środa, 10 lutego 2016

OD Verphilus'a DO Kahloon

Nos już nie szczypał. Mrozy zelżały i czułem jak łapy z każdym krokiem zapadają się w brudną, chłodnawą breję, która wcześniej szczyciła się mianem śniegu. Właziła mi między palce i zlepiała sierść. Mimo, że pazury miałem w większości schowane to oczami wyobraźni widziałem brud je pokrywający. Sierść mi się lepiła, była poszarzała od runa leśnego, w którym ostatnio musiałem się zakopać aby nie zamarznąć, i skołtuniona. Dawno nie robiłem przerw, a to wszystko dlatego, że starałem się znaleźć jaką grupę, schronienie. W związku z czym nie miałem czasu na chociażby wypłukanie się w rzece. Może nie najlepszym pomysłem było przybycie do watahy całym umazanym - mogliby mnie wziąć za zdziczałego i nieokiełznanego agresywa. Jednak jeśli nie zechce mnie stado, bo wyglądam jakby przeszło po mnie tornado, to nie jest godne, aby ktokolwiek do niego dołączył.
Wiał lekki wiatr, podrywający resztki podgniłych liści pozostałych po jesieni. Niebo było zachmurzone i tylko czasem przepuszczało nieliczne promienie słońca. Nie zważałem na otaczającą mnie pluchę i przemykałem zwinnie między krzakami, w większości pozbawionymi jakiejkolwiek zieleni. Na nieszczęście zdarzały się takie, które miały kolce. Wtedy nie raz musiałem się szarpać i rwać z siebie futro.
Przyśpieszyłem do truchtu. Łapy rozorywały miękka ziemię, ale nie przejąłem się tym. Dobrze wiedziałem jak łatwo będzie mnie teraz wyśledzić. Miałem nadzieje, że jeżeli ja nikogo nie znajdę to przynajmniej ktoś znajdzie mnie.
Zaczęło się już ściemniać gdy poczułem czyjś zapach. Subtelny, słodki z nutką goryczki – zdecydowanie należący do wadery. Zdecydowanie tylko jednej. Przyśpieszyłem kroku, ale mimo to, zapach robił się intensywniejszy. Nikogo nie widziałem, ale zdawało mi się, że słyszę czyjeś stąpanie i cichutki oddech.
Zatrzymałem się. Otaczały mnie tylko wysokie, iglaste drzewa i marne krzaki jagód czekające na wiosnę. Nawet pnie były jakieś wynędzniałe, wąskie. Jednym słowem – nie ma się gdzie skryć. Nie ma mowy o tym aby samica mogła się zakraść.
Nastawiłem uszu i przybrałem najbardziej przyjazną pozycję jaką byłem w stanie. W zasięgu wzroku nagle pojawiła się brązowa sylwetka. Zbliżała się miarowo, spokojnie, ale jakby nieśmiało. Zupełnie jakbym samym swoim istnieniem wzbudzał w postaci zaniepokojenie. Zapewne tak było.
Stanęła przede mną wilczyca raczej przeciętnego wzrostu. Miała naturalnie wyglądające uszy, nie tak szpiczaste jak moje, i szczupły, wąsko zakończony pyszczek. Piękne, jak dla mnie, złoto-miedziane oczy w kształcie migdałów i przedziwną dłuższą sierść na łbie. Na szyi nosiła jakiś podejrzany materiał i parę medalionów. Jej bok, pokryty krótką brązową sierścią był napiętnowany.
Spojrzała na mnie łagodnie, zachowując bezpieczną odległość. Przez chwilkę mierzyliśmy się spojrzeniami oceniając szanse. Nie wiem jakie zdolności ma ta pani, ale w fizycznym starciu z pewnością bym wygrał.
Jednak nie wydała mi się zagrożeniem. Wręcz przeciwnie – wyglądała mi na taką, która chce się dogadać. Porozmawiać najnormalniej w świecie. Roztaczała wokół siebie aurę spokoju, ale i stałego napięcia. Niepewności. Była życzliwa w swoim zakłopotaniu.
Ona pierwsza przerwała milczenie.
-Kim jesteś? - Zapytała ciepłym, melodyjnym, trochę zachrypniętym głosem,
-Nie stąd. Samotna dusza. - Parsknąłem delikatnie śmiechem. Chciałem pokazać dziewczynie, że nie musi się niczego obawiać z mojej strony. - Przechodzeń. Nie mam żadnych szczególnych zamiarów. Szukam tylko schronienia.
Wadera machnęła ogonem i zbliżyła się powoli bokiem. Nie wiem czy aby dać mi do zrozumienia, że akceptuje moją dominację czy po to by zachować ostrożność.
- Czegoś na dłużej. - Stwierdziła, domyślając się już moich intencji.
Kiwnąłem krótko głową.
- No to dobrze trafiłeś. Jesteś na terenie watahy Księżycowego Ducha. Nie mamy nic przeciwko nowym członkom.
Idealnie. Jeśli każdy wilk z tego stada jest tak dobrze nastawiony jak ta wadera, to z chęcią dołączę. Tylko ta nazwa taka nietypowa. Może mają tu dużo duchów. Ich częste przyzywanie bardzo poprawiłoby moje zdolności. Może nawet moja matka gdzieś tu jest. Ech... Za daleko wybiegam w przyszłość. Skup się Verphilus!
- Nie wyczułem żadnego zapachu oprócz twojego. - Zauważyłem. Może jednak wilczyca kłamie i jest tu tylko ona? A może to zasadzka?
- To mniej uczęszczane tereny – wytłumaczyła ochoczo. - Będę mogła cię po nich oprowadzić jeśli się zdecydujesz.
Powiedziała to tak naturalnie i od niechcenia, że od razu uwierzyłem jej na słowo. Ale skoro nikt tu prawie nie przychodzi to co ona tu robi? Patroluje, czy może lubi samotność?
Milczałem analizując wszystkie za i przeciw. Tych pierwszych było zdecydowanie więcej.
- Dobrze. - Powiedziałem jakby obojętnie. W głębi duszy byłem jednak bardzo poruszony.
Od dawna nie miałem do kogo pyska otworzyć, a teraz należę, prawie – bo potrzebuję jeszcze zgody przywódcy, do watahy.
Postać samicy nagle pojaśniała. Zupełnie jakby ucieszyła się, że przyczyni się do powiększenia liczebności stada. A przecież teraz będzie więcej gęb do wykarmienia. Nie rozumiem, a może jednak będę musiał przejść jakiś test sprawnościowy? Słyszałem, że w niektórych watahach robią takie rzeczy. Nadajesz się – dołączasz, nie nadajesz – zostajesz obiadem. Dość skrajnie posunięcie, ale nigdy nie wiadomo.
- Chodź. Zaprowadzę cię do Alf, idziesz przede mną.

<Kahloon?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz