasz jakiegoś medalionu druidów? Wydaje mi się, że powinnyśmy poszukać raczej w starych ruinach. Kordian mi o nich wspominał.
- My? – zapytała z nutka niedowierzania
- A co w ty dziwnego, nie raz nie jestem taką jędzą, na jaką wyglądam – odparłam żartobliwie – no i skoro wpakowałaś mi się pod nóż to może powinnam choćby w ramach rekompensaty potowarzyszyć ci w poszukiwaniach, tylko mi nie dziękuj zbyt wylewnie
- Nie zamierzam – mruknęła, ale bez gniewu.
- Za mną – wykrzyknęłam i skoczyłam w wybranym kierunku.
- A zadawało mi się, że to moja wyprawa.
- Twoja nie twoja nie będzie mi nikt rozkazywał, zresztą ja wiem jak tam dojść i parę razy nawet tam już byłam i …
- Już się tak nie chwal – prychnęła kręcąc głową z rezygnacją. – już i tak dużo czasu straciłyśmy.
W kilka minut dotarłyśmy na miejsce i, o dziwo, to ja byłam bardziej zziajana. Ponad naszym głowami wznosił się potężny łuk porośnięty mchem i pokryty niezrozumiałymi runami. Niepewnie ruszyłyśmy naprzód pomiędzy egzotycznie wyglądającymi kwiatami, złomami ruin i kaskadami pnączy.
- Teraz to może się zrobić niebezpiecznie – szepnęłam kładąc głowę przy ziemi – ostatnio miałam tu małe ścięcie z wrzaskunem i mówiąc w skrócie omal mnie nie zabił
- Dlaczego mnie to nie dziwi – odparła. Nie wiedziałam czy poczytać to jako obelgę czy jako komplement więc na wszelki wypadek spiorunowałam ją wzrokiem.
Ziemia pod naszymi łapami stawała się miejscami grząska, a w otworach drzewnych pni zalegała woda. Stawało się coraz ciemniej za sprawą gęstych, zielonych koron drzew. Słońce tylko ostrymi pasami pojedynczych promieni wdzierało się do tej świątyni przeszłości. Minęłyśmy jakąś powaloną statuę wilka pokrytą liszajami pleśni. Spod moich łap smyknęła jadowicie zielona jaszczurka. Nasze kroki nie szeleściły już nawet na wilgotnych liściach.
- Będzie łatwiej jeśli powiesz czego właściwie szukamy. Co wiesz o tym medalionie?  

Od Lily CD Parysa

Czułam jak wszyscy zebrani aż przestali oddychać w oczekiwaniu na moją odpowiedź. U Parysa to nawet nie musiałam spoglądać, jego niepokój czułam duchem. Spojrzałam na niego uśmiechnięta.
-Wszędzie i o każdej porze- kiedy on odetchnął, reszta zaczęła bić brawo.
 To nie były tylko wilki z naszej watahy, z tej sąsiadującej także pozostały gdzie na przodzie zasiedli zarówno ich samiec alfa z synem oraz nasza kochana Mizu. Ponownie stojąc przy ołtarzu przed prowadzącym uroczystość czułam rozpierającą radość. Parys obok stał dumnie wyprostowany uśmiechnięty od ucha do ucha, co jedynie potęgowało pozytywne emocje.
Wilk zaczął mówić o nowej drodze, że napotkamy nowe zagrożenia i tylko zaufanie oraz miłość zagwarantuje nasze zwycięstwa. Pomyślałam o Gai, walce pod ziemią, wszystko co do tej pory przeżyliśmy. Przez ów myśli zaczęłam po raz któryś myśleć, że naprawdę nie zasługuje na tak wspaniałego wilka... Jednak Parys czując moje zagubienie złapał mnie za łapę posyłając swój pokrzepiający uśmiech z lekkim rumieńcem od razu rozwiał wszystkie wątpliwości. "Nasz ślub" jak to dziwnie, aczkolwiek przyjemnie brzmi a ja myślę o czym innym, zaraz wróciłam do ważnego wydarzenia.
-Parysie, Lily. Czy przysięgacie przed sobą, wszystkimi zebranymi oraz bogami, że pozostaniecie wierni sobie, będziecie razem kroczyć przez życie pielęgnować uczucie, dzięki któremu tu jesteście i nie opuścicie siebie w potrzebie?
Ścisnęłam jego łapę czując jego zdenerwowanie przy ostatnich słowach prowadzącego. Nie winiłam go za opuszczenie watahy, byłam szczęśliwa z jego powrotu całego i zdrowego. Zamilkł a my spojrzeliśmy na siebie.
-Tak- powiedzieliśmy wspólnie.
-W takim razie na nadanej mi mocy, ogłaszam was partnerami życia. Możesz pocałować pannę młodą.
Z chwila złożenia delikatnego, pełnego miłości pocałunku, rozległy się wiwaty. Mizu zmaterializowała się przy nas, wzięła naszą dwójkę w ramiona.
-Tak się cieszę kochani. Witamy w rodzinie -szepnęła czule mi do ucha. Znowu poczułam jak się rumienie, szczególnie jak Parys mnie objął przyciągając do siebie. Dalej trudno było mi pojąć, że to właśnie się stało, dosłownie kilka sekund temu.

<Parys? Masz opis wesela xD>

OD Parysa CD Lily

Basior miał chyba rację. Szczerze to szkoda byłoby zmarnować tego wszystkiego. Lily wyglądała przepięknie poza tym jak wszystko inne. Nie mogło się zmarnować! Wręczyłem mojej ukochanej spinkę jak i wisiorek. Po pocałunku przez białą wilczycę w nos, chyba się aż zaczerwieniłem.
- Lily poczekasz chwilkę na mnie? - w głowie zaświtał mi pewien pomysł, ale potrzebowałem pomocy, a od Lily wystarczyła by mi zgoda.
- Dobrze niech ci będzie - jak tylko wilczyca zgodziła się, pocałowałem ją w policzek i zniknąłem.
Moja szybkość, gdy dostaję zastrzyk adrenaliny, zadziwiała mnie coraz to bardziej i bardziej.
Pobiegłem do Mizu, której przekazałem swój pomysł, a ona wszystkim się zajęła. Mizu musiała się zając wszystkim tak, aby Lily nic nie zauważyła. Wilki z sąsiedniej watahy zostały, aby uczcić ten dzień wraz ze mną i z naszymi wilkami. Mizu zajęła się tym wszystkim w kilka minut, a ja wróciłem do Lily.
- Wybacz, że tak długo mnie nie było - powiedziałem lekko zmachany.
- Przecież czekałam niecałe dwadzieścia minut, twój czas coraz to bardziej się polepsza - odparła z radosnym śmiechem.
- Mam dla ciebie niespodziankę, więc jakbyś mogła pójść wraz ze mną i przykryła sobie tą chustką oczy - wilczyca spojrzała się pytająca, a ja wręczyłem jej tylko chustkę, którą przewiązała sobie przez oczy. Yai i Yui zarzuciły na Lily cienką i lekką niczym piórko haftowaną suknię, którą wzięła skądś Mizu, chociaż nie wiem skąd ją wzięła, ale to mnie już mniej obchodził. Zaprowadziłem Lily pod sam ołtarz. Mizu stanęła, a wraz z nią inni. Każdy przyglądał się nam bacznie i za pewne sami byli ciekawi co powie na to Lily.
- Zdejmij chustkę - wilczyca zrobiła to o co poprosiłem. - Lily chciałabyś, abyśmy dzisiaj zawarli ślub? - spytałem i spojrzałem na nią.

<Lily?>

Od Verendil'a CD Mizu

Delikatne, dopiero co ocieplające się promyki zimowego poranka wybitnie zwiastowały dobrą pogodę, a ta w ostatnich czasach była na terenach watahy konkretną rzadkością. Mroźny wiatr, który zacinał ostro przez całą noc ustał teraz, dzięki czemu okoliczności przyrody nastrajały do nieco dalszych spacerów i ogólnej aktywności nie ograniczającej się jedynie do leniwego ruszenia zada w stronę wodopoju i z powrotem. 
Podobnie jak wadera, ja również przebudziłem się bardzo wcześnie, aby mieć pewność, że jeszcze przed południem zdołam przekroczyć Widmową Puszczę, aby dotrzeć na Złocistą Polanę, gdzie pasała się od czasu do czasu jedyna odpowiadająca mi tu rozmiarami zwierzyna- żubry. Fakt, że aby się porządnie najeść trzeba było pokonać naprawdę spory kawałek drogi napawała mnie frustracją i już od dłuższego czasu szukałem dla tego ambarasu jakiejś stosownej alternatywy. Niestety każde napotkane przeze mnie zwierzę okazywało się za małe, za lekkie lub zwyczajnie za szybkie jak na moje „zwaliste standardy”, toteż osobiste zniecierpliwienie powoli osiągało swoje apogeum.
Niemniej jednak będąc naprawdę głodnym nie miałem większego wyboru, zatem jeszcze przed świtem wynurzyłem się z ciemnych odmętów swojego leża i powoli skierowałem swoje kroki utartą ścieżyną na zachód.
Po dwóch godzinach mozolnej wędrówki wśród pokaźnych, śniegowych zasp (które na całe szczęście nie spowolniały mnie zbytnio dzięki moim niebanalnym rozmiarom) dotarłem wreszcie do delty Styksu, która kilkoma wąskimi odnogami łączyła się z dużą, ciemnogranatową taflą Czarnego Jeziora, o dziwo nie skutego twardym jak skała lodem. Od mojego celu dzieliło mnie jeszcze kilka dobrych godzina marszu, więc chcąc nie chcąc postanowiłem starym zwyczajem zatrzymać się na kilka minut przy brzegu w celu uzupełnienia płynów i dla krótkiego wypoczynku. Nie spodziewałem się towarzystwa na tak odległych krańcach watahy, bo i kto miałby jakąkolwiek potrzebę, aby zapuszczać się tak daleko bez konkretnego powodu? Czułem się zatem zupełnie swobodnie.
Przystając na kamienistym brzegu wodopoju pochyliłem ogromny łeb i piłem łapczywie, nasłuchując przyjemnych odgłosów łagodnie szemrzącej wody, po której w oddali pławiły się rozgadane kaczki, czubate perkozy i kilka majestatycznych, czarnych łabędzi, zanurzających głęboko swoje esowate szyje, aby sięgnąć kolorowych wodorostów. Było tak spokojnie i błogo, że pomimo naturalnej, zwierzęcej ostrożności przymknąłem odrobinę swoje oczy, ciesząc się lodowatą słodyczą wody spływającą mi do gardła… 
Wtem, ni z tego ni z owego ogromny, głośny plusk i paniczny szelest ptasich skrzydeł w ułamku sekundy zburzyły całą moją pieczołowicie osiąganą harmonię ze światem, stawiając mnie na równe nogi ze zjeżonym futrem. Rozejrzałem się dokładnie jedynym widzącym okiem po roztaczającej się przede mną tafli, aby pochwycić wreszcie źródło owych paskudnych hałasów. Monstrualnych rozmiarów rybsko capnęło w swoje szerokie szczęki jedną z większych kaczek i po chwili zaciętej walki wciągnęło biedaczkę pod wodę. Kilka bąbelków powietrza utworzyło na powierzchni zgrabne kółka, pieczętując tym samym nieszczęsny ptasi los.
- Sum… - wymamrotałem do siebie pod nosem, a na czarnym dnie malutkiej źrenicy zapłonęły mi żwawe iskierki, które zatańczyły krótko w dzikiej radości. Nawet mętne zawsze bielmo ślepego oka nabrało jakby więcej „rumieńców”. To było to! Te jeziorne potwory potrafiły osiągać rozmiar nawet kilku metrów, ważyły często ponad sto kilogramów, a ich tłuszcz był niemal tak samo smaczny i pokrzepiający jak ten piżmowoli, który znałem ze swoich rodzinnych stron. Bez najmniejszego zastanowienia ruszyłem po okazję. Gdyby okazało się, że ten akwen obfituje w większą ilość takich ryb, wreszcie nie musiałbym co kilka dni wybierać się aż na Złocistą Polanę, co już w myślach ucieszyło mnie ponad wszystko. Brnąc zatem co sił w łapach, coraz bardziej zbliżałem się ku środkowi jeziora. Pędzony instynktem i dobrym przeczuciem zatrzymałem się wreszcie na małą chwilkę, nabrałem solidnie powietrza w opasłe płuca i w ostatku zniknąłem całkowicie w ciemnych, nieprzyjaznych toniach.
Czarna, nieco mulista głębia sprawiała niemałe kłopoty z widocznością, dlatego trudno mi było namierzyć swoją ofiarę w gąszczu długich, falistych wodorostów, które kłębiły się przy dnie jak stado przepłoszonych mrówek. Nie rezygnowałem jednak, bo wizja prostej do upolowania zdobyczy była zbyt nęcąca i silna. Raz po raz wypływałem tylko na powierzchnię, żeby odetchnąć i nabrać krzepy. Gęste, podwójne futro przystosowane do znoszenia drakońsko niskich temperatur nasiąkało w tych warunkach jak gąbka, z minuty na minutę robiąc się coraz cięższe. Całe to „polowanie” na dłuższą metę było więc naprawdę bardzo wyczerpujące, a jednak wciąż łatwiejsze niż kilometry drogi na łowisko.
Wreszcie po kilkunastym zanurzeniu z rzędu osiągnąłem swój cel. Walka między mną, a rybą nie była wcale trudna, bo obżarty po pachy sum leżał jak kłoda tuż przy dnie, starając się na spokojnie przetrawić złapaną wcześniej kaczkę. Wystarczyło jedno sprawne zaciśnięcie żelaznych szczęk na łbie łuskowatego delikwenta, głuchy, nieprzyjemny chrzęst miażdżonej czaszki i było po sprawie. Zadowolony, aczkolwiek nieźle zmęczony podpłynąłem z bezwładną ofiarą ku górze i wynurzyłem się sapiąc i dysząc potwornie.
Jak ogromne było moje zdziwienie, gdy zamiast pustego, kamienistego brzegu, który miał być prywatnym miejscem na ucztę moim oczom ukazała się stojąca tam postać nieznajomej wilczycy o fantazyjnie długim, puszystym ogonie i wzorkowatym pysku. Trzymając gigantycznego płetwiaka zębami za kark, postawiłem bacznie trójkątne uszy i bez słowa przechyliłem łeb, przyglądając się dokładnie zielonookiej samicy znad wody, która wyglądała na równie zaskoczoną tym dziwnym spotkaniem co ja.

<Mizogenezo?>

sobota, 28 stycznia 2017

Od Lily CD Mizu i Parysa

Mizu znowu zajęła się osobiście ratowaniem sytuacji. Taka już jej natura, że woli brać wszystko na siebie. Czas mijał a oni jeszcze nie wychodzili z własnych obrad i chociaż wielu się niepokoiło, wiedziałam, że wygra. Tymczasem Parys chcąc wziąć sprawę w swoje łapy zadał pytanie na które, nie oszukuje się, czekałam. Doskonale znałam odpowiedź.
-Oczywiście, że tak- odparłam miękko patrząc mu w oczy. Po tych słowach na jego twarzy wypłynął uśmiech, jeden z najpiękniejszych, największych i najszczerszych z wyraźna ulgą.
-Już myślałem, że się nie zgodzisz po tym wszystkim- dodał cicho.
-To był trudny okres dla wszystkich- odszepnęłam przytulając się do niego. Zaraz z jaskini wyszli wszyscy szczęśliwi obwieszczając postanowienie. Wilki z obu watah zaczęły wiwatować na taki sojusz.
-Wydaje mi się, że jednak byłby ślub- dodał ich samiec alfa spoglądając na naszą dwójkę. Poczułam jak się rumienie lekko.
-Piękny dzień dziś mamy- zaczął Lepos patrząc w niego.- Ptaki ćwierkają, słońce wisi na bezchmurnym niebie. W taki dzień jak ten, winien odbyć się ślub zakochanych czystych serc.
-Zostawmy ich samych, sami zdecydują- stwierdziła ciepło Mizu dając jasny sygnał. Kiedy zostaliśmy sami, wyciągnął coś zza siebie.
-To chyba powinnaś mień cały czas- powiedział czule Parys wpinając mi w grzywkę spinkę od niego i wisior z fioletowym sercem. Ucałowałam go w nos.

<Parys?>

piątek, 27 stycznia 2017

Od Mizu DO Verendil'a

Wstałam przed świtem, jakoś dzisiejszej nocy nie mogłam za bardzo spać. Nie miałam żadnej pracy, zadań, kompletnie nic, co oznaczało tylko i wyłącznie nudy. Ja nie mająca żadnego zadania byłam nie znośna, wiedziałam to od Parysa co mi trochę pomogło, bo bynajmniej starałam się unikać wilków. Wyszłam z jaskini i poszłam w stronę lasu, aby upolować coś do jedzenia. Upolowałam zajca, którego zjadłam i byłam już pełną. Mało kto potrafi zadowolić się jednym zamachem, ale ostatnimi czasy mi to w zupełności wystarczyło. Wróciłam do jaskini, aby sprawdzić jedną ze swoich księgową z zaklęciami. Tam przejrzałam kilka leczniczych zaklęć i zapamiętałam je. Słońce wyszło już poza horyzont, a ja już się nudziłam. Koniec końców wyszłam ponownie z jaskini i skierowałam się nad Czarne Jezioro.
Od kas wróciłam do watahy to jakby nic się nie zmieniło bo wszystko było tak jakby na swoim miejscu, ale tak na prawdę to nie czułam się za bardzo swojo. Wilki, które znałam mogłam zliczyć na pazurkach, a reszty nie znałam nawet nie kojarzyłam, co przysparzało mi nie jednego problemu. Tereny były takie same od kas opuściłam watahy, ale wilki otaczające je, były mi nie znajome. Chciałabym spotkać się z Artenią tak jak za dawnych czasów, ale nie miałam jak, była za bardzo zajęta, a ja nie chciałam sprawiać kłopotów.
Skierowałam się nad Czarne Jezioro po to, aby pomyśleć sobie w spokojnym miejscu. Mało kto zaczyna się w tamtych rejonach, a bynajmniej mi się tak wydawało. Poszłam do miejsca w którym niegdyś spędzałam każdą swoją wolną chwilę. Stanęłam nad brzegiem jeziora. Przejrzałam się w tafli wody. Gdy woda poruszyła się, zrozumiałam, że nie jestem sama. Poza tym to mogłam wyczuć zapach innej osoby, niestety nie miałam kompletnego pojęcia kim była ta osoba.

<Verendil?>
Wybacz za długość (>﹏<)

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Kordiana cd. Kohu



Nie mogłem dojść do siebie. Wadera chwilę temu stała przede mną jeszcze chwilę temu i nagle rozpłynęła się w powietrzu . Szarpałem się, jakbym pragnął z całym impetem natrzeć na niewidzialnych wrogów i odzyskać to co straciłem z oczu. Serena zaniepokojona zwinęła się dookoła mojej szyi posykując ostrzegawczo.
- Nawet o tym nie myśl… - ostrzegła. – miałeś się nie ujawniać.
- Nie mogę pozwolić, by coś jej się stało przeze mnie – warknąłem i natychmiast moje futro pokryło się gwiezdnym pyłem, a oczy zapłonęły turkusowym blaskiem. Świat dookoła zaczął się rozmazywać i pokrywać czymś jakby srebrnym całunem mgły. Nadal nie widziałem nowo poznanej. Rozglądałem się w tym płynnym świecie unosząc się delikatnie nad falistą ziemią. Wreszcie dostrzegłem pod drzewem jakiś jasny kształt poruszany nierównym oddechem.  Już chciałem się powoli zbliżyć, gdy z gałęzi sfrunął smoliście czarny kruk i przysiadłszy tuż przede mną przybrał postać mojej dawnej ukochanej.
- Ofelia?!
- Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć, ale ona… bałam się ze cię zdemaskuje, no i chciałam poznać nową Łowczynie Demonów
- Chyba żartujesz, ona jest zwyczajnym wilkiem z nieco nietypową mocą, ale nie jakimś tam łowcom demonów… i to ja mam obsesję
- Jesteś nieostrożny mój drogi, ale ona… czeka ją wielka przyszłość.
- I dlatego zostałaś aż do rana
Uśmiechnęła się delikatnie.
- Tak przykre ci moje towarzystwo… w dzień ciężej mi utrzymać zaklęcie, które pozwala mi cię widzieć, ale czasem warto zaryzykować
- A on?
- Udało mi się kupić nieco czasu, za cenę skomplikowanego zaklęcia
- Aż tak jest ważna?
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo, ale jeszcze nie czas… zaopiekuj się nią, bo moja magia mogła ją troszkę oszołomić
- I co jej powiem?
- Wymyślisz coś… a tak po za tym nie ja ją tu ściągnęłam
- Mam już dość tych zagadek! – wykrzyknąłem nim rozwiała się w dym. Delikatnie dotknąłem ją łapą i przywróciłem do rzeczywistości. Powoli otworzyła oczy, a ja na szczęście zdążyłem wrócić do normalnej formy.
- Często zdarza ci się tak pojawiać i znikać, pani – rzuciłem starając się by brzmiało to beztrosko i żartobliwie. – Nic ci nie jest?
<Kohu? I cóż teraz zrobisz Łowczyni Demonów? ;) i przepraszam że takie trochę namieszane, ale chciałam jak najszybciej odpisać. Może uda ci się coś z tego wyciągnąć>

Od Siyi CD Isili i Shairen

Kilka dni później ruszyłam na polowanie. W końcu trzeba coś zjeść. Węszyłam z nosem przy ziemi, gdy nagle zza krzaków wyszła biała wadera. Jak ona się nazywała...? Chyba Isil, czy jakoś tak. Podskoczyłam zaskoczona. Dlaczego one nie chcą mi dać spokoju? Najpierw tamta wilczyca, teraz ta. Westchnęłam.
-Muszę z tobą porozmawiać - odezwała się.-Wiem, że właśnie polujesz. Nie trudź się tym.
Milczałam. Nie miałam ochoty na rozmowę. Ta położyła przede mną upolowaną już sarnę.
-To dla Ciebie. Proszę. Ale naprawdę muszę z tobą pomówić -uśmiechnęła się.
-Poradzę sobie -odpowiedziałam chłodnym głosem-Nie potrzebuję twojej sarny.
-Słuchaj, to dla mnie ważne. Wiem co czujesz. Ja... Bardzo długo myślałam tak samo...- tutaj zaczęła opowiadać mi swoją historię. Nie będę jej cytować, bo po co?
-To... Piękna historia -powiedziałam, kiedy skończyła.
-Niestety, tego samego dnia, kiedy poznałam Zico i dołączyłam, pokłóciliśmy się i wstydzę się pójść mu to wyjaśnić...
-Dlaczego? Musisz to zrobić, bo inaczej będziesz żałować...
-Dobrze...
Wilczyca zamyśliła się. Wydawała się sympatyczna. Jej historia była smutna, a mimo to nie załamała się. Nie stała się wrakiem samej siebie. Właśnie tutaj widziałam między nami różnicę. Czy jej zaufałam? Nie można tego tak nazwać. Ale postanowiłam zaprosić ją do mojego nowego lokum. Nawet gdyby, jestem wstanie obronić przed nią dzieci. Chociaż... Nadal nie jestem pewna. To dosyć nieodpowiedzialne.
-Jestem Siya -przedstawiłam się. -Choć za mną, pokażę ci moją jaskinię... To o czym chciałaś porozmawiać?
-Jestem Isil -przedstawiłam się.
-Wiem. Mówiłaś mi -odpowiedziałam.
W ciszy szłyśmy przez las. Nie przeszkadzało mi milczenie. Było wręcz przyjemne. Po pewnym czasie dotarliśmy do mojego noclegu. W jaskini było dosyć ciemno. Szczenięta smacznie spały. Popatrzyłam na nie czule, a końciki moich ust mimowolnie lekko się uniosły.
-Witam w moich skromnych progach- zaprosiłam ją gestem do środka. W moich słowach było dużo prawdy. Nie było tam nic poza małym posłaniem dla dzieci.

<Isil? Shairen? Trochę jakby brak weny ;-;>

Raksha

Vaider

Sneeu

Od Isil CD Siyi

Następnego dnia po balu postanowiłam pójść na polowanie. Szczęście mi dopisywało. Upolowałam całkiem dużą sarnę. Kiedy wracałam do jaskini, nagle zobaczyłam szarą waderę. Od razu ją poznałam. To była tamta ciężarna wadera! Była już po porodzie... A więc miała gdzieś tu blisko kryjówkę! Wiedziałam, że muszę jej pomóc, nawet jeśli sobie tego nie życzyła.
Wadera węszyła w powietrzu i patrzyła na ziemię przed sobą. Zrozumiałam, że jest na polowaniu. Postanowiłam wkroczyć do akcji. Położyłam sarnę i tak cicho jak tylko potrafiłam podeszłam do niej.
-Muszę z tobą porozmawiać -powiedziałam, kiedy byłam już blisko.
Ona podskoczyła i odwróciła się w moją stronę.
-Wiem, że właśnie polujesz. Nie trudź się tym.
Wadera wciąż milczała. Wyciągnęłam sarnę z krzaków.
-To dla Ciebie. Proszę. Ale naprawdę muszę z tobą pomówić -uśmiechnęłam się.
-Poradzę sobie -odpowiedziała chłodno wadera. -Nie potrzebuję twojej sarny.
-Słuchaj, to dla mnie ważne. Wiem co czujesz. Ja... Bardzo długo myślałam tak samo. Przez pięć, właściwie cztery miesiące błąkałam się sama po świecie, pewna że samotność, niezależność i wolność to największe szczęście na świecie. Aż dopóki nie spotkałam pewnego basiora... Nazywa się Zico... To on przekonał mnie, że to nie prawda. Że każdy wilk potrzebuje kontaktu z innymi. Że samotność jest ucieczką, a nie rozwiązaniem... Że nie wszyscy są tacy źli jak mój ojciec...
Widząc jej zdziwione spojrzenie, postanowiłam opowiedzieć jej swoją historię:
-Widzisz... Na mojego ojca został rzucony czar... Mój tata został mordercą i zabił mnóstwo niewinnych istot... W tym potężnego maga... Został wygnany... Moja matka wyszła za niego, tak naprawdę go nie znając... Musisz wiedzieć, że nie miałam łatwego dzieciństwa. Ojciec się nad nami okropnie znęcał... Nade mną, moją matką i moim bratem... Nie lubię o tym mówić... Pewnego dnia tata wrócił z polowania okropnie rozzłoszczony i... postanowił mnie zabić, mimo, że byłam jego córką... Matka zasłoniła mnie i... zginęła z łapy własnego męża... Potem tata śmiertelnie mnie ranił. Elen, mój brat, nie wytrzymał tego i zabił swojego przodka... Potem mnie uratował swoją mocą i odleciał... A ja? Ja dostałam się w łapy pewnego basiora i przez miesiąc musiałam mu służyć jako podnóżek... Potem uciekłam. Jak już mówiłam, włóczyłam się bez celu i sensu, aż poznałam Zico.
Uśmiechnęłam się.
-On namówił mnie do dołączenia do Watahy Księżycowego Ducha, na której terytorium właśnie jesteśmy -kontynuowałam. -Powoli się tu odnajduję, wczoraj był bal karnawałowy, który zorganizowałam z pewną waderą...
Nie wspomniałam, że była to Shairen, która goniła ciężarną wilczycę, przy pierwszym naszym spotkaniu. Cóż... Już sobie to wyjaśniłyśmy, jako tako.
-To... Piękna historia. -odezwała się moja rozmówczyni.
-Niestety, tego samego dnia, kiedy poznałam Zico i dołączyłam, pokłóciliśmy się i wstydzę się pójść mu to wyjaśnić...
-Dlaczego? Musisz to zrobić, bo inaczej będziesz żałować...
-Dobrze...
Przez chwilę siedziałyśmy pogrążone w myślach. Ja -o Zico, ona? Nie wiem. W końcu odezwała się:
-Jestem Siya -przedstawiła się. -Choć za mną, pokażę ci moją jaskinię... To o czym chciałaś porozmawiać?
Odetchnęłam. Siya musiała mi zaufać, skoro chciała zaprowadzić mnie do swojej jaskini, a zarazem potomstwa...
-Jestem Isil -przedstawiłam się.
-Wiem. Mówiłaś mi -odpowiedziała.
Złapałam sarnę i ruszyłam za wilczycą.
<Siya? Może być?>

Od Siyi CD Isil i Shairen

Zwolniłam trochę. Ta wilczyca już prawdopodobnie mnie nie goniła. Nie mogłam jednak długo cieszyć się spokojem. Z mojej prawej strony usłyszałam dźwięk przełamywanej gałązki. Po chwili przede mną mignęła czarna plama. Dobrze wiedziałam kto to jest. Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam biec na zachód. Basior ruszył za mną w pogoń. Cóż za ironia. Nie miałam szans, ale przyspieszyłam jeszcze bardziej i starałam się go zgubić. Ten jednak dalej deptał mi po piętach. Zaczynało brakować mi tchu. Wybiegłam w zarośla, ale on chyba tego nie zauważył. Kręciło mi się w głowie. Upadłam i zemdlałam.

***

Obudziłam się w jakieś jaskini​. Leżałam pod ścianą. Biała wadera (ta sama, której uleczyłam łapę) robiła jakiś wywar z ziół. Ech, czemu wszyscy na siłę mi pomagają? Naprawdę poradziłabym sobie sama. Podniosłam się na łapy. Po upadku byłam jeszcze bardziej obolała. Wilczyca spojrzała na mnie.
-Jak się czujesz?- zapytała.
Mruknęłam coś na kształt 'dobrze', ale nie wiem czy cokolwiek zrozumiała. Po chwili skończyła pracę nad miksturą. Podała mi ją i zaczęła kierować się ku wyjściu.
-Wypij to i odpoczywaj. Idę po zioła do lasu. Proszę cię, nie ruszaj się stąd. 
Gdy tylko zniknęła z pola widzenia, ją również wyszłam z pomieszczenia. Po drodze niechcący rozlałam zawartość miski. Westchnęłam. Wiem, że chce dla mnie dobrze. Nie chcę jednak sprowadzić na nią niebezpieczeństwa. Oni mogą mnie tutaj znaleźć. 

***

Minęło kilka dni. Znalazłam idealne miejsce na nocleg. Znajdowało się kilka kilometrów na wschód od jaskini białej nieznajomej.
Wczoraj na świat przyszły moje dzieci. Puki co nie otworzyły jeszcze oczu. Najpierw urodził się Sneeu. Był biały jak śnieg. Jego brat Vaider pojawił się kilka minut później. Jego sierść była koloru brązowo- szarego. Jako ostatnia na świat przyszła Rakhsa. Była najmniejsza i łudząco podobna do ojca. Popatrzyłam na nich czule. Nie mogę pozwolić, żeby stała im się krzywda. Nie mogę...

<Isil? Shairen?>

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Od Parysa i Mizu CD Lily

Odprowadziłem Lily do jaskini, a sam wróciłem do swojej jaskini. Jednak nie przebyłem tam za długo, bo od raz wyszedłem. Mizu wróciła i powiedziała mi co nie co. Miała plan, tak na wszelki wypadek. Jeszcze tego samego dnia pobiegłam do sąsiedniej watahy. Tam zacząłem obserwować wilka z którym miała ożenić się Lily. Obserwowałem go dniami i nocami do czasu, gdy nie nadszedł czas ceremonii. Wróciłem do watahy, ale przed tym spotkałem się z Mizu. Nie było mnie przez kilka, ale wyjdzie mi to na pewno na dobre. Na swojej drodze napotkałam basiora z którym miała ożenić się Lily. Pogadałem z nim po czym się pożegnaliśmy. Nie było mnie na ceremonii ślubnej, a przegapiłem bardzo dużo.
- Poczekajcie jeszcze chwilę - odparłam, gdy zobaczyłem, że wszyscy zbierają się do swojej watahy.
- Czego chcecie? - spytał się ojciec wilka.
- Mamy dla was propozycje - dodała Mizu.
Widząc minę wadery, we trójkę przeszli do jaskini Mizu. Ja wraz z Lily mieliśmy zostać i poczekać.

- Tak, więc przejdę do rzeczy - odparłam. Użyłam swojej magia, aby z iluzji pokazać nasze tereny. - Wasza obrona jest słaba w przeciwności co do naszej. Jednak chodzi mi o mała wymianę. - wilki zainteresowały się, a ja przeszłam do rzeczy. - Nałożę na waszą watahy pole obronne i dam kilku duchów, które będą chronić waszych granic, a gdy wpadniecie w kłopoty krzywdę wam z pomocą....
- A co chcecie w zamian? - przerwał mi wilk.
- Chce po prostu tego, aby nikt w to nie był wymieszany i nie dowiedział się o tym. Jak będziecie potrzebować pomocy to przybędę ja i tylko wyłącznie ja. Nikt poza mną nie może być w to wymieszany no i oczywiście chciałabym zbierać od was niektóre rośliny - wilk chwilę pomilczał, aby przemyśleć to wszystko jednak nie trwało to długo.
- Zgadzam się - odparł, a ja od razu nałożyłam na ich teren obronne pole.

Mizu wraz z dwójką wilków rozmawiali, a Lily z niepokojem wyczekiwana, aż wyjdą i się czegoś dowiedzą. Przyjąłem się jej dokładnie. Wyglądała przecudownie. Chciałby się jej spytać, ale nie wiedziałem czy to odpowiednia chwila. Jednak nie mogłem daje zwlekać. 
- Lily wiem, że to nie odpowiem moment, ale czy chciałabyś spędzić resztę życia z takim wilkiem jak ja? - stanąłem przed nią i spytałem patrząc się wprost jej oczy.
<Lily?>

niedziela, 22 stycznia 2017

Od Lily CD Mizu i Parysa

Zamknęłam oczy, chociaż w głowie miałam pustkę.
-Co mam powiedzieć. Zostało to postanowione od górnie co pierwsze widzę i nie mam wpływu na zmianę- powiedziałam cicho.- Zrobię to aby was ochronić. Już dość ta wataha przeżyła.
-Myślisz, że to rozwiąże wszystkie problemy?
-Nie, może nawet nie część. Ale wataha po połączeniu będzie silniejsza a wy bezpieczni.
-A ty?
Na to już nie odpowiedziałam. Naprawdę chciałam mu to powiedzieć ale nie byłam w stanie..Nie wiem jak znalazłam się później u siebie. Nic nie pamiętałam poza uczuciem dziury w środku. Chyba opadłam gdzieś w niewidocznym punkcie u siebie.
Następnego dnia reszta watahy dowiedziała się o tym co nas czeka. Wiwatowali radośnie, zwłaszcza, że to działo się w okolicach balu karnawałowego. Jedynie moi wczorajsi towarzysze wiedzieli prawdziwe odczucia. Mizu spoglądała na mnie gdy rozmawiałam z innymi. Znała mnie, więc raczej szybko zauważyła mój wymuszony uśmiech ale reszta nie dała rady go rozróżnić od zwykłego. Tymczasem od tego momentu nigdzie nie mogłam odnaleźć wzrokiem Parysa, dobijało mnie to a to z nim chciałam spędzić ostatnie chwile. Od tej chwili wadery prześcigały się w pomysłach jak chcą pomóc jednak przerwało to im przyjście młodego basiora alfa od tamtych. "Pan narzeczony" brzmiał dziwnie. A w głębi chciałam aby to ktoś inny był tak nazywany... Poszliśmy na spacer z jakąś wymówką o uzgodnieniu uroczystości. Po trochu prawda, chociaż on bardziej chciał się poznać, skoro mieliśmy razem spędzić życie. Zapytał czy wiedziałam o tej umowie.
-Nie, dopiero od wtedy.
-Mi ojciec powiedział dosyć dawno temu. Był podekscytowany tym wszystkim.
-A ty?- Zapytaliśmy się chórem. On się wesoło uśmiechnął lecz ode mnie nie pozyskał jakiejkolwiek odpowiedzi.
Mijały kolejne dni, starałam się być wszędzie ale niezbyt mi to wychodziło bo wiedziałam, że po tym wszystkim będę musiała opuścić swoja jaskinie i przenieść się do tych na granicy, aż wybił ten na który wielu czekało. Wszystko miało zacząć się w samo południe, więc z samego rana, gdy ledwie wstałam, przyszło kilka wader z sąsiedniej watahy i kilka naszych by przygotować mnie. Kiedy po dwóch godzinach skończyły, zaczęły wzdychać jak im to pięknie wyszło: moje ułożone futro stało się tak białe, że śnieg przy nim był szary, w ogonie i grzywce wplecione misternie kwiaty. Po ich wyjściu siedziałam ze wzrokiem utkwionym w spinkę trzymaną w łapach- prezent od Parysa. Zawołały z wyjścia, na co z trudem położyłam tak bliską sercu rzecz na małym bukieciku i wyszłam. Jeszcze nie nasze wadery skakała radośnie ze śmiechem idąc przed nami, trwało to aż do lokalizacji ślubu. Śnieg odgarnięto a zamiast niego wszędzie porastała piękna, świeża bujna trawa i przepiękne rośliny. Zresztą wszędzie było ich pełno pomyślałam z bólem- wszystko było jak w najskrytszych marzeniach, tylko nie ten wilk, które serce wybrało. Rozejrzałam się, nie było go w ogóle. Posmutniała dałam się zaprowadzić do specjalnie zbudowanej i przystrojonej altanki, gdzie czekał już opanowany Lepos z ojcem i wybranym przez obu przywódców kapłan. Zaczął mówić o tym, czemu się tu zebrano, że za związkiem stoi duża odpowiedzialność itp.
-Niech wasze małżeństwo zaowocuje i wam i połączonym w jedną watahę. A teraz...
-Ceremonia zostanie przerwana- powiedział nagle Lepos wprawiając tym wszystkich w osłupienie.- Bo wydaje mi się, ale i tak by nic z tego związku by nie wyszło.
-Synu- zaczął alfa ale mu przerwał.
-Wiem, że chcesz dla nas dobra. Ale nie zamierzam wiązać się z kimś, kto musi i mnie nie kocha. Lily, co o tym sądzisz?- Zwrócił się łagodnie do mnie.
-Nawet jeśli masz rację...
-Musimy to zrobić bo spisali nas? Wiem ale moje pytanie brzmiało czy ty chcesz tego związku.- Przekręciłam głową na znak sprzeciwu, uśmiechnął się.- Dobrze, bo ja też tego nie chcę. Ojcze, podaj mi zwój.
Gdy otrzymał przedmiot,na oczach wszystkich go rozerwał na strzępy. Nikt nie odezwał się, wszyscy byli albo w szoku albo pod wrażeniem odwagi basiora.
-Myślę, że Lily zgodzi się ze mną. Naszego ślubu nie będzie, odwołujemy go. Życzę ci abyś stanęła tu z tym, którym naprawdę chcesz- dodał ciszej miło.
-Z całego serca, życzę tego samo tobie- odparłam lekko się uśmiechając.
-Z połączenia wataha nici, to może zwykły sojusz?
-Z przyjemnością.
Uśmiechnął się wychodząc z ojcem z altanki. Stałam w miejscu uświadamiając sobie, że zostałam jakby porzucona przed ołtarzem. Spojrzałam na innych, wilki z drugiej watahy odchodziły i tak szczęśliwe a nasze zostały. Kiedy chciałam już odejść, czyjś głos mi w tym przerwał.

<Parys?>

Od Shairen Do Isil, Verendila, Azraela, Ji Ho, Shaitan, Siyi i kilku innych chętnych ktosiejków

Większej liczby odbiorców nie miałaś do dodania? xD

Był wczesny ranek. Wstałam i podeszłam do wyjścia mojej jaskini,wiatr wiał rozczesując moje rozczochrane futro. Grał przeróżne melodie które wylatywały jednym uchem a drugim wylatywały. W końcu promienie słońca swoim blaskiem oświetlały polany WKD, zwierzęta zaczęły się budzić do życia.
świerszcze zaczęły grać,króliki tupały swoimi łapkami nastawiając uszy przy pierwszym szmerze wydawanym przez myszy które biegały wśród traw
a ryby skakały przez fale morza skąpanego w słońcu. Czyli dzień jak co dzień,słońce w końcu wyszło i przykryło całe WKD. Poszłam na polowanie
wróciłam do jaskini z kilkoma rybami. Jestem sama,trzy ryby wystarczą. Kiedy zjadłam postanowiłam się trochę przebiec dotarłam do jakiegoś labiryntu
usłyszałam jakiś głos
-Shairen, Shairen. Wejdź i mnie szukaj-ten głos coś mi mówił
-M-minx?-to nie mogła być ona. A może?
-Złap mnie jeśli potrafisz-wadera zachichotała i uciekła
-Czekaj! Nie zostawiaj mnie samej- sama myśl o usłyszeniu Minx była marzeniem a co dopiero zobaczenie jej.
-Mogę Ci pomóc-Kitsune wyskoczyła z mojej łapy
-Proszę pomóż-spojrzałam na Kitsune wzrokiem załamania
Kotka gdzieś odeszła,wróciła po chwili. Za nią kilka wilków. Co ten kot wyrabia?! Kitsune zamieniła się w tatuaż na mojej łapie i zostawiła mnie z kilkoma wilkami
jak słodko....
-Co się stało?- zapytała biała wadera
-Jak wy się tu znaleźliście?-nie wiedziałam jak to opisać,pytanie na pytanie.
-Dosyć długa historia- Azrael najwidoczniej cały czas domagał się odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie
-Złap mnie jeśli potrafisz-Minx znowu zachichotała
-Sami słyszycie-uśmiechnęłam się pod nosem
- Co to było?- biała wilczyca rozejrzała się po roślinach
-No to idziemy!-Azrael już zrobił krok do tyłu ale go zatrzymałam.
-Ten labirynt,nie jest taki zwykły. Nikt z niego nie wrócił bo wszyscy się zgubili. Poza tym jeśli znajdziemy drogę wyjścia
nie wyjdziemy po drugiej stronie-spojrzałam na wejście
-To gdzie wyjdziemy?-wilczyca była dosyć nieufna,basior wielkich rozmiarów miał już coś powiedzieć ale zmienił zdanie i pozostał w milczeniu
-Wejdziemy do drugiego wejścia,w tym labiryncie nie wyjścia- naprawdę nie wiem co robić. Nie chcę ich wszystkich narażać ale ufam Kitsune
-Taki jakby niekończący się labirynt?-odezwał się brązowy basior
-Nie do końca. Jak tak jakby wyjdziemy to będziemy przy drugim wejściu, ale w innym wymiarze. To jak kto chce pozwiedzać sobie zaświaty?-Zapytałam z lekkim uśmiechem
-Czemu by nie,i tak w końcu wszyscy umrzemy-wadera z czaszką na łbie się odezwała.....Haloween było już dawno no ale cóż
< Ver,twój wilk nic nie mówił jak chciałeś. Jak ktoś chętny to pisać na chacie. Dobrze odegrałam Shaitan? Jedziemy z tym xD>

 To ten piękny labirynt cx Niby że potem jest tysiąc zakrętów ok?

Od Mizu i Parysa CD Lily

Lily mi wybaczyła, a na sercu zrobiło mi się lżej. Wróciliśmy do pozostałych, a biała wilczyca od raz została otoczona innymi wilkami. Jednak odpuścili sobie, gdy powiedziała, że zajmą się tym jutro.

❇❇ Na następny dzień ❇❇

Nie spotkałem się z Lily bo nie miałem okazji, zapewne jak i ona sama. Z obowiązkami się nawet nie zająłem, bo musiałem od nowa poznawać wszystko od nowa. Tereny się co prawda nie zmieniły, ale osoby w naszej watasze bardzo. Mało kogo poznawałem, a co dopiero poznać ich charakter. Na sam koniec dnia byłem wykończony, sam nie wiedziałem nawet czym.

✴ Kolejny dzień ✴

Wstałem wcześnie co mało kiedy jest u mnie spotykane. Wychodząc z jaskini zobaczyłem Mizu, która kierowała się w stronę jaskini Lily. Zostawiłem do niej i wypytałem się dlaczego idzie do Lily. Gdy usłyszałem, że Lily dzisiaj idzie do sąsiedniej watahy, aby spotkać się z alfa i dogadać się, od razu spytałem się, czy mogę do nich dołączyć. Mizu zgodziła się, podobnie jak Lily. Przez całą drogę, która trwała około trzy godziny Mizu i Lily zajęły się rozmowa na przeróżne tematy, a jak tylko od czasu do czasu się odezwałeś lub wypowiedziałem. Gdy dotarliśmy na miejsce, basior, który był alfa watahy przywitał się. Wilczyca i wilk zajęli się konwersacja, a ja z Mizu przysłuchiwałem się im obojgu. Mizu się traciła, ale nie mogła nic zrobić, podobnie jak i ja sam. Lily nie spojrzała się i ruszyła w stronę watahy. Poszliśmy wraz za nią, ale pochwili zrobiła się pomiędzy nami przerwa.
- Parysie zajmij się Lily, a ja muszę coś załatwić - wadera po wypowiedzeniu słów zniknęła, a po chwili zniknęła mi z oczu.
- Lily co byś powiedziała na zmienianie trasy? Wiesz zamiast iść tą samą drogą to czemu nie skręcimy w inną stronę. Wiesz może uda nam się natrafić na coś ciekawego?! - powiedziałem do białej wadery, ale ta nie odezwała się ani słowem. Po kilku krokach w ciszy nie wytrzymałem i pojechałem wadere za ogon.
- Parys co ty robisz? Puść mnie, to boli - ja nic nie odpowiedziałem i ciagnąłem ją dalej za sobą. Po przejściu dłuższego odcinka puściłem jej ogon.
- Spójrz na niebo, odetchnij, przemyśl wszystko, a potem powiedz mi o wszystkim - dodałem ciszej. Nie spojrzałem się na nią, a na niebo. Słońce zaczęło powoli zachodzić za horyzont. Biały, puszysty śnieg zaczął się mienią niczym małe gwiazdy.
<Lily?>

Od Isil CD Shairen i Siyi

Czułam jak ręka cudownie mi się goi. Zrozumiałam, że wadera miała taką moc... Ale... Skoro miała taką moc, to czemu sobie nie pomogła? Przecież ja byłam druidem... Poradziłabym sobie... No ale nieznajoma mogła o tym nie wiedzieć. Mimo to... Skoro pomogła zupełnie obcej wilczycy, to sobie samej nie mogła? I przed czym tak uciekała?
Nagle coś zaszeleściło w krzakach. Wadera zerwała się i pobiegła w las. W pierwszej chwili chciałam ją gonić, ale wpadłam na lepszy pomysł...
Z krzaków wyskoczyła kolejna wadera. Miała dziwnie rozszerzone źrenice, biorąc pod uwagę porę dnia. Chciała mnie ominąć, ale stanęłam jej na drodze. Spojrzała na mnie i jej źrenice wróciły do normalnych rozmiarów *tak, wiem, powtórzenie. Nie umiem go uniknąć ):*.
-Przepuść mnie -oznajmiła.
-Co chcesz jej zrobić? -spytałam nieustępliwie. -Czy naprawdę nie widzisz, że ona jest w ciąży i do tego w okropnym stanie?!
-Chcę jej pomóc -zmierzyła mnie wzrokiem.
-Nie wyglądasz. Jak chcesz jej pomóc, to wróć do jaskini i pozwól, że ja się nią zaopiekuję.
Widząc minę nieznajomej, postanowiłam dodać:
-Jestem druidem.
Odwróciłam się i poszłam w stronę w którą poszła ciężarna wilczyca.
-Poczekaj! -usłyszałam.
Odwróciłam się.
-Jak się nazywasz? -spytała mnie wadera, która goniła ,,ofiarę’’.
-Po co ci moje imię?
-Nie ważne -uśmiechnęła się przekonująco.
-Isil... -powiedziałam, odwróciłam się z powrotem i poszłam przed siebie.
Jakiś czas później kątem oka wychwyciłam jakąś szarą plamkę w zaroślach. Podeszłam bliżej. W krzakach leżała ciężarna nieznajoma. Wszystko wskazywało, że była nieprzytomna... Skleciłam pospiesznie nosze i z trudem położyłam na nich chorą. Złapałam jeden z końców zębami i ostrożnie zaciągnęłam ją do mojej jaskini.
Kiedy dotarłyśmy położyłam ją przy ścianie i zajęłam się przygotowywaniem wywary leczniczego...

<Siya? Spodziewałaś się czegoś lepszego? Po mnie?>

Powrót!

"Nikt nie płacze dlatego, że był słaby. Płacze dlatego, że zbyt długo był silny."

Le Onde. by Wolf250

sobota, 21 stycznia 2017

OD Kohu

Wieczorem podarowałam sobie Księżycowe Opowieści i ruszyłam na spacer. Śnieg skrzył się niby tysiącami małych gwiazd. Nagle poczułam woń zdenerwowania. Ruszyłam w tamtym kierunku. Byłam zaniepokojona. Działo się coś bardzo nie dobrego. Zaniepokojona otoczyłam się mgłą dla bezpieczeństwa.
Szłam chwilę w zupełnej ciszy. Przede mną nagle jak z pod ziemi wyrosło małe wzgórze. Na jego stokach rosły przysadziste świerki polanka.
Dopiero po chwili dostrzegłam brązowego wilka leżącego bez oddechu na ziemi. Podbiegłam do przodu by sprawdzić kto to. Bardzo szybko rozpoznałam zmierzwione miękkie futro. To był Kordian. Przy nim siedziała Serena. Delikatnie trącała nos Kordiana swoim białym łebkiem.
Podeszłam bezszelestnie. Chwile patrzyłam na niego nie wiedząc co robić. Nagle zerwał się na nogi, odskoczył w tył i uderzył głową w niskie gałęzie świerku.
- Witaj, pani, piękny mamy dziś dzień nieprawdaż
Przyglądałam się mu z lekko przechyloną głową.
- Przepraszam za wczoraj... nie byłem sobą i chyba nie miałem okazji się przedstawić, Pozwolisz pani - skłonił się szarmancko - Jestem Kordian.
- Wiem.
Patrzyliśmy się chwile na siebie. W końcu nie wytrzymałam jego badawczego wzroku i pochyliłam głowę. Poszłam dwa kroki do tyłu dając tym samym znak, że rozmowy nie musi kończyć.
- Pani wybaczy, że spytam. Czemu tu pani podeszła. – Ten wilk mnie onieśmielał.
- Ja? Ja poczułam Zły zapach więc szukałam jego źródła.
- Zły zapach?
- Taki który wydają demony.
Patrzył na mnie ze zdziwieniem. Nagle poczułam, że dzieje się zemną coś nie dobrego. Znikałam. Wydałam zduszony okrzyk przerażenia i błagalnie spojrzałam na Serena i Kordiana. Oboje rzucili się w moim kierunku. Jednak było już za późno zniknęłam. Stałam tak przerażona a oni rozglądali się dookoła z niepokojem. Próbowałam coś powiedzieć ale oni mnie nie słyszeli.
W tym jednak momencie poczułam nie przepartą senność. Chwile opierałam się jej jednak po chwili zapadłam w nią.

Od Shairen "Bal karnawałowy"

Wstałam dzisiaj późnym rankiem,od razu do głowy przyszła mi myśl "Dzisiaj bal"! W miarę się ogarnęłam i szybko wyszłam,przed jaskinią stały jeszcze wilki. W tłumie zauważyłam Isil
-Cześć Isil. Nie pomyślałyśmy o jednym, kto zacznie taniec?- Wilczyca na chwilę się zamyśliła na chwilę, żeby dać tak po prostu odpowiedź bez sensu
-Idź już do "Jaskini imprez", żeby się przygotować się do śpiewania.
Właśnie genialna wilczyca wpadła na genialny plan i musi go zrealizować. Wypatrzyłam w tłumie Lily a potem Parysa,"Genialnie". Podbiegłam do Lily i zaproponowałam jej żeby ona i Parys rozpoczęli taniec. Była zachwycona, Isil również się zgodziła. Poszłam w końcu do jaskini.
-Główka pracuje moja droga- Kitsune wyskoczyła zza moich pleców.
-Jak widzisz, nie wyszłam z formy- uśmiechnęłam się.
-Widzę ale mogłabyś czasami ze mną. Strasznie mi się nudzi- kotka mruknęła pod nosem.
Dobrze, przepraszam. Pora na Ciebie wracaj- kotka przewróciła oczami ale wykonała moje zadanie a na mojej łapie pojawi się rysunek kota.
Po chwili wszyscy się zebrali, Lily i Parys zatańczyli.
-Teraz moja kolej-poczułam motyle w brzuchu,weszłam na scenę i zaczęłam śpiewać.
(Jakby się komuś nudziło to wyobraźcie sobie jak wszyscy wywijacie Break dance cx)
Tak swoją drogą to jak wilki wywijają break dance i poloneza? xDDD
Nie róbmy tu swoich podglądów, co ma piernik do wiatraka? xD
Po wypiciu czy nie? xD
Znajdziemy winnego i postąpimy i Eve xD



Jeszcze zaśpiewałam kilka piosenek i zeszłam ze sceny.
-Ładnie śpiewasz- usłyszałam czyjś głos za sobą.
<Ktosiu? xD Proszę nie uwzględniać nowego wyglądu Shy>

Od Max'a "Bal karnawałowy"

Dziś jest bal. O rany całkiem zapomniałem. W sumie w życiu wiele zapomniałem, od urodzin do drogi powrotnej do domu. W ziołem się jednak w garść. Poleciałem migusiem  przed jaskinie Alf. Nikogo nie było. Trochę zawiedziony, odwróciłem się.
-Ty nie na balu ?- rany wystraszyła mnie.
-No ja... zapomniałem...
-Chodź gapo pójdziemy na imprezę. A przy okazji weź tego jelenia.
W ziołem go na plecy. Isil chyba była główną pomysłodawczynią balu.
-A właściwie na co to ?
-Jedzenie na imprezę bo zabrakło.
Nie miałem więcej pytań. Po chwili weszliśmy do dużej jaskini. Było pełno dekoracji. Grota była porośnięta bluszczem z białymi kwiatami, w wielkim suficie była dziura przez którą padało światło księżyca. Tam wszyscy tańczyli. Poza tym było mnóstwo świetlików, i pełno kwiatów i niewielkich drzew z dekoracjami. Isil wskazała ruchem głowy gdzie mam położyć jelenia.
Wszyscy świetnie się bawili. Grała muzyka. Wilki tańczyły, i się śmiały. Chciałem sobie usiąść i popatrzeć, ale nie. Jak tylko klapnąłem od razu podbiegła do mnie Light.
-Max ! - wskoczyła na mnie, tym samym mnie przewróciła.
-Cześć... gdzie masz mamę ?
-Tańczy. Ty też chodź !
-Wiesz ja... nie umiem...
-A co w tym trudnego !
Mała wyciągnęła mnie na parkiet. W sumie to rzeczywiście nie było trudne. Chodziarz obiłem się o parę wilków, ale wszystkie się roześmiały. Do końca imprezy tańczyłem i się bawiłem. A na dodatek złapała mnie Shairen, która uprzejmie stwierdziła, że nie jestem ubrany, dlatego miałem na sobie kwiaty i kolorowe pióra. Wyglądałem śmiesznie. Na moje szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi, ponieważ wszyscy byli podobnie przystrojeni. To chyba najlepszy bal na jakim byłem.

<Pisać ! Jeszcze czas !>

Od Isil "Bal karnawałowy"

Wstałam i wyszłam przed jaskinię. Od tamtego dnia ani razu nie widziałam Zico... Za to poznałam pewną waderę. Nazywała się Shairen. W skrócie Shy. Jakimś cudem, kiedy wspólnie odkryłyśmy ogromną jaskinię, przekonała mnie, żebyśmy zorganizowały bal. Do tej pory nie wiem czemu się zgodziłam... Miałyśmy mały problem z organizacją zaproszeń, ale okazało się, że ciężarna wadera, którą się opiekowałam -Siya, miała ogromny talent malarski. Namalowała kilkanaście zaproszeń... Właśnie... Siya... Kiedy poszłam rozdawać zaproszenia, a Shy -upolować coś na imprezę, Siya zniknęła... Nie wiedziałam co się z nią stało... No ale obiecałam, że jak sobie pójdzie, to zostawię ją w spokoju...
,,Dzisiaj bal!’’ -zdałam sobie sprawę.
Pobiegłam na miejsce zbiórki. Kilka wilków już było. Ano tak. Prosili mnie, żebym nauczyła ich tańczyć poloneza. Tak jakbym umiała... No ale trudno....
***
W końcu wybiła godzina 12:00. Przed jaskinią Alf zebrało się kilka wilków. Dużo nas nie było, ale zawsze ktoś... Nagle w ,,tłumie’’ zobaczyłam znajomego basiora...
-Zico... -powiedziałam, ale on obrócił się tyłem i odszedł.
Nie mogłam nawet za nim iść, bo koło mnie pojawiła się Shy z pytaniem, kto zacznie taniec. Po chwili namysłu, kazałam jej iść już do ,,Jaskini Imprez’’, jak ją nazwała, aby przygotować się do śpiewu.
Shy zorganizowała jakąś parę, która rozpoczęła poloneza. Po chwili rozpoznałam Azraela i jakąś waderę, która wyglądała okropnie... No ale to nie czas na złość. Za pierwszą parą poszły kolejne... Z boku prowadziłam Azraela i jego towarzyszkę do jaskini... Ciekawe co im Shairen obiecała za rozpoczęcie. Pewnie co najmniej jakiegoś żubra...

<Się zaczęło... Piszcie (: >

Bal karnawałowy!

Kochani, dziś rozpoczyna się wydarzenie na które pewnie czekaliście jak pomysłodawczynie.
Niniejszym postem rozpoczynamy opowiadania o imprezie! Powodzenia i dobrej zabawy!

Od Verendila CD Sheitan

Właściwie to może nie sam widok tej osobliwej, ciut rachitycznej i nieco sfatygowanej sylwetki zbliżającej się ku niemu na szczudłowatych kończynach zza ogołoconych zarośli zaskoczył samca najbardziej. Większą ciekawość wzbudziło w nim chwilowo to dziwne, kulkowate stworzenie o pokrzywionym dziwacznie ogonku, które czmychało przez gęsty śnieg prosto w jego kierunku, jak gdyby samo prosiło się o bycie przystawką.
- W istocie zadziwiającą tu macie faunę… - skomentował postać Raichu mrucząco, chrobocząc lekko niskim, przyjemnie dudniącym w uszach głosem, kiedy to w uczynnym geście podciągał się powoli z ziemi na wszystkie cztery łapy, aby krótkim machnięciem opasłej kity strącić pozostałą kupkę śniegu wprost z kościstego czoła otrzepującej się w pośpiechu samicy. – Nie przywykłaś pewnie do takich temperatur, hmmm? – dodał ni z tego ni z owego, przeciągając wolno ostatnie słowo w celu nadania całości bardziej retorycznego tonu. Przypatrzył się też przy okazji uważniej towarzyszce z wysokości swojego kudłatego łba, aby móc stwierdzić po chwili przed samym sobą, że bardziej wymyślnego psowatego chyba nie mógł sobie wyobrazić. Widział już podczas swojego życia wilki o jaskrawych, przesyconych futrach, te z rogami, całymi wieńcami poroża, ze skrzydłami, kolcami, trzecim okiem i Bogowie wiedzą z czym jeszcze, ale ona z całą pewnością była z nich wszystkich najoryginalniejsza, bo jakoś dziwnie…prosta. Z początku jej przydługa szyja skojarzyła się basiorowi co prawda z lamą (czyli generalnie z podstawowym posiłkiem szczepu Mokota), ale cała reszta ciała wyglądała w porządku, więc koniec końców można ją było zaklasyfikować do wilczej famuły.
- Verendil. – przedstawił się nagle krótko, ciut uginając grzecznościowo swój szeroki kark jak to miał w starym zwyczaju i z wyczekującym błyskiem w oku przysiadł na zmarzlinie.

< Szatanowo? >

Od Shairen CD Azraela

Obudziłam się, był dzień.
Az? - zobaczyłam sylwetkę jakiegoś wilka
Wybacz, że chciałem cię uratować. - powiedział ze śmiechem, czy go to bawi? Naprawdę nienormalny
Pfff- sama nie wiem czy to było ze złości czy po prostu wypuszczenie powietrza.
Wstałam i podeszłam do wyjścia, stałam chwilę bez ruchu. Było mi można teraz policzyć wszystkie żebra
Co Ci się stało? - zapytał z odrobinką troski w głosie
Nieważne nie twój interes- burknęłam miałam już wyjść kiedy się potknęłam aż nagle basior mnie złapał

Azrael? Venus brakus totalus cx

Od Shaitan CD Veredila

Wybraliśmy się z bratem na mały spacer, za nami szły też nasze zwierzaki.
- Może małe polowanie? - zaproponował Azrael patrząc na mnie.
- Nie mam ochoty, ale jak chcesz to droga wolna. - powiedziałam zwalniając tępo. Miałam ochotę odpocząć, a nie biegać za zwierzyną.
- Poczekam tutaj na ciebie. - powiedziałam czując jak Raichu na mnie wskakuje.
- Nie ma sprawy, będę za niedługo. - powiedział Snaivy bądź grzeczna. - powiedział do wężowatego stworzenia, które chciało iść za nim. Zza drzew było widać polankę, na której siedział jakiś wilk. Bacznie mi się przypatrywał. Na białym śniegu był bardzo widoczny, podobnie co ja. Był cały brązowy i bardzo puchaty.
- Ktoś tam siedzi. - pisnął szczurek wdrapując się na moją głowę. - Może do niego pójdziemy? - zaproponował spadając z czaszki prosto w biały puch.
- Raichu ma rajcie, można by sprawdzić jaki jest silny. - dodała Snaivy swoim syczącym głosem. Cicho westchnęłam, ale zanim zaprotestowałam żółty szczurek już był w połowie drogi do basiora. Szybko więc za nim podeszłam. Nie spojrzałam na drogę i poślizgnęłam się na kamieniu wpadając prosto na basiora. Szybko wstałam otrzepując się ze śniegu.

< Verendil? >

Od Lily CD Mizu i Parysa

Trochę zrobiło mi się głupio jak powiedziałam którymś raz od serca. Jego pytanie było dosyć na miejscu, skoro poruszono już ten temat.
-Sam dobrze wiesz, że to może być problematyczne. Nie mniej, rozumiem cię. Oczywiście, że ci wybaczam- odparłam uspokojona po odnalezieniu właściwych słów. Ucieszył się a w jego oczach dostrzegłam ogromną ulgę. Zaraz po tym roześmiał się przyciągając do siebie i przytulając. Spędziliśmy tak dłuższą chwile wtuleni w siebie zanim się od siebie oderwaliśmy. Uśmiechnęłam się do niego- wracajmy do innych, mogą się martwić.
Już wkrótce byliśmy z powrotem przy członkach. Ledwie się przywitaliśmy a oni już doskoczyli do mnie i wypytywali co z organizacją imprezy. Przekrzykiwali się wzajemnie zgłaszając co już mają zrobione. Roześmiałam się serdecznie.
-Kochani, jest późno nie sądzicie? Jutro to przedyskutujemy.
Po tym, szybko się rozeszli do swoich jaskiń. Została poza naszą dwójką jeszcze sama Mizu, która patrzyła na nas zadowolona. Wtedy miałam nadzieję, że będzie już wszystko w porządku ze wszystkim. Tak myślałam...

~2 dni później~

Wczoraj dużo dłużej zajęły obrady niż się spodziewałam a dziś? Miałam iść na spotkanie z samcem alfa sąsiedniej watahy. Wyjątkowo przed moim wyjściem samej, podeszła Mizu z Parysem, pytali się czy nie będzie przeszkodą gdyby poszli ze mną. Zdziwiło mnie to ale się zgodziłam i tak wyszliśmy wspólnie. Na miejscu byliśmy tak po 3 godzinach cały czas rozmawiając na różne tematy. Gdy byliśmy na umówionym miejscu, tamci też przybyli. Nie tyle co samiec alfa ale i prawdopodobnie jego syn następca i inny wiekowy basior. Patrząc na najmłodszego z nich, stwierdziłam, że był nawet niczego sobie ale Parysowi nie dorastał do łap. 
-Witaj Biała Lilio. Czy to twoi przyjaciele?
-Tak. A kim są twoi?
-To mój syn Lepos a to nasz strażnik wiedzy, Jam. Czy masz na dziś odpowiedź?
-Tak właściwie to nie interesuje was inna opcja sojuszu?- Wtrąciła się Mizu. Wiedziałam, że ten alfa ma spory szacunek do wader, nie odezwał się.- Nie można jakoś bazować na podzieleniu przykładowo terenów łowieckich? Albo zbiorami mądrości.
Pokręcił głową.
-Racz mi wybaczyć pani ale chcemy tylko jednego i nic tego nie zmieni. Biała Lilio- zwrócił się do mnie a czułam jak Parys obok sztywnieje- zwiążesz się z moim synem?
-Gdybym odparła przecząco, co by się stało?
-Obawiam się, że nie miałabyś takiej możliwości. Jam, pozwól.- Starszy wilk w milczeniu podał zwinięty mu pergamin.- Mamy pisemne oświadczenie, iż zostałaś przeznaczona w przyszłości, czyli teraz, na partnerkę życia dla Leposa.
-Zaraz, co...- zaczęłam i podał mi papier. Niestety miał rację. tekst jasno wskazywał na oddanie mnie jemu synowi. Podpisała moja matka a obok był wypalony dziwny znak. Mizu próbowała jakoś się dogadać z nimi a Parys stał jak wryty. 
-Ale to zostało z góry określone lata temu- mówił spokojnie alfa.
-Czasy się zmieniają- odparła Mizu.
-Nie ważność takich dokumentów. Nawet gdyby się nie zgodziła mamy prawo wziąć ją siłą. Albo w walce- dodał poważnie. Pochyliłam głowę zaciskając powieki. Nie... Nie mogę pozwolić narażać innych na ryzyko. Wstałam i zwróciłam papier.
-Zatem niech będzie ten związek małżeński- powiedziałam głucho.

...Przepraszam Parys...

-Doskonale. Biała Lilio to będzie zaszczyt mieć cię w rodzinie. Synu- zwrócił się do młodego- ta wadera stanie się w najbliższym czasie twoja prawowitą partnerką i razem będziecie alfami połączonych watah.

...Nie chcę tego...

-Ślub za tydzień. Czy polana na granicy będzie dobra?- Zwrócił się do mnie. Nie patrząc na niego kiwnęłam głową. Od chwili gdy zdecydowałam, moi przyjaciele zamilknęli.- Doskonale. To ważny moment dla nas wszystkich. Początek wspólnej przyszłości. W dniu uroczystości przyjdą do was nasze wadery i pomogą cię wystroić. W razie kłopotów, poprosimy o kolejne spotkanie. Lepos, pożegnaj się ze swoją narzeczoną- zwrócił się miło do syna. Ten ostrożnie podszedł i ucałował wierz mojej łapy po czym zniknęli.

...Parys...

Nie podnosiłam wzroku, nie mogłam. Poczułam jak Mizu mnie przyciąga do siebie przytulając.
-Kochana...
"Nie chcę, żeby ktokolwiek miał przez mnie cierpieć albo stracić bliskich". Wstałam. Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do watahy nie mając odwagi spojrzeć na ukochanego wilka. Trzeba było przekazać innym wieści. Będą bezpieczni przez podjętą moja decyzję. Nie będą musieli walczyć czy ginąć.

...A czy ty mi wybaczysz?...

<Parys?>

piątek, 20 stycznia 2017

Od Mizu i Parysa CD Lily

Pozostałam z innymi wilkami, a tamta dwójka zniknęła. Miałam nadzieję, że wreszcie się pogodzą, bo jak nie to ja będę musiała wetknąć swój nos, a tego za bardzo bym nie chciała, tak jak na pewno i oni. Spojrzałam się przez chwilę na niebo. Na granatowym niebie wyłonił się księżyc który był w pełnej odsłonie. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wystarczyło mi teraz czekać na rozwój wydarzeń.
♦♡♦
To co powiedziała Lily, lekko oszołomiło mnie. Nie wiedziałem za bardzo co mam zrobić. Widząc jak chciała odejść, nie pozwoliłem jej na to. Chciałem jej powiedzieć o czymś, ale nie mogłem. Chciałem się jej zapytać, powiedzieć... sam nie wiem jak to określić dokładniej. Nie myślałem w tej chwili za trzeźwo, wszystko mnie trochę za bardzo przytłoczyło. Światło księżyca padło na nas. Pomimo, że były mroźne dni to kilka świetlików pojawiło się tuż obok nas. Widząc to wszystko, jakoś mnie to zbyt trochę przytłoczyło, ale też i zaskoczyło. Mało kiedy były spotykane o tej porze świetliki. Lekki, mroźny wietrzyk zawiał i przeczesał nasze futro. Spojrzałem się w oczy Lily, a ona w moje.
- Czy przebaczysz mi...Czy przebaczysz mi za popełniony błąd? - spytałem nie puszczając jej łapy.

<Lily?>

Od Mizu CD Shaitan

Po powrocie do watahy od razu wzięłam się za obowiązki. Lily już dość zrobiła, więc nadszedł czas na mnie. Wyszłam z jaskini, a gdy postawiłam pierwsze kroki na mojej drodze stanął Parys, który chyba był zakłopotany. Nie dziwiłam się mu. Jesteśmy tutaj od kilku dni od kas nas nie było i dużo rzeczy się pozmieniało. Wilk poszedł wraz ze mną. Zagadaliśmy się, a jako temat oblaliśmy zmiany w wardze od czasu kiedy nas nie było. Wydawało by się, że wszystko jest na swoim miejscu, ale jest całkowicie na odwrót. Nie znałam prawie nikogo z nowych członków co utrudniało trochę nasza, moja i Parysa sprawę. Jak to przystało na mojego Parysa wpadł na kogoś, a ta osoba upadła na ziemię. Przed nami stanęła wilczyca, która miała dość ciekawa aurę. Przyjrzałam się jej dokładniej po czym na Parysa.
- Nie ma ani dobrze, ani złe. Jest jak ma być i tyle. - powiedziała otrzepując się z ziemi, na którą upadła. 
- Jak masz na imię? - spytał się Parys.
- Shaitan - odpowiedziała krótko, zwięźle i na temat.
- Jestem Parys - odparł basior.
- Parys powinieneś już iść - wilk zrozumiał co miałam na myśli. Ruszył w przeciwną stronę niż się kierowaliśmy, a ja zostałam sam na sam z nowo poznaną wilczycą. 
- Kim jesteś? - zadała pytanie, a ja zwróciłam na nią wzrok.
- Po co ci jest potrzebne moje imię. Możesz się do mnie zwracać jak tylko chcesz - odparłam, a ona spojrzała na mnie.
- Jesteś nowa? - zadała kolejne pytanie, ja tylko przytaknęłam głową.
- Chciałabyś iść ze mną? - skoro ona zadała pytanie mi to czemu bym ja nie miała jej zadać pytania.
- A gdzie? - co prawda nie miałam obranego dokładnego celu, więc już wiedziałam odpowiedź.
- Po co znać cel do którego chcemy dotrzeć skoro możemy iść w kierunku w którym będziemy chciały iść bez obranego celu - odparłam. - To jak, przyłączysz się do mnie?

<Shaitan?>