sobota, 13 lutego 2016

OD Ktosia CD Ikarii

Przyglądałam się z zadowoleniem jak wadera błądzi między moimi białymi kamieniami z pyłu i światła. Mogłam być dumna z iluzji. Jak zawsze użycie magicznych proszków spełniło swe zadanie, a miało też tą zaletę, iż skruszone kryształy pozwalały działać na odległość i oprócz zagadkowego obrazu skłaniającego do wejścia między, pozwalały odejść tylko, jeżeli znało się odpowiednie zaklęcie. Mogłam do woli biegać miedzy drzewami, a nawet wyjść spomiędzy nich a moja ofiara nie mogła zrobić nic. Z drugiej strony wilczyca wyglądała na waleczną i chętnie spróbowałabym z nią swoich sił w otwartym pojedynku. Przyjrzałam jej się z zainteresowaniem.
- Jak się nazywasz - zawołałam.
Chciała podejść, ale zaraz cofnęła się powstrzymana przez pole siłowe mojego czaru. Zachichotałam cicho. Wściekła wilczyca warknęła i tuż ponad miejscem, gdzie przed chwilą stałam w w gałąź starego drzewa uderzył piorun.
- Popracuj nad celem - wrzasnęłam, ale zaraz potem spłonął krzak, za którym się ukrywałam i gdybym w porę nie odskoczyła mogłabym nie tylko zostać zdemaskowana, ale i przypieczona. Warknęłam niezadowolona.
- Nie powiem ci jak mam na imię puki się nie pokarzesz nie będę rozmawiać z kimś kogo nie widzę
- No to chyba nie porozmawiamy
Zerknęłam w niebo. Był późny wieczór, ale księżyc nie pokazywał się więc wtopienie w jego blask odpadało.
- Kryjesz się po krzakach jak tchórzliwy królik
Tego już mi było za wiele. Nie zamierzałam się jednak ujawnić więc przybrałam inny wygląd.
Jednym susem wskoczyłam w okrąg. Uśmiechnęłam się chytrze.
- zobaczymy czy równie dobrze walczysz jak gadasz.
Ku memu zdumieniu wadera nagle zemdlała. Wyglądało na to iż od dawna nic nie jadła. Poczułam nagły przypływ sympatii dla niej. Była głodna i wyczerpana długim marszem, ale zbyt dumna, by to przyznać. Pewnie zeszła z gór i miała za sobą długa drogę. W oddali odezwał się ryk. Najpewniej był to potwór, na którego w istocie zastawiłam tą pułapkę. Nie było czasu do stracenia. Zarzuciłam sobie waderę na grzbiet  i wyszeptawszy zaklęcie opuściłam bariery i ruszyłam naprzód. I tak byłam pełna podziwu jak wilczycy udało się przebyć tak niebezpieczną drogę z ledwie kilkoma zadrapaniami. Nie wiadomo skąd koło nas pojawił się puchacz, który za nic nie chciał nas odstąpić. Wreszcie więc dałam sobie spokój z ciągłym odpędzaniem go. Ryk dobiegł z zupełnie innej strony. Stwierdziłam, że nie nie ma sensu teraz na siłę wracać do watahy pójdę tam jutro, a na razie opatrzę i nakarmię tą wilczyce. Ciągle zresztą nie byłam pewna co spowodowało jej omdlenie. Wreszcie otwarła oczy.
- Nic ci nie jest?
- A co ma mi być?
- No, bo zemdlałaś...

<Ikaria... opowiadanie raczej nie tak piękne jak twoje, ale bałam się, że ktoś mnie uprzedzi...a teraz zgadnij kto to ;)>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz