wtorek, 31 maja 2016

OD Rayan'a CD Daiki

Oczywiście "...największego przystojniaka" to była przenośnia. Sam tak o sobie nie myślę, że jestem przystojny, a najprzystojniejszy to już z pewnością odpada.
- Rayan jestem - posłałem waderze uśmiech. - No, sory za to "skradzione" pożywienie.
- Dobra, nieważne z resztą... - powiedziała i wzięła kolejny kęs mięsa. Westchnąłem i pogrążony w myślach, przestałem jeść.
- Hej, kolego! Żyjesz? - zapytała wpatrując się we mnie. Powróciłem na ziemię i spojrzałem na Daiki. Uśmiechnąłem się zakłopotany i nic nie odpowiedziałem. Zniżyłem pysk i urwałem kawałek zdechłej łani. Wadera nie przejmowała się brakiem odpowiedzi, i wstała.
- Gdzie się wybierasz? - zapytałem podnosząc głowę. Zatrzymała się i odwróciła w moją stronę łeb. Spuściła wzrok i odpowiedziała:
- Zwiedzać dalej tereny watahy...
- Mogę cię oprowadzić - westchnąłem i zostawiłem spożywanie zwierzęcia. Wilczyca rzuciła mi niepewne spojrzenie, po czym niechętnie skinęła głową, pozwalając się oprowadzić. Podniosłem się i ruszyłem przodem.

<Daiki?>

poniedziałek, 30 maja 2016

OD Kordiana CD Rusłany

Pokręciłem głową zrezygnowany. Sereny nie przegadasz więc w zasadzie jedyne co mi pozostawało to przyznać jej rację. Zresztą sam coraz bardziej zaczynałem lubić młodą waderę. W teki kilka chwil stała mi się jak młodsza siostra. Gdy napomknąłem o tym mojej towarzyszce. Nie mogła wstrzymać się od śmiechu. "Jeszcze trochę i pół watahy będzie twoją rodziną. Nie zapominaj, że już zapowiedziałeś się   opieka Artenii"
"To co innego"
Przerwałem tą myślową debatę bo wreszcie udało nam się dogonić wilczycę.
- Uważaj! - krzyknąłem wypadając przed nią. Wlepiła we mnie zdziwione spojrzenie.
- Uważaj pani, bo teren jest podmokły i łatwo wpaść. Proszę więc podążać za mną. - ruszyłem na przód ostrożnie badając łapami grunt. - Powiem szczerze że sam nie do końca znam tutejsze tereny jestem tu ledwie parę tygodni ale mam pewien całkiem ładny zakątek tylko powiedz pani czy nie boisz się duchów?
Uśmiechnęła się pobłażliwie
- Nie bardzo
Doszliśmy do rozwidlenia dróg oznaczonego uschniętym drzewem, na jego konarach siedziały niewielkie zwiewne postacie. Naszych uszu dochodziły ich chichoty i śpiewy.
- Uważaj - szepnąłem - nie zrobią ci krzywdy, ale nie zbaczaj z trasy.
Zjawy ocierały się o nas swymi bladymi zwiewnymi woalami wietrznych szat. Nie wiem co czuła wadera, ale nie okazywała lęku.
- Spójrz - wskazałem na światło na końcu dróżki
- Co ta takiego?
- Centrum bagien...
- Wiem, że wszystkie te miejsca które ci pokazuje są dość dziwaczne, ale taki już mam charakter
- Tak właśnie - wtrąciła się gadzina - dziwak nieuleczalny
Uśmiechnąłem się przyjaźnie i jakby trochę przepraszająco. Tą miłą konwersacje, a raczej mój niezbyt udany monolog przerwał nam delikatny dzwoniący dźwięk.
- chodź może uda nam się zobaczyć Sylfiriona
- kto to?
- Niektórzy nazywają go bagiennikiem, mówią, że potrafi przenieść kogoś w świat iluzji na kilka godzin, albo w czasie albo ma jakieś inne dziwne zdolności sam już nie wiem
- To chodźmy przekonamy się

<Rusłana?>

OD Daiki

Delikatne fale słońca padały na mój pyszczek budząc mnie. Kolejny dzień walki z samą sobą. Postanowiłam przejść się po terenach mojego nowego domu. Byłam w lesie sekretów, wątpliwej pustyni, aż w końcu dotarłam do widmowej puszczy. Fascynowało mnie to miejsce, dlatego postanowiłam tu odpocząć. Usiadłam pod jednym z drzew po czym obserwowałam krajobrazy. Nie musiałam długo czekać by zacząć słyszeć głosy.
- Znów się zaczyna ? - Powiedziałam lekko zmęczona.
Jednak nie zmieniłam się w psychopatkę. Głosy mówiły coraz głośniej i wyraźniej:
~Pomóż nam/ Wykończ się/ Nie jesteś komukolwiek potrzebna/ M-mamo?
Te wszystkie głosy mnie niepokoiły, jednak wszystko znosiłam do momentu:
~ Córciu ! To ja twoja mama, pomóż mi.
O nie tego było za wiele, szybko wstałam i zaczęłam biec w stronę polany. Gdy już znalazłam się na łące, położyłam się szybko nabierając powietrza. Chwile zastanawiałam się nad tym wszystkim, po czym nabrało mnie na jedzenie. postanowiłam użyć swojej hipnozy na dorodnej łani. Gdy już wypatrzyłam swoją ofiarę zaczełam śpiewać wpatrując się w jej oczy.
Wszystko szło zgodnie z planem, sarna kierowała się w moją stronę, a ja byłam gotowa do ataku. W końcu, gdy miałam atakować, jakiś wilk rzucił się na moją sarnę.
- Ej, to moje żarcie - Wydarłam się w jego kierunku.
- Wybacz, za bardzo się z tym guzdrałaś, ale może pozwolę ci zjeść ze mną jak mi się przedstawisz.
Chwilę się zastanawiałam, byłam bardzo głodna i zmęczona, wiec nie chciało mi się znów polować na kolejną sarnę.
- Jestem Daiki i radzę następnym razem nie kraść mi obiadu.
- Bo co? Bo mi zaśpiewasz kołysankę? - Dodał ze swoim zadziornym uśmieszkiem.
- Żebyś się nie zdziwił - Powiedziałam po czym zaczęłam pałaszować ofiare,
Gdy już byłam najedzona, miałam zamiar wybrać się nad białą plaże, jednak ktoś znów się odezwał.
- A ty co nie chcesz poznać imienia największego przystojniaka?
- Nie znam takiego
- Ej no nie bądź taka nie miła
- No dobra, więc jak masz na imię?
...
<Dokończ basiorze>

niedziela, 29 maja 2016

Bardzo Ważne!

Jako iż od dawna próbuję dodać zmiany o jakich wam mówiłam, potrzebna mi jest pomoc. Tak Wasza pomoc!!! Dlaczego akurat wasza? Jest to proste. Nie chcę wszystkiego sama robić, dlatego też chciałabym was do tego też wplątać. W czym możecie mi pomóc? Chodzi mi o religię, a dokładniej mówiąc o Bogów naszej watahy. Mam co prawda kilka, a dokładniej mówiąc czterech Bogów, jednak jest to troszeczkę za mało. Dlatego proszę Was (o ile chcecie) abyście mi pomogli w zrobieniu takiego jakby opisu i wyszukaniu zdjęć do Bogów. Poniżej zobaczycie przykład:
Amora - bogini miłości, piękna, kwiatów, pożądania, seksualności, przyjemności. Najbardziej urodziwa z bogiń antycznych mitów. Amora to osoba temperamentna i próżna. Jest ona także podstępna i uwodzicielska. Pomimo tych cech, jest bardzo kochająca i namiętna, walczy o wiarę w miłość, która jest absolutna i prawdziwa. Amore można spotkać, gdy ktoś
ma problemy sercowe, czy też w walentynki.

Ważna informacja!
Jako iż ma zostać zmieniony szablon, proszę o podanie mi linku/ linków do wybranego/ wybranych przez was szablonu/szablonów.
Jeżeli macie jakieś pomysły na dodanie terenów to proszę o przesłanie zdjęcia lub/i zdjęcia.
Przez najbliższe dwa tygodnie moja obecność będzie zmniejszona do minimum na wzgląd szkoły, dlatego jeżeli macie jakieś opowiadanie to proszę o wysyłanie do innych administratorek.
Bardzo Was Przepraszam!

Nowi członkowie!

Imię: Mike
Pseudonim: ---
Płeć: Basior
Wiek: 4 lat 0 msc. | 1 lipca
♠♤♠
Charakter: Jestem porywczy i nie boje się ryzyka. Walcze o swoje, inni mówią że mam "chamski podryw". Jestem sobą i nikt nie będzie mi mówił co mam robić. Jestem zboczony i tajemniczy, więcej? przekonasz się sam.
Hierarchia: Basior Omega
Stanowisko: Szpieg
Rasa: Wilk północnego mordu
♠♤♠
Umiejętności magiczne: 
* Przenikanie przez przedmioty
* Władanie ogniem
* Władanie krwią
* Czytanie w myślach
* Latanie
* Telekineza
Umiejętności niemagiczne:
♠♤♠
Zainteresowania: Wkurzanie innych, ryzykowne zabawy.
Historia: Dużo by tego było, więc przejdźmy do rzeczy. Trafiłem do tej watahy po stracie siostry. Ojciec się wkurwił i ją zabił. Próbowałem ją ocalić, przez co sam nie zginąłem. Po utracie siostry postanowiłem się wynieść, aby z czasem móc ją pomścić. W pewnym momencie zacząłem śledzić pewną waderę i trafiłem tu.
Rodzina: Ojciec Damon, siostra Hara, matka Pika
Partnerka: No no panienki wolny
Potomstwo: Nie miałem wpadki żadnej
♠♤♠
Znak zodiaku: 
Relikt: 
Ciekawostki: 
♠♤♠
Właściciel: Leo
Inne zdjęcia: -
Towarzysz: -

Nowi członkowie!

"Bo najważniejsze, to znaleźć swoje miejsce na świecie''

Imię: Daiki (Hypnotic)
Pseudonim: Psychopatka
Płeć: Wadera
Wiek: 3 lata 0 msc. | 29 sierpnia
♠♤♠
Charakter: Charakter tej wadery dzieli się na kilka kategori. Czasem bywa mila i słodka, ale zdarza się to niezbyt często. Miewa napady psychopatki (radze wtedy nie być w pobliżu). Jest bardzo tajemnicza i czasem wredna. Jej charakter jest taki przez jej przeszłość, dlatego cały czas się zmienia.
Hierarchia: Wadera Omega
Stanowisko: Wojowniczka
Rasa: Wadera księżycowego oka czysta krew (bardzo rzadka rasa, była tępiona)
♠♤♠
Moce magiczne: 
*Hipnotyzuje wzrokiem i śpiewem (wtedy świecą się jej znaki na ciele)
*Wizję w snach
*Czytanie w myślach wpatrując się w oczy
*Wszelkie panowanie nad wodą (również krwią bo krew to też woda)
*Telekineza
*Biała magia
Moce niemagiczne: 
* szybkość
* śpiewanie
♠♤♠
Zainteresowania: Dzięki telekinezy rysuje, gdy zamienia się w psychopatke znęca się nad istotami żywymi. Uwielbia leżeć przy jeziorze nocą i obserwować niebo.
Historia: Tuż po przyjściu na świat została porzucona przez matkę. Na szczęście znalazł i przygarną ją mieszkający nieopodal pustelnik. Wadera rosła z biegiem lat. W pewnym momencie pustelnik wybrał się po zioła. Hypnotic czekała na niego, lecz ten nie wracał. Minął tydzień, a jej przyjaciela nie było. Zaczęła szaleć z braku towarzystwa, do tego brakowało jej jedzenia i picia. Pewnego dnia do chaty wbiegły wojska z rozmaitą bronią. Psychika wadery była tak po rozszarpywana że zaczęła mordować każdego kolejnego żołnierza. Nikt nie mógł jej trafić, była zbyt szybka. W takim stanie przez kilka tygodni mordowała wszystko co napotkała. Torturowała innych wilków, wieczorami wracała do normalności, ale rano znów wszystko się powtarzało. W końcu gdy wszystko się w miarę unormowało a przemiany nie były takie częste, trafiła do tajemniczej jaskini. Idąc przez rozmaite korytarze jej symbole na ciele coraz bardziej świeciły. W końcu trafiła do ogromnego pomieszczenia. Na środku znajdowało się bardzo ozdobione koło którego środek świecił tak samo jak jej runy. Gdy stanęła na środku to przed nią pojawiły się jakby hologramy z runami i wyjaśnieniami ich. Chwilę potem wadera straciła przytomność i gdy się obudziła to znajdywała się na terenach WKD. To wszystko było dla niej nowym odkryciem i postanowiła zostawić tajemnicą całą jej historie oraz znaczenia symboli. Od tamtego momentu pojawiły się prorocze sny. W jednej z wizji było pokazane jej szczęście wraz z innymi członkami watahy, dlatego postanowiła do niej dołączyć.
Rodzina: Nie wie o niej nic
Partner: W poszukiwaniu ... szczęśliwej miłości
Potomstwo: Brak
♠♤♠
Znak zodiaku: Shénqí Otomeza
Relikt: Naszyjnik
Ciekawostki:
* Boi się pływać, nie umie.
* Boi się stracić przyjaciół
* Jej łzy mają taki sam jak jej błękitne runy na ciele.
* Możesz czasem w jej oczach ujrzeć jej przeszłość lub przyszłość.
♠♤♠
Właściciel: Kiniuś :* (z gg)
Inne zdjęcia: 
Jako psychopatka
Towarzysz: Brak

OD Kobe CD Gracy

Kiedy zjadłem całą sarnę i tylko z niej kości zostały. Zorientowałem się że Gracy nie je troszeczkę poczułem się nie zręcznie że tylko ja jadłem do tego byłem cały wymazany krwią.
- Przepraszam, jestem świnią nie powinienem tak żreć przy tobie - Usiadłem,skuliłem uszy i ogon ale ze mnie prosie.
- He he nic się nie stało, śmieszną masz minę gdy jesz, chyba byłeś głodny - Kiedy te słowa do mnie dotarły podniosłem uszy i uśmiechałam się do wadery.
- Tak trochę tak ale mam taką zasadę że nie lubię gdy jedzenie się marnuje, ale jest jeden plus przez 3 dni nie będę musiał jeść - posłałem wesołe spojrzenie wadera się delikatnie uśmiechnęła, wstała i zaczęła iść.
- Hej gdzie idziesz ?? - zapytałem
- No wiesz każdy się najadł wiec po co mam tu siedzieć ? - Odwróciła się patrząc mi prosto w oczy.
- No wiesz szkoda mi tak zostać samemu, przez rok z nikim nie gadałem może chciała byś gdzieś wyjść. Poznamy się lepiej a może to będzie początek znakomitej przyjaźni. To co chcesz żebyśmy się lepiej poznali ?? - posłałem waderze pytanie nie do odrzucenia.
< Gracy ?? chcesz się ze mną zaprzyjaźnić ?? >


Odchodzą!!!

#Powód: decyzja właścicielki 

OD Gracy CD Kobe

Gracy poderwała się z ziemi.
- No to chodź - poleciła mu. Zgodziła się na współpracę, mimo, że wcale nie była tym pomysłem zachwycona. Powędrowała w stronę lasu, a basior za nią. Wkrótce wytropili ofiarę i trzymając się planu, zabili ją. Kobe złapał jelenia za tylne kopyta, a Grey uczepiła się szyi zwierzęcia, przebijając mu kłami krtań. Kiedy pażystokopytny zaprzestał wierzgania, oboje zjedli go. Wadera jadła z umiarem, powoli i przyglądała się pałaszującemu zachłannie jedzenie basiorowi. Cicho westchnęła i usiadła wciąż patrząc na niego.

<Kobe? Sory, że takie krótkie>

OD Kobe CD Gracy

Obserwowałem już dłuższy czas waderę i doszedłem do wniosku że oboje jesteśmy głodni i jest nasz dwójka możemy zapolować razem.
- Yyyy jesteś głodna ?? - Bosz jak zwykle muszę coś powiedzieć za nim to przemyślę.
- A jak myślisz zwiała mi sarna... hym... no oczywiście że jestem - Wiem spodziewałem się takiej reakcji.
- Jak oboje jesteśmy głodni to możemy razem zapolować ?? ja się nie narzucam jak chcesz sama ja to uszanuje - Wadera spojrzała mi się prosto w oczy.
- Oki mi to pasuje - Po tych słowach poczułem się szczęśliwy pierwszy raz będę polował z kimś jeszcze. Kiedy byłem w moim rodzinnym stadzie to każdy polował sam ale częściej to ja z całej watasze polowałam.
- No dobra jak mamy polować razem to trzeba naszą ofiarę zlokalizować i o mówić taktykę.
- Rozumiem to więc mam pomysł na taktykę, a więc ty łapiesz ofiarę za tylne łapy a ja wgryzam się w szyje oki ??
- Niezła taktyka mi to tam pasuje - Pokiwałem głową.
< Gracy ? > 

sobota, 28 maja 2016

OD Rusłany CD Kordiana

Zapatrzona w urocze małe źródełko, powoli zaczęło do mnie wszystko docierać. Choć zachowanie Kordiana było dość dziwne, to jeszcze dziwniejsze było to, że przez moment wydawało mi się, iż mówi on dwoma głosami. Teraz wiedziałam już o co chodzi. U łap Kordiana leżał skulony, biały wąż. Chciałam już się o niego zapytać, ale basior jakby wiedział co chcę zrobić i pierwszy się odezwał.
- To jest Serena, pani. Moja towarzyszka. - wilk skinął głową na węża.
Wąż uniósł lekko szyję i spojrzał na mnie.
- Cześć - powiedziałam niepewnie.
- Witaj - odparła - nie bój się mnie, ja gryzę tylko wtedy, gdy...
Kordian ze złością spojrzał na Serenę. Dał jej do zrozumienia, że w taki sposób może mnie przestraszyć. I chyba miał rację. Wolałam nie znać szczegółów.
- Przepraszam za nią, trzeba się przyzwyczaić, pani. Ona nie jest groźna.
- Nie boję się, ani nie gniewam. - uśmiechnęłam się lekko do Sereny, a ona odpowiedziała mi miłym wyrazem twarzy. Kordian nawet nie drgnął, nie pokazywał żadnych uczuć. Chyba dalej gniewał się na swą towarzyszkę. Chciałam rozluźnić tą atmosferę.
- Bardzo tu pięknie, ale jestem ciekawa nowych miejsc. Idziemy dalej? - z dziwnie wymuszonym uśmiechem wskazałam łapą na dalszą drogę, by zachęcić mych towarzyszy. Kordian natychmiast podniósł się, a Serena wślizgnęła się na jego grzbiet. Bez namysłu podbiegłam dalej, ale później zatrzymałam się, żeby poczekać na zdziwionego moim zachowaniem Kordiana. Zauważyłam, że Serena coś do niego mówi, ale on jakby nie chciał jej słuchać. Jedyne co wyraźnie usłyszałam z tej rozmowy było jedno zdanie, wypowiedziane przez Serenę, które w jakimś stopniu dodało mi odwagi - "Już ją lubię."

<Kordian?>

OD Rusłany CD Lloyd'a

Polana nie bez powodu była nazwaną złocistą. Cała zalana była złotym kolorem, pochodzącym od słońca i wysokich, żółtych traw.
- Oto Złocista Polana, w całej swej okazałości. Ładnie tu, prawda? - basior zerknął na mnie, czekając na moją reakcję.
- Pięknie... Że też na ziemi istnieją takie miejsca jak to... - odparłam, lekko się rozmarzając. Basior podszedł do mnie.
- W watasze mamy kilka takich. Mogę cię tam zaprowadzić, jeśli chcesz. - na myśl o dalszej wędrówce rozbłysły mu oczy.
- Myślę, że nie będę miała nic przeciwko. - uśmiechnęłam się niepewnie. Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Mi to nie przeszkadzało, ale memu przewodnikowi chyba tak. Widać było po nim, że nie może długo siedzieć w jednym miejscu i na dodatek się nie odzywać. W końcu zerwał się. Lloyd z wesołą miną wybiegł na środek polany.
- Co robisz? Przecież spłoszysz wszystkie zwierzęta! - szepnęłam.
Nie widziały go tylko dlatego, że trawa była bardzo wysoka, a basior świetnie się w niej maskował.
- Pokażę ci, jak fajnie można się tu bawić.
Nim zdążyłam coś powiedzieć, Lloyd nagle zawył, a wszystkie zwierzęta pasące się na polanie rzuciły sie do ucieczki. Z drzew zerwały się tabuny różnorodnych ptaków. Biegnące zwierzęta mogły by go staranować, ale on najwyraźniej świetnie się bawił. Widocznie nie chciał się bawić sam, bo ze środka polany do moich uszu dotarł wesoły głos basiora.
- Gonimy je?

<Lloyd?>

OD Gracy CD Kobe

- No, jak sarna to nie - rzuciła i rozejrzała się. Jej wzrok zatrzymał się na oddalającej się sarnie, która jeszcze chwilę przedtem mogła być zdobyczą Gracy. Ale jak widać ona znów miała pecha i ktoś tradycyjnie musiał przeszkodzić jej. Właściwie to przyzwyczaiła się już do swojego niefarta.
Westchnęła ciężko i jej wzrok powędrował na tego kogoś, na którego niefortunnie wpadła. Zmierzyła basiora wzrokiem, uważnie mu się przyglądając. Ten posłał waderze nieco zirytowane spojrzenie.
- Spłoszyłeś mi śniadanie - prychnęła.
- Ja? No jasne! Zawsze zwalać winę na mnie najlepiej - odparł. - Gdybyś na mnie się nie rzuciła, teraz spokojnie bym jadł mięso - rzucił oskarżająco. Grey spojrzała na niego kątem oka mocno zirytowana, ale nie odpowiadała. Wilk westchnął i powiedział:
- Nieważne. Nazywam się Kobe, jestem nowy - Wadera spojrzała na niego i uniosła brwi.
- Nowy mówisz?
- No... Tak. A ty jesteś...?
- Gracy - westchnęła i usiadła na ziemi. - Możesz mówć Grey.

<Kobe?>

OD Gracy CD Dayen

Położyła się na głazie i zmrużyła oczy. Odprowadziła wzrokiem drugą waderę, wybierającą się na polowanie. Westchnęła i położyła łeb na łapach. Czuła, że jej powieki zaczynają się kleić, a więc oddała się snu. Jednak nie mogła zasnąć. Poczucie głodu było zbyt silne, zatem wstała leniwie zeskoczyła z kamiennego łoża. Powędrowała w głąb lasu. Gracy szybko udało się znaleźć niewielki staw, a że słońce parzyło niemiłosiernie i przebijało się przez gałęzie drzew, skorzystała z okazji i ugasiła swoje pragnienie. Poszła dalej i wkrótce ujrzała dorosłego niedźwiedzia. Sądziła, że jeszcze jej nie zauważył, gdyż spokojnie rozglądał się dookoła, a Grey schowana była za dużymi krzakami.

<Dayen? Wielki bezwen dopadł>


OD Kobe

Spałem sobie smacznie pod wielkim dębem w samym środku lasu. Jak zwykle promienie przepięknego słońca obudziły mnie. Wstałem z ziemi i poprzeciągałem się trochę.
- Wiiiitam Ciebie słoooońce - Przywitałem się z nowym dniem i z nową przyrodą.
- Tu tu ru ru ru tu tu tu ru ru ru - Z dziarskim krokiem podszedłem do małego jeziorka a następnie wskoczyłem do niego i zanurkowałem. Po kilku sekundach wyszedłem na brzęk. Nie lubię być zbytnio mokry więc użyłem swojej mocy ognia żeby wyschnąć. Jeszcze raz podszedłem do jeziora.
- No no Kobe dziś jest twój szczęśliwy dzień - Powiedziałem sam do siebie i zacząłem biec. Biegłem i biegłem przez las nie patrząc się na nic wreszcie dotarłem do mojego ulubionego miejsca, tam gdzie zawsze poluje. Dyskretnie się rozejrzałem żeby zobaczyć gdzie dokładnie znajduje się moje ulubione zwierze, czyli sarna. Jej mięso jest takie smaczne aż rozpływa się w ustach. Tak jak myślałem jest mój szczęśliwy dzień, sarna leży sobie pod drzewem. Cichutko podeszłe do niej, kiedy skoczyłem na nią coś mnie odepchnęło i poleciałem na bok. Nie stety moje pyszne śniadanie zwiało. To co na mnie odepchnęło to była jakaś wadera.
- Zgłupiałeś czy ja wyglądam jak sarna ?? - krzyknąłem na nią.
< Jakaś wadera dokończy ? >


czwartek, 26 maja 2016

OD Mizu CD Lloyd'a

I co ja mogłam zrobić. Lloyd pomimo tego, że go prosiłam i tak robił to chciał. Miałam już go serdecznie dość. W dodatku wylądowałam na jakiejś pustyni, a tak dokładniej mówiąc to w jaskini dżina. Lloyd przybiegł do mnie i prosił o wybaczenie. Zignorowałam tak jakby to co powiedział i ruszyłam przed siebie. Wilk szedł za mną ze spuszczoną głową. Piach i pagórki jakby nie miały zamiaru się kończyć. Szliśmy i szliśmy, a zamku jak widać nie było tak nie było. Udało się nam go znaleźć po dobrych dwóch godzinach. Lloyd był zmęczony i wyczerpany.
- Odpocznijmy - powiedziałam, gdy tylko ujrzałam małą oazę. Lloyd przysiadł pod cieniem drzew palmowych, a ja poszłam napoić się do wodopoju. - Chodźmy już lepiej. Czym szybciej się wydostaniemy tym lepiej - zobaczyłam, że dosyć odpoczęliśmy więc nie miałam zamiaru dalej zwlekać. Trzymałam wciąż na dystans Lloyd'a, chcąc go trochę nauczyć. Pomimo tego, że mnie zdenerwował to i tak nie miałam zamiaru być na niego zła, czy też wyrzucać go od razu z watahy. Stanęliśmy przed dużym pałacem. Uchyliłam łapą ogromne drzwi i weszliśmy do środka. Lloyd wciąż był cicho, ale no cóż. Jakoś musiał się nauczyć i więcej nie popełniać takich błędów.
Pomieszczenie było ogromne, przez co zwątpiłam w siebie po części.
- Lloyd czy mógłbyś być taki jak wcześniej? - spytałam. Panująca atmosfera w niczym mi nie pomagała, a chciałabym, aby już przestał się użalać. - Oczywiście, że ci wybaczę. No i nie zostanie wyrzucony z watahy - powiedziałam mając już dość miny Lloyd'a. Odwróciłam się w jego stronę i uśmiechnęłam.

<Lloyd?> Oczywiście, że się na ciebie nie gniewam. Nie wyrzucę ciebie też z watahy. Mało kiedy się gniewam na kogoś ;)

OD Lily CD Parysa

Obserwowała z niepokojem walkę źle się czując, że nie może zrobić niczego innego niż oglądanie. Ale rozkaz to rozkaz. Dlatego monitorowali walczących.
-Też coś ci nie pasuje?
-Ale co?- Zerknęła na niego zaskoczona. Przestała co prawda podtrzymywać jaskinię od zawalenia się ale dalej niezbyt trzymała się na łapach. Niezauważalnie wskazał na tamtą jaskinię.
-Jak wchodziliśmy, przejście było trochę odgrodzone przez nas. Spójrz teraz: tamte głazy znikły.
-Rzeczywiście...Tylko co z nimi...- nie dokończyła bo gdzieś w pobliżu walka się pojawiła. Stwór zablokował właśnie atak Mizu przy czym rozpłynął się w powietrzu żeby pojawić się kawałek dalej.
-Jakie to uczucie kiedy walczy się a ktoś jest zagrożony?- Zaśmiał się jakby gardłowo. Nikt nie zrozumiał o co mu chodziło. Do czasu. Kiedy alfa wróciła do walki, Parys i Lily usłyszeli dziwny dźwięk, jakby coś spadało. Jednocześnie spojrzeli w górę zamierając.
...Ach, więc to tu się podziały te zgubione kamienie...
Jakimś cudem zdołali odepchnąć atak mniejszych części swoimi mocami ale ostatni największy był ponad ich siły. Resztką energii, waderze udało się zrobić podkop w który wpadli ale głaz spadł na wyjście.
-Przynajmniej nie zmieniliśmy się w stan ciekły czy coś- powiedział w końcu Parys tworząc trochę światła za pomocą elektrycznej iskierki. W pół siedząc zmęczonym wzrokiem spojrzała w górę. Może by jej się udało? Choć trochę przesunąć to draństwo. Spróbowała zebrać to co zostało jej z sił i skumulować to ze skupieniem. Nagły ból przerwał to, a ona musiała aż zacisnąć zęby aby nie jęknąć. Po tym poczuła coś ciepłego lecącego z nosa.
-Lily, nie rób tego. Przestań!- Głos Parysa obudził ją. Otarła sobie łapą nos żeby dowiedzieć się co to jest. Krew. Górna granica użytku ciała i ducha.
-J-ja nie dam rady teraz cokolwiek zrobić. Nie mogę pomóc...Tak mi przykro- spojrzała na niego załamana trzymając łapę aby zatamować jakoś ten krwotok. Nawet jego wisior wtedy nie mógł pomóc. Cała energia zeszła na podtrzymywanie jaskini a teraz jeszcze to. Przynajmniej przeżyli.

<Parys?> Dramatu ciąg dalszy...

OD Kordiana CD Miyashi

 Hej ty! - usłyszałem nagle przechadzając się po terenach watahy. Obróciłem się starając odnaleźć źródło dźwięku. Miedzy niskimi świeżo zielonymi wątłymi brzózkami dostrzegłem jasną postać tym świetlistszą iż okraszoną bladymi promieniami przesianymi przez drobne listki drzew. Zmrużyłem oczy.
- Ach, to ty pani! - powitałem ją skłaniając się szarmancko - czemuż zawdzięczam to miłe spotkanie.
- Cóż byłam po prostu w pobliżu - spuściła nieśmiało wzrok.
- Taaak? - zapytałem jakby niedowierzając, bo jej ton sugerował iż miała coś jeszcze do powiedzenia.
- No i... chciałam podziękować za kwiaty
- Nie ma za co... słyszałem, że niedawno był wieczór spadających gwiazd. Szkoda ze nie mogliśmy razem tego zobaczyć... to znaczy mam nadzieję, że poszłaś pani tam z kim innym... nie żebym nie chciał... ale jeśli jednak... bo to trochę moja wina i...
Roześmiała się dźwięcznie.
- Już dobrze, nieważne...
- Chciałbym ci pani to jakoś wynagrodzić, jak wrócę z łowów
- To może pójdę z tobą - zaproponowała lekko zakłopotana.
- Lepiej nie pani, bo to polowanie na grubego zwierza
- A twoje rany?
- Dziękuję pani, już się zagoiły - rzuciłem nieostrożnie. Nie potrafiłem wyjaśnić, dlaczego ta wadera tak na mnie działała. Miałem jakoś zdecydowanie za wiele śmiałości względem niej.
- To znaczy prawie się zgoiły, to chciał powiedzieć - wtrąciła się Serena zwieszając swoje białe lśniące cielsko z gałęzi.
- Tak, właśnie - poprawiłem się niespokojnie przebierając łapami.
- Dobrze skoro wiec nie potrzebujesz mojej pomocy - odparła odwracając się z zamiarem odejścia
- Zaczekaj, pani, nie wiem nawet jak masz na imię?
- Ja również
- Mam na imię Kordian, pani - odparłem wpatrując się w nią.

<Miyashi? Może jednak zechcesz wybrać się z Kordianem na małe polowanie na potwory? ;)>

środa, 25 maja 2016

OD Parysa CD Lily

Mizu jak widać nie było tak nie było. Jaskinia się miała prawie zawalić, ale dzięki Lily pozbyliśmy się tego kłopotu. Co prawda kosztowało ją to dużo wysiłku, ale byłem jej wdzięczny. Myślałem a raczej myśleliśmy, że już więcej się nic nie stanie i dotrzemy jakoś do alfy. Niestety kolejny problem przybył bardzo szybko, a chodziło tu dokładnie o wodę, która bardzo szybko nabierała się.
- Ale jak to jest możliwe? - spytałem sam siebie. Lily nie mogła już prawie dłużej utrzymywać pnączy, a w dodatku ta woda. Poszliśmy stałym tempem, ale szukałem pomysłu, aby jakoś pomóc ukochanej. Po nie całych dziesięciu minutach chodzenia, jakby wcale nam drogi nie ubyło. Zupełnie jakbyśmy toczyli się w kółko.
- Mizu gdzie jesteś! - powiedziałem cicho, a Lily w tym samym czasie upadła. Nie mogła dalej utrzymać pnączy i upadła z sił. Podszedłem do niej i pomogłem wstać. Wziąłem z szyi swój wisior i dałem Lily. - Lily dzięki temu odzyskach siły - założyłem jej na szyję, a ona się uśmiechnęła.
- Parys! Lily! Uciekajcie kochane wilczki - usłyszałem czyiś głos, dokładniej mówiąc był to głos Mizu.
- Słyszałeś to Parys? - spytała się wilczyca stając na nogi.
- Słyszałem - byłem na prawdę zaniepokojony. Nim się obejrzeliśmy, oślepiło nas światło. Gdy już znikło, otarłem oczy i obejrzałem się do okoła. Byliśmy oboje przed jaskinią. Wtedy wiedziałem, że nie ma żartów. Skoro Mizu użyła tego zaklęcia, to musiało być to coś poważnego. Jaskinia się zapadła. Z niej wyskoczył jakiś cień, a tuż za nim Mizu.
Przyjrzałem się z Lily potworowi. Nie wiedzieliśmy zbytnio co mamy robić.
- Parys zabieraj stąd Lily i uciekajcie - wykrzyczała Mizu. Wiedziałem, że jest ona zmęczona. Na niebie jak i tu na ziemi rozgrywała się walka. Złoty księżyc należał do Mizu, natomiast czerwony do potwora. Wtedy zrozumiałem, że jest w nie lada kłopotach. W tej bitwie rozgrywało się kto przejmie władzę nad niebem. Czerwony księżyc oznaczał nic innego jak zagładę dla nas jak i innych spoza watahy.
- Uważajcie!!! - usłyszałem, ale nie zdążyłem nic zrobić, a Mizu pojawiła się przed nami i nas obroniła. 
- Mizu! - powiedziałam, patrząc na nią smutnym wzrokiem.
- Spokojnie Parysie, wygram. Wreszcie gdybym przegrała to nie miałabym prawa zostać waszą alfą, jak i twoją matką. Zobaczysz obronię was - powiedziała z uśmiechem. Odeszła od nas i stworzyła koło siebie jak i potwora pole obronne. Przybrała inną formę demona i zaczęła się walka.
- I co teraz? - spytała się Lily.
- Jak to co. Pozostało nam tylko przyglądać się. Nikt pomiędzy nią, a tym czymś nie może się wtrącić. Bo inaczej przegra i będziemy mieli ogromne problemy. Więc teraz pozostało nam patrzeć jak walczyć i w razie czego odciągnąć od nich - odpowiedziałem, patrząc na Mizu jak walczy.

<Lily?>

OD Miyashi CD Kordiana

Kilka godzin później obudziłam się w swojej jaskini. Byłam zaskoczona, ponieważ chwilę temu byłam w lesie, przy jakiejś stromej górze. Rozejrzałam się szybko - ale nikt mnie nie porwał, byłam w swojej jaskini. Wszystko było na miejscu, przynajmniej z pozoru. Nie było też czuć innych wilków, czyli byłam u siebie. W ciągu chwili udało mi się uspokoić. Następnie rzuciłam okiem na półkę z lekarstwami - zauważyłam, że części z nich brakowało, o dziwo tych, które miały czerwone i czarne oznaczenia. Zaskoczyło mnie to, ale jeśli ktoś je ukradł, to raczej nie celem czynienia zła. Chociaż nie byłam tego pewna... Mimo wszystko wolałam uzupełnić zapas lekarstw. Wyszłam na łąkę, po czym rozwinęłam swoje skrzydła. Wzięłam rozbieg, po czym gdy poczułam że już siła nośna pod moimi skrzydłami jest wystarczająca, wzniosłam się w powietrze z dużą prędkością. Skręciłam na południe, gdzie wiedziałam, że są jakieś zioła, których potrzebuję. Po jakimś dziesięciominutowym locie zwolniłam szukając miejsca na lądowanie. Wreszcie znalazłam idealne miejsce, więc zwolniłam jeszcze, po czym zaczęłam się zniżać celem wylądowania na polanie. Wiatr był dość mocny, ale nie przeszkadzał mi za bardzo w locie. Już ostatnie metry nad ziemią, ostatnie sekundy w powietrzu, po czym wylądowałam, jeszcze biegnąc przez kilka metrów po ziemi. Następnie poszłam nazbierać potrzebnych ziół, co zajęło mi trochę czasu, po czym wróciłam do jaskini, gdzie wszystko uporządkowałam. Te zioła i rośliny które służyły za lekarstwo bez przetwarzania już schowałam i odpowiednio oznaczyłam. Pozostałe już miałam przerabiać, kiedy usłyszałam, jak ktoś podchodzi pod jaskinię. Poszłam tam, ale nikogo nie zastałam, tylko poczułam zapach wilka, któremu pomogłam. Na kamieniu stał jeszcze bukiet pięknych kwiatów, których woń była Nawet nie znałam jego imienia… Po tym bukiet postawiłam w wazoniku, a następnie wróciłam do swojego poprzedniego zajęcia…
Dzień później przechodziłam sobie przez las wracając ze świątyni po codziennym sprzątaniu i oddawaniu czci naszym bogom. Właśnie miałam skręcić w ścieżkę do mojej jaskini, kiedy ujrzałam tego wilka. Chciałam podziękować mu za ten piękny bukiet kwiatów…

<Kordian? Wybacz mi za ten długi czas oczekiwania…>

wtorek, 24 maja 2016

OD Jurija CD Archer

Zrobiłem jeszcze kilka kroków przed siebie i nic. Stanąłem jak wryty, wszystkie mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Wypuściłem z pyska sarnę, która bezwładnie uderzyła o ziemię. Przez kilkanaście sekund stałem tak z dziwną miną, jakbym zobaczył ducha. Skąd wiem że to była dziwna mina? A stąd, że na pysku Archer zaczął rysować się uśmiech, powoli zmieniający się w śmiech. Dopiero ten śmiech dał mi do myślenia, co tu zaszło. Rzuciłem się w stronę Archer i szczeniaków. Patrzałem na wszystkie po kolei. Były takie małe, takie bezbronne i, co najlepsze, nasze.
- Kiedy to się stało? - zapytałem nerwowo, byłem zbyt szczęśliwy na opanowywanie się.
- Jak byłeś na polowaniu, spokojnie...
- Wszystko dobrze? Z tobą i z nimi? - pytałem dalej, utrzymując szybkie tempo wypowiedzi.
- Tak, dobrze. Możesz być spokojny. - odpowiadała ze stoickim spokojem Archer.
- Na pewno?
- Tak, na pewno. Mów ciszej, bo je obudzisz.
- Dobrze. - odparłem spokojniejszy już tonem i pochyliłem się nad maluchami. I wtedy do mnie doszło... Czemu nie byłem tu przy niej?! Niedopuszczalne! A gdyby coś się stało? Co wtedy?! Strasznie byłem lekkomyślny, przecież to można było przewidzieć! Oby Archer nic do tego nie miała, nie wiem co z tym zrobię.
- To jest waderka, a tu dwa basiory, twoje dzieci. - powiedziała Archer wskazując kolejno szczeniaki. Wstałem i usiadłem obok niej. Otarłem swój pysk o jej. Jeden szczeniak otworzył na chwilę zaspane oczko, inny ziewał, trzecia przewracała się z boku na bok. Wszystko było w należytym porządku. To był nowy porządek, od teraz już wszystko będzie inne i nowe. Nie mogę zrzucać całego ciężaru wychowywania szczeniaków na Archer, moje obowiązki nie skończą się na polowaniach. Sam tego dopilnuję.
- To nasze dzieci. Wspólne. Razem je wychowamy, już ja tego dopilnuję... - powiedziałem dalej patrząc na szczeniaki. - Obiecuję, że pomogę ci z całych sił. Razem stworzymy im cudowną rodzinę, prawda? -
Zacząłem się trochę rozklejać. Miotały mną różne uczucia, tak jak teraz nie czułem się nigdy. Te chwile mijały nam powoli, zjedliśmy jeszcze sarnę, Archer nakarmiła szczeniaki. Obudziły się, pierwszy raz spojrzałem im w oczy. Postanowiłem, że prędzej ja zginę, niż coś im się stanie.
- Musimy jeszcze powiedzieć Mizu o narodzinach! - przypomniałem sobie i Archer koło południa.

(Archer? Nie miałem zbytnio pomysłu, a jak nie dziś to dopiero w sobotę.)

OD Kordiana CD Rusłany

- Cześć to ja twój przewodnik! - jak bardzo ten styl nie pasował do moich staroświeckich manier. Zresztą ogólne nie prezentowałem się specjalnie wyjściowo. Po tak spektakularnym wejściu nie oczekiwałem bynajmniej od "turystki" zachowania powagi. Ta jednak była tak zaskoczona że nie zdołała się nawet uśmiechnąć. Otrzepałem się pospiesznie i doprowadziwszy do porządku skłoniłem szarmancko:
- Jestem Kordian, pani i mam zaszczyt i niewysłowioną przyjemność być pani przewodnikiem?
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć zdążyła wtrącić się Serena.
- Wariat - prychnęła - nie przejmuj się nim, koleś urwał się z innej epoki.
Wadera wyglądała na zdezorientowaną i chyba nie bardzo wiedziała komu najpierw odpowiedzieć. Lekko zmieszana ukryła pyszczek w puchu miękkiej błękitnej pelerynce. Uśmiechnąłem się przyjaźnie gładząc łapą niesforną grzywkę. Zerknąłem na poduszki. Znów świeciły. Z nie zadowoleniem strząsnąłem lśniący pył na trawę.
- Możemy ruszać pani ?
Skinęła głową. Szliśmy chwilę w milczeniu, a ja gorączkowo analizowałem trasę naszej wycieczki. Żałowałem, że nie ma przy mnie Miashi, albo kogokolwiek innego z watahy, bo nie wiedziałem czy nie zawiodę oczekiwań mojej pięknej towarzyszki, w końcu nie znałem dość dobrze naszych terenów. Wreszcie zdecydowałem się pokazać jej pewne urocze miejsce, gdzie lubiłem czasami spacerować wieczorami. Jakiś czas wędrowaliśmy wąskimi ścieżeczkami na, które z brzegów wdzierały się splątane gałęzie. Gdzieś z zarośli czmychnęło kilka wróbli przekomarzając się wesoło. Wreszcie dotarliśmy na miejsce.
Wadera stała i wpatrywała się w jezioro jak zauroczona.
- Pozwól pani że się oddalę, gdy już skończysz kontemplować widoki to zawołaj, a wówczas ruszymy dalej
Usiadłem pod drzewem, a Serena skuliła się u moich łap.

<Rusłana?>

OD Lloyda CD Mizu

- Nie rozumiem, dlaczego nikt mi nie ufa! - parsknąłem śmiechem, choć sytuacja była poważna, wiedziałem o tym. Mizu na te słowa uniosła jedną brew i skierowała się ku wyjściu. Zablokowałem jej drogę, i stanąłem tuż przed nią, zmuszając do wysłuchania mnie do końca.
- Bo wiesz.. Znam, to znaczy nie znam, może lepsze byłoby stwierdzenie "mam" gościa, o tak! Mam gościa, który może ci pomóc.. Ba! Napewno ci pomoże, tak jakby mi się go ukradło do jakiegoś handlarza, i teraz leży gdzieś na półce..
- Słucham? Chwila, chwila! Ukradłeś, co znaczy uprowadziłeś jakiegoś wilka, i teraz przetrzymujesz go w swojej jaskini, i jeszcze się tym chwalisz? Przechodzisz samego siebie, idziemy tam. Teraz. - przerwała mi Alfa, i pociągnęła w stronę wyjścia.
Wybuchnąłem śmiechem, słysząc jej wypowiedź, i to tak głośnym i zapewne niestosownym w tamtej chwili, że Mizu musiała się nieźle zdenerwować. Upadłem na ziemię i zacząłem się tarzać ze śmiechu.
- Lloyd, jesteś niemożliwy, wstawaj.. i idziemy! Co jeżeli umarł, lub jest w bardzo złym stanie? - rzuciła oskarżycielsko. Wiedziałem bardzo dobrze, że ona uwielbia pomagać innym i robić dobre uczynki, acz z mojej perspektywy przekomicznie to wyglądało.
- To nie wilk - odpowiedziałem w przerwie od śmiechu - Po drugie, jest nieśmiertelny - dodałem, ponownie wpadając w głupawkę. Wadera odetchnęł głęboko, ale wciąż była nieco spięta. Nie rozumiałem jej przejęcia. To było śmieszne!
- To czym to coś jest? - zapytała.
Poderwałem się z ziemi.
- Pokażę ci poprostu! Idziemy! - zawyłem.
***
Po niedługim czasie byliśmy na miejscu. Poprosiłem Mizu by została przed jaskinią, w czasie kiedy ja miałem się przekopać przez bałagan, i znaleźć owego gościa. Po niecałych czterech minutach, wyszedłem z jaskini. W łapach trzymałem..
- Nie. Nie.. - zaczęła Mizu - Lampa? Nie mów mi tylko że masz tam dżina.
Wzruszyłem ramionami.
- Jasne że mam - odparłem i potarłem złoty przedmiot. Nagle wyłonił się z niego jakiś pył, po którego opadnięciu ukazał się dżin. W całej swej okazałości. Posiadał brązową, skurzaną kamizelkę, przewiązaną błękitnym pasem z wielkim rubinem przy zapięciu. Był bardzo gruby. Miał spodnie "alladynki" i buty z takimi śmiesznie zawijanymi końcami. Był łysy. Miał na pięściach pełno pierścieni z drogimi klejontami. Spojrzał po nas z politowaniem.
- Lloyd, dżiny są niebezpieczne. Zwykle złośliwe, przekręcają życzenia, z nimi trzeba ostrożnie - szepnęła Mizu.
- Nie no co, ty.. - dżin podleciał do wadery - Dlaczego tak myślisz? Jesteśmy naprawdę mili i dobroduszni.. nie bójcie się mi zaufać - odpowiedział dżin - Jestem Nadakhan, i spęłnię wasze trzy życzynia. No, proszę, proszę, nie wstydźcie się drogie wilczki - dodał z podłym wyrazem twarzy.
- Chcę aby Mizu była uleczona z mocy tego kwiatu! - pisnąłem, zanim zdążył mi zatkać pysk. Dżin klasnął w dłonie, a Mizu padła na ziemię trzymając się za brzuch.
- Lloyd.. - szepnęła w złości, nic więcej nie mogąc wydusić.
- Co zrobiłeś! Chciałem żeby ją nie bolało! - warknąłem zdenerowany, w jego stronę.
- Przykro, mi. Trzeba bardziej precyzować życzenia.. - powiedział niewinnie Nadakhan.
~ O nic już nie proś ~ nakazała mi podświadomość. Albo to była Mizu, telepatycznie. Ch*j z tym, i tak nie posłuchałem.
- Chcę.. Chcę aby wszystko co boli mnie i Mizu, Ciebie bolało milion razy bardziej! - krzyknąłem, nie wiedząc co zrobić.
- Sprytnie, wilczku - mruknął dżin Nadakhan, klaszcząc w dłonie. Pochylił się, tak samo jak Mizu trzymając się za brzuch.
- Sprytnie .. - szepnął i klasnął w dłonie ponownie.
~ Jesteś idiotą ~ usłyszałem w głowie, po czym Mizu nagle zniknęła.
- A to cię boli? Bo mnie jakoś nie - rzekł dżin, śmiejąc się podle.
- Podłe! - wrzasnąłem. Nie było chwili zastanowień, musiałem poprosić o..
- Zabierz mnie do Mizu!
- Niech się stanie! - odrzekł dżin, spełniając moje ostatnie pragnienie. Nagle wszytsko się rozmyło, a ja wylądowałem na środku pustyni?! Super. Zobaczyłem ślady na piasku, prowadzące do ..
- MIZU!!! - krzyknąłem. Podbiegłem do niej jak szalony, najszybciej jak mogłem - Ja cię przepraszam, wiem to moja wina! Wybacz mi, wywal mnie za to z watachy, ale nie obrażaj się za to na mnie! Wiem, źle zrobiłem, jestem durniem, idiotą, IDIOTĄ! Proszę powiedz że mi wybaczasz, i że jeszcze mnie lubisz, WYYYYYBACZ!
Mizu przewróciła oczami.
- Jesteśmy w jego lampie. Gdzieś za tą pustynią musi być jego lokum, jakiś pałac. Trzeba go odnaleźć i życzeniem wrócić - powiedziała, zupełnie ignorując moją wypowiedź.
- Dobrze.. Ale.. Wybacz mi, proszę!
Mizu? Wybacz że tak długo, "Ja cię przepraszam, wiem to moja wina! Wybacz mi, wywal mnie za to z watachy, ale nie obrażaj się za to na mnie! Wiem, źle zrobiłem, jestem durniem, idiotą, IDIOTĄ! Proszę powiedz że mi wybaczasz, i że jeszcze mnie lubisz, WYYYYYBACZ!"

OD Lloyda CD Rusłany

Szybko podniosłem się z ziemi, i otrzepałem z kurzu.
- Cześć. To ja, twój przewodnik! - krzyknąłem głośno, z rozbawieniem.
- Cześć! To ja, twoja turystka! - zaśmiała się, widząc mój wcześniejszy komiczny wyraz pyska. Również się zaśmiałem, i zacząłem lustrować nową waderę wzrokiem. Była to wysoka wilczyca, o szarych oczach, na które opadały czarne włosy powiązane błękitnymi gumeczkami. Miała jasno-szare umaszczenie, z "łatkami" w kolorze nieco ciemniejszego szarego. Posiadała także kontrastujące z sierścią pazurki, w takim samym odcieniu błękitku jak gumki we włosach. Jak każdy wilk posiadała ogon, tyle że jej był niezwykle długi. Pokrywała go krótka sierść, jak zresztą na całym ciele, a na jego końcu posiadała nieco dłuższe szare futerko, ciemno-szarego koloru. Patrzyła na mnie z zainteresowaniem, również uważnie się mi przyglądając.
- Jestem Lloyd - przedstawiłem się, i wyciągnąłem przyjacielsko łapę.
- Rusłana - odparła wadera wyjawiając mi swoje imię.
- Ładne imię - powiedziałem z szerokim uśmiechem. Już nie mogłem się doczekać tego zwiedzania! Uwielbiam chodzić po watasze, zwłaszcza z nowymi, i mówić im różne niestworzone historie, i razem się śmiać! I wywijać żarty oczywiście, bez tego dzień jest stracony!
- Bo moje - odpowiedziała wadera z cichym chichotem.
- Moje i tak lepsze - parsknąłem, z niewinnym wyrazem pyska - Dobra, dobra, chyba czas zaczynać zwiedzanie, no nie? Najlepsze miejsce do zwiedzania na dobry początek najlepszym miejscem będzie Złocista Polana, co myślisz?
- Brzmi ciekawie, prowadź - nakazała i skierował się w prawą stronę. Mieliśmy iść w lewo, więc tam się skierowałem, bacznie obserwując co robi Rusłana. Po chwili w końcu zorientowała się że jestem gdzie indziej, i podbiegła do mnie.
- Zabawne - mruknęła dorównywując mi kroku. Droga nie trwała długo, już po chwili stanęliśmy w docelowym miejscu.
- Oto Złocista Polana, w całej swej okazałości. Ładnie tu, prawda?
Rusłana? =3

OD Lily CD Parysa

Była zaniepokojona. Parys miał rację, że duszek przyleciał zdecydowanie za szybko po tym zawaleniu się jaskini. Poza tym jeszcze natychmiastowe zmienieni się pogody, zwykle to schodziło zanim tak ładnie się rozchmurzy a tu tak nagle. Coś się działo, i to złego. Puścili się biegiem widząc w oddali małe ale jasne światełko w oddali. Gdy byli niemal przy nim dotarło do nich, że wydobywa się ono zza leżącymi głazami na dosyć dużej głębokości. Rozejrzeli się.
-Dwie sprawy. Pierwsza: nie widać wroga. Druga: nie ma innego wejścia, musimy tędy się dostać- mówił myśląc ale widać było, że martwi go to.
-Nie możemy robić niczego od razu. Skały które spadły są ciężkie a jakikolwiek zły ruch spowoduje nowe zawalenia i będzie jeszcze gorzej dotrzeć do Mizu.
Próbowali jakoś usunąć głazy ale szło im to opornie. Determinacja basiora jednak przybierała na sile przez co odsunęli kilka średnich kamieni w ten sposób, że chwilowo trzymały inne robiąc niewielkie wejście.Ledwie weszli a już się musieli zatrzymać ponieważ sufit wydawał z siebie groźne odgłosy sypiąc kamyczkami.
-To lada moment runie ponownie- powiedziała Lily szybko się rozglądając.
-Nie możemy zawrócić, trzeba znaleźć Mizu. Zagrożenie jest bardziej niż prawdopodobne. Gdyby tylko można było jakoś podtrzymać te ściany to byłoby łatwiej- mruczał ostrożnie robiąc krok do przodu. Po chwili gdy to powiedział spojrzeli na siebie, nic nie musieli dodawać.
-Jaskinie to nie mój żywioł...Ale chyba mogę spróbować- powiedziała niepewnie. Ze szczelin w skałach wysunęły się grube pnącza które na wzór siatki oplotły ściany, sufit i wejście. Pierwszy raz coś takiego zrobiła, nie wiedziała, że to jest realne. Zacisnęła zęby i powieki cedząc przez zęby próbując się skupić- musimy się pośpieszyć, długo one i ja nie wytrzymamy zbyt długo.
Szli powoli ze względu na stan Lily, którą dużo kosztowało utrzymanie w miarę jaskini ale jednak musieli się sprężać. Nagle do ich uszu doszedł nowy dźwięk. Woda. Nie tylko ja słyszeli ale i zobaczyli- jaskinia nabierała ją. Spojrzeli na nią potem na siebie przerażeni.

<Parys?> Miało dramatycznie, to chyba wyszło ;p

poniedziałek, 23 maja 2016

OD Parysa CD Lily

Jak tylko coś huknęło, wyszliśmy oboje na zewnątrz, jednak nie za daleko i stwierdziliśmy, że czyjaś jaskini musiała się zawalić. Weszliśmy do środka i chcąc już podjąć decyzję, o tym, aby iść do miejsca zdarzenia, duszek przyleciał do nas i powiadomił o tym co się stało. Lisice i wróżka wrócili do snu, a my do suszenia. Opowiadaliśmy sobie żarty, ale coś było nie tak. Moje serce mówił mi, że coś grozi Mizu. Niepokoiło mnie to i to jeszcze jak.
- Czym się martwisz? - spytała po chwili Lily.
- Coś mi nie gra. Duszek od Mizu przyleciał za szybko, zupełnie jakby chciała coś przed nami ukryć - powiedziałem Lily o co mi chodzi. Nie miałem przed nią żadnych sekretów i nie miałem też po co kłamać, ufałem jej, a ona mi i to wystarczało nam.
- Jak to za szybko przyszedł? - spytała się z lekka zaskoczona.
- Normalnie duszkom Mizu trochę schodzi nim przybędą do kogoś, jednak ten był od razu, gdy czyjaś jaskinia runęła. Wydaje mi się, że coś tu nie gra - wstałem i przestałem martwić się mokrym futrem. - Lepiej będzie jak tam pójdę - nim zdążyłem, a raczej zdążyliśmy wyjść z jaskini, niebo się zmieniło.
Do okoła wszystko zmieniło kolor na szarość. Na niebie można było zobaczyć dwa księżyce. Złoty jak i czerwony. Wiedziałem, że to niczego dobrego nie wróży. Pobiegłem, gdy tylko zobaczyłem drobne, ale tak jasne światło, że można było je zobaczyć z kilkunastu kilometrów. Wiedziałem, że Mizu się zmieniła w jedną ze swych postaci i ma jakieś kłopoty.

<Lily?> Jakbyś mogła zdramatyzować i dodać trochę akcji to byłabym wdzięczna :P

OD Rusłany

Po dołączeniu do watahy odczułam dużą ulgę. Już nic mi nie grozi. Ani mi, ani mojej siostrze. Rose od razu pobiegła nie wiadomo gdzie, chcąc poznać tereny watahy. Ja wolałam poczekać na przewodnika. Mizu powiedziała mi, że przewodnik trochę się spóźni i miałam to przekazać siostrze, ale jej już nie było. I tak przez około pół godziny byłam sama. Miałam czas wypocząć po podróży. Położyłam się na zieloną trawę i wtuliłam się w pień drzewa, które tam rosło. Ptaki pięknie śpiewały i cieszyły się, iż znów nastały ciepłe i słoneczne dni. Nagle usłyszałam głuchy dźwięk, który rozchodził się po ziemi. Jakby ktoś biegł. Zerwałam się wytrzeszczając oczy z zaskoczenia. Wilk zarył w ziemię i zahamował tuż przede mną. Wyglądał przekomicznie. Szybko wstał i zatrząsnął z siebie grudki ziemi.
- Cześć. To ja, twój przewodnik!

< Ktoś >

OD Rosalie

Powoli zaczęłam odnajdywać się w tej watasze. Dobrze, że się tu znalazłam, inaczej ja i siostra wiecznie byłybyśmy narażone na różne zagrożenia. Ciekawe, na jak długo tu zostaniemy, na razie jest dobrze. Po dłuższej rozmowie z alfą i zaprezentowaniu swoich umiejętności otrzymałam stanowisko instruktora wojowników. Świetnie! To zajęcie idealne dla mnie. Czas więc zabrać się do pracy. Teraz podczas wojny, każdy musi umieć podstawowe sztuki walki.
Szłam tak wędrując do...no właśnie, nie wiedząc dokąd. Nie znałam tych terenów. Alfa nie miała zbyt dużo czasu dla mnie. Ktoś miał mnie oprowadzić, ale się nie zjawił. Może to i lepiej. Wolę już sama zgubić się tutaj, niż słuchać marnych żartów jakiegoś kiepskiego przewodnika. Przeszłam jeszcze kilometr i weszłam do pewnego lasu. Wydawał się całkiem zwyczajny. Ciągle tylko drzewa, mchy, paprocie, drzewa, mchy, paprocie i tak dalej. I nagle poczułam czyjąś obecność. Natychmiast przyjęłam postawę obronną. Słyszałam tylko szelest z pomiędzy drzew. Gotowa na wszystko, czekałam aż wróg wyłoni się z cienia.

< Jakiś miły ktoś?  :) >

niedziela, 22 maja 2016

OD Archer CD Tiramisu

Uśmiechnęłam się na słowa Tiramisu. Cóż, muszę przyznać, że choć na początku niezbyt za nim przepadałam, teraz chętnie spędziłabym z nim więcej czasu.
- A wiesz, ja również – odparłam. – Bardzo chętnie jeszcze się gdzieś z tobą wybiorę. Znam jedno fajne miejsce, szczególnie nocą. Musiałabym tylko powiedzieć Jurijowi, że nie wrócę na noc. Co ty na to?
- Skoczę tylko do Invicto – oznajmił basior po chwili namysłu. – Tutaj za pół godziny?
- W porządku. Do zobaczenia – pożegnałam się i odbiegłam szybkim truchtem, zmierzając w stronę mojej jaskini. Dotarłam na miejsce około dziesięć minut później. Na szczęście zastałam Jurija w grocie. Basior nie był zbyt zachwycony moim pomysłem, ale mnie nie zatrzymywał, toteż równo o umówionej porze pojawiłam się na rozstajach. Tiramisu już czekał.
- To jak, idziemy?
- Jeszcze pytasz? – odparłam z uśmiechem. – Oczywiście! Chodź.
Ruszyliśmy równym truchtem na zachód. Miejsce, w które chciałam zaprowadzić Tiramisu leżało kilka kilometrów stąd, pod wyglądającym całkiem zwyczajnie pagórkiem czy tam wzgórzem. Najlepszy efekt osiągało się przychodząc tam nocą, kiedy księżyc nie był zasłonięty chmurami. A taka właśnie pogoda panowała dzisiaj, stąd pomysł, żeby zaprowadzić basior w tamto miejsce. Zapomniałam jednak, że ścieżka przez przynajmniej kilkaset metrów wije się pośród drzew Widmowej Puszczy. Zorientowałam się dopiero, kiedy weszliśmy w ciemny las, a przez ścieżkę przemknęła srebrzysta łania, pozostawiając za sobą błyszczący ślad. Wedle jednego z podań była to Strażniczka – przypominając ducha niezwykle szybka istota, donosząca informacje panu całej puszczy o tym, kto do niej wchodzi lub ją opuszcza.
- Jesteś pewna, że dobrze idziemy? – zapytał Tiramisu.
- Jak najbardziej – odparłam. – I to mnie niepokoi.

<Tiramisu? Wybacz, że tyle to trwało>

OD Essix CD Mizu i Artenii

Artenia i Hermes powoli wyszli z jaskini, tak, aby pozostali niezauważeni. Byłam bardzo niezadowolona. Oni walczą, mogą nawet stracić życie, a ja? Siedzę i kryję się w jakiejś przeklętej jaskini! Wstałam i zignorowałam ból kostki. Zrobiłam kilka kroków w przód, lecz przypomniało mi się, co mówił Hermes przed wyjściem - mam pilnować Amaltei. Spojrzałam się w stronę dziecka. Patrzyła się na mnie zdziwionymi oczętami małego człowieka, który nie pojmuje tego wielkiego świata.
- Co z nimi? Gdzie poszli? Jest niebezpiecznie! - Krzyknęła lekko speleniąc. Spróbowała wybiec z jaskini, ale zagrodziłam jej drogę.
- Zaraz przyjdą. Nic im nie będzie. - Niestety ja sama nie byłam pewna tych słów. Usiadłam na ziemi wzdychając zniesmaczona. W pewnym momencie poczułam, że zaciskam coś w dłoni. Był to flet. Nienprzypominał on takiego zwyczajnego fletu - był dłuższy i zdecydowanie inaczej ozdobiony, niż wszystkie flety, jakie do tej pory widziałam. Zamknęłam oczy i zagrałam na nim. Przy wyjściu jaskini, pojawiło się coś w rodzaju szyby, czy przezroczystego muru. To coś było bardzo grube. Kiedy dotknęłam go palcami, przniknęły przez ,,szybę''. Wyszłam na zewnątrz. Kiedy dziewczynka zrobiła to samo, sciana jej nie wypuściła. Postanowiłam zostawić ją w najbezpieczniejszym miejscu; zamakniętej jaskini. Sama pobiegłam w miejsce, w którym moi towarzysze walczyli z przeciwnikiem. Z tego co widziałam, nie byli ranni. Znów dmuchnęłam w flet. Wydobyła się z niego piękna melodia, a wrogowie, po prostu zniknęli, wyparowali. Hermes i Artenia spojrzeli się na mnie zdziwieni. Poczułam się trochę, jak dawniej. Bardzo, bardzo podejrzane. Chciałam podrapać się po głowie, ale oprócz włosów, poczułam jeszcze coś - uszy. Kiedy się odwróciłam, spostrzegłam ogon. Był bardziej puszysty, niż ten, który posiadałam, jako wilk, przypominał bardziej lisi, również kolorem.
- Co z Almateą?! - Chłopak wydawał się był bardzo niespokojny.
- Została w jaskini, nic się jej nie stanie.
- Ale jednak ją zostawiłaś?! - Hermes patrzył się na mnie ze zdenerwowanymi oczami, jednak ciałem nie pokazał, że jest na mnie wściekły. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, on już biegł po dziewczynkę.
- Musimy iść. - Wtrąciła po chwili ciszy Artenia. Jej spokojny głos zwykle mnie koił, jednak dziś wprawiał mnie w zakłopotanie, może zmartwienie. W każdym razie, nie była to już ta sama, opanowana Artenia. Skinęłam głową. Skruszona zapatrzyłam się w ziemię. Chłopak miał rację, nie powinnam zostawić dziewczynki samej, zwłaszcza w taki sposób. Flet, który trzymałam w prawej dłoni, włożyłam za pas, do którego przyczepiona była pochwa na miecz. Ira wyleciała z jaskini. Kiedy Hermes wychodził z Almateą na rękach, już nie było tej ,,ściany''. Dziewczyna powoli ruszyła przed siebie, w kierunku, dużego budynku w towarzystwie wielu innych. Wszystko otaczała brama, do której Artenia właśnie zmierzała.

<Mizu? Artenia? Przepraszam, że nie pisałam. Próbuję dostać się do wymarzonego gimnazjum, nauka znalazła się na pierwszym miejscu. Wiem, że opowiadanie nie jest długie, ale nie chcę, byście dłużej czekały. Przestałam wchodzić na naszą watahę, bo brakuje mi weny, jej miejsce zapełnił stres i myśli o nauce, ale też dlatego, że było mi po prostu wstyd, kiedy myślałam, jak długo czekacie na opowiadanie. :<>

OD Lily CD Parysa

Patrzyła z przerażeniem jak uderzyło w niego. Ten jak gdyby nic, zaśmiał się co spotkało się z awanturą płci przeciwnej. Wadera oparła się z ciężkim westchnieniem plecami o ścianę.
-Nie strasz tak.
-Ostrzegałem przecież- odparł lekko obrażony.
-Mało ci wrażeń na jeden dzień?- Zapytała się ze śmiechem szturchając go w bok. Jak na zawołanie, zaraz po tym usłyszeli potężny huk co było nawet wyczynem bo deszcz zagłuszał dużo dźwięków. Natychmiast się wychylili zobaczyć co to było ale widoczność ograniczała się do maksymalnie 5 metrów. Kawałek wyszli na zewnątrz i zobaczyli lekki zarys czegoś. Do dziewczynek wrócili po paru sekundach a wyglądali jakby przez długi czas siedzieli w wodzie.
-Huk był silny, to musiało być gdzieś w pobliżu- zauważył Parys przecierając łapa pysk od nadmiaru wody.
-Brzmiało jak spadające skały- dodała Lily starając się otrzepać ale niewiele to dało.
-Więc prawdopodobnie...
-...Czyjaś jaskinia się zawaliła- powiedzieli patrząc na siebie z obawami. Wątpliwości zostały szybko rozwiane przez duszka od Mizu. Pojawił się u nich i zanim znikł powiedział:
-Bądźcie spokojni. Zawaliła się częściowo niezamieszkana i pusta jaskinia.
Zatem odetchnęli z ulgą. Wrócili do suszenia się a lisiczki do snu.

<Parys?>

OD Parysa CD Lily

Dzięki Lily, dziewczyny nie miały się czego już bać. Miło było patrzeć jak się dogadują. Lisice normalnie nie mogły nigdy zasnąć, gdy była burza, na wzgląd ich wyczulonego słuchu. Dziewczynki się bały o nas, co mnie troszkę zaskoczyły.
- Co z nami? - zapytała się pod nosem Lily.
- Wiesz dla mnie to sama przyjemność słyszeć burze. Dzięki burzy moje moce się regenerują i podczas burzy moje moce są silniejsze - odpowiedziałem.
- Naprawdę? - spytały się we czwórkę.
- No tak - odpowiedziałem. Wszystkie trzy były zaskoczone.
- Ale jak to? - spytała się Lily.
- Mizu mnie nauczyła jednej techniki, gdy byłem szczeniakiem i teraz mogę korzystać z burzy jak ze swojego źródła mocy - spojrzenia ich mnie zaczęły trochę przerażać. - Mam pomysł, abyście mogli szybciej iść spać i więcej nie słyszeć burzy - odpowiedziałem, chcąc jakoś już uniknąć tych spojrzeń Wyszedłem z jaskini na dwór i po chwili skupienia, energia z burzy uderzyła we mnie, a ja wchłonąłem całą jej energię.
- Parys!!! - usłyszałem krzyki dziewczyn. Po chwili, burzy już nie było, a to co pozostało to ciemne kłęby chmur i ulewny deszcz.
- Nie musicie się tak drzeć - zaśmiałem się, a one spojrzały na mnie wkurzony, ale też  i zmartwionym wzrokiem.

<Lily?>

OD Mizu CD Rayan'a

Kwiat którego szukałam, nie było go. Normalnie powinno ich rosnąć w tym miejscu ogromne ilości, ale nie tym razem. Gdy znalazłam jednego z białych narcyzów, nie mogłam dowierzyć oczom. Kwiat był zwiędły. Przestraszyłam się, bo potrzebowałam go i to bardzo. Bez niego jeden ze szczeniaków może umrzeć.
- Umbreon! Espeon! do mnie - powiedziałam, będąc trochę wkurzona. Towarzysze przyszli do mnie i wiedzieli, że nie bez powodu ich wezwałam.
- Mi-chan co jest? - spytała się Es
- Przynieście mi księgę z mojej jaskini o białym narcyzie - oni przytaknęli głowami i odeszli.
- Co masz zamiar zrobić? - spytał się basior.
- Ja mam zamiar się dowiedzieć dlaczego tych kwiatów nie ma i mam zamiar jego uzdrowić, ale też i przywołać resztę - odpowiedziałam.
- Ale tego się nie da zrobić - powiedział, podchodząc bliżej mnie.
- Uwierz mi, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Jeżeli ja nie będę mogła tego zrobić to poproszę o pomoc kogoś stamtąd - wskazałam na niebo i uśmiechnęłam się. Um & Es przynieśli mi księgę o białych narcyzach.
- Dziękuję wam! A teraz wracajcie do niego - powiedziałam zmartwionym wzrokiem. Obiecałam mu, że go uratuję nawet za własną cenę życia i miałam zamiar się tego trzymać.  - No dobrze, na sam początek trzeba przewinąć trochę nasz czas, aby zobaczyć co się tu stało - wzięłam głęboki oddech i spojrzałam się na wilka. - Chcesz też to zobaczyć? - spytałam, a on przy kiwnął, ze tak. Użyłam mocy księżycowego czasu. Do okoła wszystko się cofnęło, a my widzieliśmy wszystko co się stało nim kwiaty zwiędły. - Rozglądaj się do okoła - powiedziałam i sama zaczęłam zwracać uwagę na wszystko.

<Rayan?>

OD Rozabell DO Avii

 Każdy dzień rozpoczynałam tak samo. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Ranki jednak są zawsze inne. Śpiew ptaków, szum liści i rosa o poranku. Tak, to jest to! Po patrolu przyszedł czas na śniadanie. Wyruszyłam więc na złocista polanę.                        
-Hymmm... Chyba nowy wilk.- powiedziałam do siebie kiedy przebiegła mi przed oczami brązowa plama goniąca stado kóz. Osobiście uważam że nie opłaca się gonić kóz bo w ostatniej sekundzie odskakują i jeszcze dostaje się od nich mocnego kopa. No ale cóż jak ktoś ma ochotę. Wzbiłam się w powietrze i zaczęłam szukać jedzenia. Jednak nie jedzenie, ale plama na trwie przykula moją uwagę.- Co ona robi ?!- Wilczyca szła prosto do jaski w której mieszkał czarny niedźwiedź. Szybko zaleciałam i pobiegłam w  jej stronę. Wilczyca stała przerażona przed ogromnym i potężnym niedźwiedziem.                                           -HEJ! - krzyknęłam. Wilczyca spojrzała na mnie i wycofała się. Była dość młoda. Niedźwiedź szybko zaczął atak. Zasłoniłam wilczycę skrzydłem i stworzyłam lodową ścianę, aby zwolnic zwierzę. Jednak to nie wystarczyło potwór zaraz przebił się przez nią a my miałyśmy tylko chwilę na ucieczkę. Wilczyca miała chyba złamaną łapę bo kulała. Chwyciłam ją i posadziłam na moim grzbiecie. Zaczęłam biec do klifu. Niedźwiedź w ciąż siedział nam na ogonie. Przed nami nareszcie było zbocze.                                                                    
-Co ty chcesz zrobić !?- wilczyca zaprotestowała dość głośno. Spojrzałam na nią i lekko się uśmiechnęłam. Zaraz wiedziała i przytrzymała się mnie. Skoczyłam. W połowie drogi rozłożyłam skrzydła i poleciałam. Była chyba trochę przerażona bo tylko piskneła. Po paru minutach lotu wylądowałyśmy na łące. Wadera zeszła ze mnie i powiedziała :                                            
-Dzięki.                                                                                                  
-Nie ma za co. Mam na imię Rozabella ale mów mi Roz.              
- Avia.                                                                                                      
-Musimy opatrzeć twoją łapę.

<Avia?>

OD Rayan'a CD Mizu

Kątem oka spojrzałem na waderę.
- Oczywiście - powiedziałem i przymknąłem powieki, a po chwili znów je otworzyłem i zacząłem rozglądać się wszędzie wokół. Moją szczególną uwagę zwróciła szeroka dziura w suficie przez którą było widać niebo. Jednak tam niebo było inne niż na zewnątrz. Skierowałem swój wzrok na Mizu, która przebierała między pnączami. Gdy między nimi nic nie znalazła, westchnęła i zaczęła uważnie przyglądać się kwiatom rosnącym na ziemi. Jej wzrok padł na małą skalną półeczkę, na którym rósł blady, biały kwiat. Wilczyca także pobladła gdy ujrzała tą roślinę.
- N-nie... To nie mogło się stać... - powiedziała do siebie, nie dowierzając. Podniosłem się z ziemi i stanąłem obok niej mierząc leczniczy kwiat wzrokiem.
- Biały narcyz... - wymamrotałem rozpoznając tą roślinę o niezwykłych właściwościach. Podobno uleczała każdą chorobę, ale była bardzo rzadko spotykana. Na terenach mojej dawnej watahy rosły z dwa takie kwiaty, a było to i tak dużo zdając sobie sprawę z ich rzadkości rzadkości.
- On... Zwiędnął... Ale jak? One nigdy nie usychają... Niee... Musi być jakieś logiczne wyjaśnienie tego... - tłumaczyła sobie to na różne sposoby.
- Pewnie ktoś się włamał i zaszkodził tej roślinie - powiedziałem sam w to nie wierząc, ale aby tylko uspokoić Mizu jakimś rozsądnym wyjaśnieniem.
- Ale ona jest tak jakby niezniszczalna. Z każdej choroby się uleczy! - powiedziała. I miała rację. Znałem się na akurat tym kwiecie i dobrze wiedziałem, że rzeczywiście jest "niezniszczalny".

<Mizu?>

sobota, 21 maja 2016

OD Archer CD Jurija

Usiadłam w cieniu jaskini, tuż obok Jurija. Przymknęłam powieki, odpoczywając.
- Archer? – zapytał towarzyszący mi basior. – Pomyśl, już za niedługo będziemy rodzicami.
- Och, musisz jeszcze trochę poczekać – odparłam z uśmiechem, liżąc go po pyszczku. – Przejdziemy się jeszcze potem?
- Oczywiście.
***
Dni przemijały nam bardzo szybko; głównie spędzaliśmy je na długich spacerach i poznawaniu innych terenów watahy. Wciąż odkrywaliśmy różne ciekawe i piękne miejsca: a to uroczą zatoczkę, a to zaciszną polankę, a to olbrzymią równinę i siedlisko pająków wielkości bażanta.
Tego akurat dnia, po kolejnej przechadzce, Jurij wyszedł na polowanie, a ja zostałam w jaskini. Normalnie bym mu towarzyszyła, ale szczeniaki zaczynały już kopać i oboje baliśmy się, że coś by mogło im się stać (czy to brzmiało jak usprawiedliwienie?). Czas dłużył się mi i dłużył, aż w końcu z nudów postanowiłam przejść się do pobliskiego stawu. W zasadzie to tylko głębsza dziura, do której podczas opadów deszczu spływa mnóstwo wody, dobrej do picia. Ciecz wyglądała na zwyczajną, pachniała zwyczajnie i ogólnie nie budziła podejrzeń. Dlaczego o tym mówię? To się zaraz okaże.
Po powrocie do jaskini poczułam się nieco zmęczona, ale nie uznałam tego za coś niezwykłego. Na powrót Jurija czekałam zaledwie kilka minut. Wrócił z sarną i razem zjedliśmy posiłek. Resztki postanowiliśmy zachować na jutro. Jurij miał ochotę jeszcze porozmawiać, ale poprosiłam, żebyśmy przełożyli rozmowę na następny dzień. Basior zgodził się i położyliśmy się spać tuż po zachodzie słońca. To miała być spokojna noc – ale nie była…
Zaczęło się od tego, że w samym jej środku obudziłam się. Obraz miałam nieco zamazany i zniekształcony. Przecieranie oczu nic nie dało. Zaraz też zrobiło mi się najpierw zimno, potem gorąco i tak na zmianę, oraz poczułam, że jakby się duszę. Wstałam, chcąc wyjść z jaskini i zaczerpnąć świeżego powietrza. Nogi się pode mną ugięły i w ostatniej chwili zdołałam oprzeć się o ścianę jaskini.
- Archer? Co się dzieje?
Odwróciłam głowę w tył. Zobaczyłam, jak Jurij wstaje i podchodzi do mnie. Nie widziałam go zbyt wyraźnie.
- Ja… Nie wiem – odparłam słabym głosem. Tylnie nogi objechały mi i wylądowałam na ziemi. Zaraz jednak wstałam i w kilku chwiejnych krokach wyszłam z groty. A na zewnątrz znów prawie się wywróciłam. Upadkowi zapobiegł Jurij, łapiąc mnie i stawiając do pionu. Wsparłam się na nim.
- Archer, co się dzieje? – powtórzył pytanie. – Dobrze się czujesz?
- Nie… Jakoś tak… Słabo mi… - szepnęłam cicho.
- Musimy iść do medyka – zadecydował basior. – Dasz radę iść?
Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, toteż zaczęłam iść wolno, wciąż wsparta o Jurija. Przeszliśmy zaledwie pięćdziesiąt metrów, kiedy nagle łapy znów się pode mną ugięły. Pech czy szczęście chciało, abym głowę zwróciła ku jeziorku. Dostrzegłam, że woda w nim świeci na niebiesko. Trucizna?
- Archer… - usłyszałam głos Jurija. – Pójdę po medyka.
- Nie… to potrwa za długo… woda z jeziorka…
Po tych słowach zemdlałam.
***
Kilka godzin później wracałam powoli do jaskini, oparta o Jurija. Dostałam antidotum, po którym poczułam się lepiej. Bałam się jednak, co będzie z dziećmi. Nawet medyk nie był pewien ich losu. A co, jeśli już nie żyją, zabite przez truciznę?
- Archer – usłyszałam uspokajający głos Jurija. – Wszystko będzie dobrze. Nie możesz tak tracić wiary.
- I kto to mówi – mruknęłam. Kilkanaście minut powolnego marszu, które dzieliło nas od jaskini, przebyliśmy w przygnębiającym milczeniu. Gdzieś za szarymi chmurami wschodziło słońce. I jak w takich warunkach można być optymistą? Pewnie zaraz zacznie padać… I zaczęło tuż po tym, jak schroniliśmy się w naszej grocie. Jurij przyniósł resztki wczorajszej kolacji i zabraliśmy się do jedzenia. Mięso smakowało jakoś tak zwyczajnie, toteż posiłek spożywałam bez większego entuzjazmu.
- Pomyśl, Archer. Już za kilka dni urodzą się nasze własne szczeniaki – powiedział Jurij, oblizując pysk. Spojrzałam na niego spode łba.
- Jeśli jeszcze żyją – burknęłam. Basior przewrócił oczami i położył w kącie jaskini. Zapewne nie wyspał się porządnie tej nocy, ja również byłam zmęczona. Wtuliłam się w Jurija i przymknęłam oczy. Śniła mi się wycieczka, na którą zabraliśmy nasze szczeniaki…
*** kilka dni później***
Przymknęłam oczy, rozkoszując się ciepłymi promieniami słońca. Zły humor minął po pierwszej pieszej wycieczce. Odwiedziliśmy miejsce, w którym rosły dzikie wiśnie, obsypane na wiosnę różowymi kwiatami. Teraz siedziałam na skraju jaskini, odpoczywając po spacerze. Jurij dokonywał poprawek w części przeznaczonej na szczeniaków. Wszystko działo się jak należy.
Jakiś czas potem Jurij oznajmił, że wychodzi na polowanie. Uznałam, że pod jego nieobecność uprzątnę kości pozostałe z posiłków. Jednak ból w okolicach brzucha przerwał mi realizację planu zanim zaczęłam go realizować. Czyżby już?
***
Jakiś czas później leżałam w dość ciasnej i ciemnej szczelinie niemal dokładnie naprzeciwko wejścia i oblizywałam futerko małej, szarej waderki, mojej córki. Obok leżały dwa basiorki, jeden czarny, drugi brązowy. Dzieci zabrały się do jedzenia, kiedy usłyszałam kroki. Odwróciłam głowę w stronę wejścia, warcząc cicho i jeżąc się. Niewiele widziałam, a do mojego nosa nie docierał zapach przybysza, który niewątpliwie wspinał się po wzgórzu. Po minucie dostrzegłam jednak, że to niosący młodą sarnę Jurij. Przestałam warczeć, czekając na przyjście basiora. Kiedy w końcu wszedł do groty, uśmiechnęłam się lekko i odsłoniłam trójkę maluchów, które zdążyły zapaść w sen.
<Jurij?>

Nowe wadery!

Imię: Rosalie
Pseudonim: Rose, Rosa, Lola
Płeć: Wadera
Wiek: 5 lat | 16 grudnia
♠♤♠
Charakter: Rose to energiczna, ambitna, pewna siebie i śmiała wadera. Jest odważna, inteligentna i zdolna do wszystkiego. Ma dumną postawę i taka jest też w środku. Zawsze pomocna i odpowiedzialna. Można jej bez problemu powierzyć opiekę nad kimś lub nad czymś. Jest uparta i zawsze trzyma się swojego zdania. Nigdy nie ustępuje. Świetna strategiczka. W razie konfrontacji bezlitosna, agresywna. Jeżeli ktoś zalezie jej za skórę, może być dla niego wredna i złośliwa. Jest wysportowana i zwinna. Jej zdaniem zawsze trzeba trzymać formę,m dlatego nigdy nieszczędzi sobie treningów.Uwielbia adrenalinę, lubi nowe wyzwania. Schludna, umie o siebie zadbać i odpowiednio się zachować. Trudno się do niej zbliżyć, lecz jest ciekawska i łatwo rozbawić, mimo że tego nie okazuje. 
Hierarchia: Wadera Omega 
Stanowisko: Instruktorka Walki
Rasa: Wilk Pogody
♠♤♠
Umiejętności magiczne: 
*Wszystko co związane z pogodą.
Umiejętności niemagiczne:
 szybkość, zwinność, wytrwałość, inteligencja, świetnie walczy
♠♤♠
Zainteresowania:Walka, poznawanie nowych terenów
Historia: Gdy była mała razem z siostrą zostały porzucone w lesie. Później trafiły tu.
Rodzina: Siostra: Rusłana
Partner: Wątpi w to, że ktoś mógłby pokochać kogos takiego jak ona, ale jeśli ona kogoś pokocha to raczej na zawsze lub na dłuuuugo.
Potomstwo: -
♠♤♠
Znak zodiaku: Sagitarius,  Iteza, Gungsu Jali
Relikt: : Skórzane pasy na łapach i brzuchu (służące do noszenia broni) , na czole nosi małą czaszkę wykutą z kryształu (pamiątka rodzinna)
Ciekawostki: W tańcu nikt jej nie dorówna, lubi robić odważne fryzury, kocha swoje włosy, ale nie jest na ich punkcie przewrażliwiona (nie boi się spocić czy pobrudzić ( po pasja walki ponad wszystko xd)
♠♤♠
Właściciel: Howrse/lolavolcan
Inne zdjęcia:
Towarzysz:

Rusłana

OD Lily CD Parysa

Pogoda tak jak wcześniej była dopisująca, nagle zaczęła się psuć. Zaczął wiać zimny wiatr, coraz silniejszy a jak dotąd bezchmurne niebo zaczęło zakrywać się ciężkimi chmurami. Dziewczynki przynajmniej spały sobie w najlepsze.
-Szczerze to nie mam pomysłu. Może lepiej zostańmy z nimi?- Spojrzała na niebo to na śpiące istotki.- To raczej nie jest zbyt dobry pomysł na wychodzenie w tej sytuacji- powiedziała cicho. Zgodził się skinieniem głowy i usiedli przy sobie. Nie minęła nawet chwila, a zaczęło ostro padać. Po chwili głośny grzmot przez co śpiące natychmiast się zbudziły z krzykiem, konkretnie to Pina wrzasnęła po czym ukryła się pod ogonem Lily. Kiedy tylko trochę się wychyliła, napotkała zaniepokojone spojrzenia.
-Nie lubię grzmotów- wymamrotała. Wyskoczyła spod ogona i zamknęła się w swoim kielichu kwiatu. Lisice próbowały ją namówić do wyjścia szturchając kwiat, bez skutku. Wadera spojrzała na roślinę zatroskana i położyła ją na przyzwanym miękkim mchu.
-Powinnyście wrócić do spania, wyglądacie na skonane- zwróciła się do lisiczek.
-Nawet jak to zrobimy to co chwilę będziemy się budzić przez te hałasy.
-Prawda. Ale poczekajcie- głaszcząc je po głowach pojawiły się na nich wianuszki pachnących kwiatów to samo uczyniła z ukrytą w kwiecie Piną. Nim założyła je powiedziała uspokajająco.
-Te kwiaty są dobre na zasypianie, ich zapach pomaga zasnąć i się uspokoić. Są też dobre w tłumieniu dźwięków, takie jakby słuchawki. Dopóki nie przestanie grzmieć możecie być spokojne, nie będziecie ich słyszeć.
-A co z wami?- Zapytały się chórem patrząc na wilki.

<Parys?>

OD Parysa CD Lily

Przebywanie z Lily uszczęśliwiało mnie, nie czułem takiego uczucia odkąd Charlott odeszła. Ja miałem nadzieję, że Lily nie ucieknie, a gdyby chciała odejść to, poszedł bym za nią. Po krótkim wtulaniu się, Lily spojrzała na mnie i spytała"-Co teraz będzie?"
- Jak to co? - spytałem się. - Będzie tak jak zawsze. Każdy dzień przyniesie nam inne przygody, wspomnienia, złe chwile, ale też i więcej tych dobrych. Będziemy razem ze sobą i to się liczy - odpowiedziałem z uśmiechem, a ona odwzajemniła mi się również swoim uśmiechem. - Wracajmy do domu - powiedziałem, gdy tylko poczułem jak zimny wiatr przechodzi mi przez futro. Wziąłem lisice i Pine na grzbiet. Poszliśmy do jaskini, położyłem delikatnie dziewczyny na legowisku i przykryłem je dodatkowo, aby nie było im zimno.
- Co chciałabyś porobić? - spytałem cicho, aby ich nie obudzić.

<Lily?>

Nowy szczeniak!

Imię: Javier (czyt. Hawier)
Pseudonim: Jav, Javi 
Płeć: Basior
Wiek: 1 rok 3 msc.| 21.maja
♠♤♠
Charakter: W przeciwieństwie do obdarzonego bardziej wojowniczym charakterem rodzeństwa, tego basiora cechuje niemal bezkresny spokój. Tak jak jego matkę, Javiera ciężko jest wyprowadzić z równowagi. Poważniejszy od rodzeństwa, zawsze też sprawiał najmniej kłopotów. Nie oznacza to jednak, że nie lubi się bawić. Wręcz przeciwnie, uwielbia to robić i tryska energią, a w jego głowie wylęgają się różne kreatywne i nieraz szalone pomysły. Potrafi się odgryźć, czasem nawet dosłownie. W przeciwieństwie do brata nie ma problemów z kontaktami z obcymi i chętnie poznaje nowych znajomych. Bardzo kocha siostrę i stara się ją chronić, nawet jeśli oznaczałoby to śmierć. Pragnie zwrócić na siebie uwagę ojca, który skupia ją przede wszystkim na drugim synu.
Hierarchia: Młody Basior Omega
Stanowisko: gdy dorośnie: Mag
Rasa: Bliżej nieokreślona.
♠♤♠
Umiejętności magiczne:
*Po matce odziedziczył przemianę w konia, 
*reszta nieodkryta.
Umiejętności niemagiczne:
♠♤♠
Zainteresowania: Okrywanie wszystkiego wokoło oraz eksperymenty.
Historia: Nie jest to nic specjalnie ciekawego. Na jego drodze zawsze gościła Archer, ucząc go polowania i innych potrzebnych do przeżycia umiejętności. Kiedy trochę podrósł, zaczął uczyć się magii i po pewnym czasie wstąpił do Magów. Ciąg dalszy nastąpi.
Rodzina: matka Archer, ojciec Jurij, siostra Echo i brat Waryl
Partner: Zbyt młody.
Potomstwo: Ta, szczeniak miałby mieć dzieci… Zbyt młody!
♠♤♠
Znak zodiaku: 
Relikt: 
Ciekawostki: 
♠♤♠
Właściciel: Heroica
Inne zdjęcia: Brak
Towarzysz: Aktualnie brak

Nowy szczeniak!


Imię: Waryl
Pseudonim: Warek, Walek.
Płeć: Basior
Wiek: 1 rok  3 msc.| 21 maja
♠♤♠
Charakter: Waryl jest bardzo ciekawskim szczeniakiem. Wszędzie wetknie swój nos, wszystko sprawdzi, będzie się pytał o wszystko... Ale tylko rodziców. Jest nieśmiały do obcych, trochę wstydliwy. Jest też zadziorny, potrafi kłócić się o swoje godzinami, nawet, gdyby nie miał racji. Lubi zabawy z rodzeństwem, ale nie z obcymi. Często zaczepia innych członków rodziny, poprzez podgrzanie i inne tego typu zaczepki. Tak jak inne szczeniaki ma mnóstwo energii, którą pożytkuje na wszystko oprócz nauki. Twierdzi, że przecież sam umie polować, da sobie radę opatrzyć ranę, no a żeby mu ktoś odgryzał kawałki jedzenia, to już szczyt wszystkiego! Ten wilczek jest trochę zadumany w sobie, a jego ego wielkością dorównuje jego energii.
Hierarchia: Omega
Stanowisko: gdy dorośnie: Patrol
Rasa: Brak specjalnej rasy.
♠♤♠
Umiejętności magiczne: Po ojcu odziedziczył brak mocy.
Umiejętności niemagiczne:
♠♤♠
Zainteresowania: Wszystko co nieznane, zwłaszcza dalekie podróże.
Historia: Co tu dużo opowiadać... Waryl był jednym z trojaczków Jurija i Archer. Od maleńkości szczególną uwagę poświęcał mu ojciec, chcąc wychować go na swojego godnego następcę. Przyuczał go w sztukach walki, w polowaniu i innych, ważnych umiejętnościach. Starał się też temperować jego charakter, co jednak nie przynosiło zauważalnych efektów. Gdy Waryl trochę podrósł, idąc w ślady ojca wstąpił do Patrolu. Dalsza historia właśnie się pisze.
Rodzina: Jurij - Ojciec, Archer - Matka, 
Partnerka: Jest na to za młody...
Potomstwo: I na to też!
♠♤♠
Znaki zodiaku:
Relikt:
Ciekawostki:
♠♤♠
Właściciel: Howrse - jożemjo
Inne zdjęcia: Brak

Towarzysz: Brak