wtorek, 30 czerwca 2015

OD Mizu DO Aszer

Zwyczajny dzień taki jak zawsze. Tylko ten wyróżniał się tym, że świeciło trochę mocniej słońce i wiał lekki wiaterek. Wyszłam ze swojej jaskini i poszłam na mały spacer.  Nie wiedziałam gdzie mam iść i co miałabym zrobić. Usiadłam sobie więc pod jednym z drzew i zaczęłam się rozmyślać. Reahel nie było w watasze bo wysłałam ja na kilka dni do gór gdzie mogła by sobie odpocząć z reszta tak jak i co nie których. Może pójdę na Złocistą łąkę i tam kogoś spotkam.- pomyślałam i bez zastanowienia ruszyłam w stronę Złocistej łąki. Idąc w stronę łąki spotkałam towarzysza Aszer który akurat polował. Skoro był towarzysz Aszer więc ona również musiała być gdzieś w pobliżu. Poszłam więc w stronę gdzie krążył na niebie towarzysz Aszer Alpolex. I tak jak przewidywałam pod cieniem drzewa leżała Aszer która najwidoczniej odpoczywała. Nie chcąc jej budzić przysiadłam się koło niej i czekałam, aż się ocknie. Przez czas który Aszer spała spojrzałam się na nią i przypomniało mi się jak pierwszy raz przyszła do nas. Na początku była nieśmiała, mało rozmowna ale zawsze się uśmiechała gdy tylko ktoś z nią rozmawiała i poznał ją lepiej. Od tego czasu dużo się zmieniło stała się silniejsza, jej charakter również się zmienił ale pozostał wciąż dla bliskich jej osób. Alpolex podleciał do nas a Aszer się przebudziła.
- O Mizu a co ty tu robisz? Długo Ciebie nie widziałam? - Przeciągając i lekko ziewając zapytała się.
- Tak wiem również Ciebie ostatnio nie widziałam.- odpowiedziałam uśmiechając się. Wadera przysiadła się koło mnie i spojrzała przed siebie uśmiechając się.- Wiesz mało kiedy można zobaczyć Ciebie jak się uśmiechasz.- sprawiając jej komplement również się uśmiechnęłam. Wadera lekko się zarumieniła.
- Ale ty za to się coraz mniej uśmiechasz. - powiedziałam mi patrząc się prosto mi w oczy.
- Tak wiem, wiem, wiem wszyscy mi to mówią ale ja po prostu nie chcę się uśmiechać. - odpowiedziałam.
- Rozumiem a może ja coś na to zaradzę, i co ty na to zrobię tak że przez cały dzisiejszy dzień będziesz sie uśmiechać.
- yyyy...że niby co?

<Aszer?>

OD Jaldabold'a DO Mizu

Typowy dzień w watasze. Potruchtałem w stronę lasu. Przechodząc przez polanę obserwowałem radosne wilki. Nie wiem czym się tak cieszyły... Przecież nie dawno ich domy i niektóre części rodziny zostały zmiecione z powierzchni ziemi! Podszedł do mnie jakiś szczeniak.
- Dzień dobry! - popatrzył na mnie.
- Spadaj - mruknąłem i ruszyłem w stronę krwistego lasu. Bleh! Szczeniaki są ohydne! I na dodatek nie potrafią zabijać!
- Pan jest tu nowy??? - zapytał szczeniak. Odwróciłem się powoli. Popatrzyłem na niego spode łba. Nie odpowiedziałem. Po co mu ta informacja? Wszystko jedno. Zamknąłem go w kuli ognia. Zaczął piszczeć i wyć. Jakaś wadera z mocą wody próbowała ugasić moją kulę. Bezskutecznie. Patrzyłem na to zdarzenie z lekkim uśmiechem na pysku. Spojrzała na mnie jak na potwora. Odwróciłem się na pięcie. Mają całą watahę, co im przeszkadza śmierć jednego, ale bardzo irytującego, szczeniaka? Po około 15 minutach wędrówki, o ile można tak nazwać spacer, dotarłem do Krwistego Lasu. Mój widok przyciągnęło stado dzików. Zakradłem się na nie. Nie chciało mi się polować, więc wybrałem dwa młode, acz duże samce. Wokół nich zapaliłem trawę. Zaczęły panikować. Jeden próbował przeskoczyć dość niską ścianę ognia. Niech zwiewa. Jednym się najem. Wystarczyły dwie minuty. Prawdopodobnie umarł na zawał. Wskoczyłem do pierścienia ognia i wbiłem ostre kły w zwierzynę. Poczułem pyszny smak krwi. Oblizałem się się dokładnie. To trochę dziwne. Wilki jedzą mięso zwierząt, a ja żywię się ich krwią... Wyssałem całą krew z ofiary niczym jakiś wampir... Kiedy zjadłem usiadłem przed martwym dzikiem i popatrzyłem na niego. Usłyszałem szmer... Zacząłem strzyc uszami. Popatrzyłem się za siebie. Po wyschniętych liściach leżących na ziemi biegła wiewiórka. Wskoczyła na drzewo obok mnie. Zignorowałem ją. Chociaż więcej śmierci nikomu nie zaszkodzi... Zapaliłem ją. Rudy gryzoń zaczął biegać po drzewie na którym był i zapalił je.
- Tylko nie zabij całej watahy... - usłyszałem za sobą ciepły głos.
- Nie obiecuję, że tego nie zrobię.
- Wtedy znów nie będziesz miał watahy - wadera popatrzyła na mnie i usiadła obok. - Jestem Mizu, wadera Alfa. Szłam za tobą od tego... ymm... zdarzenia... Na polanie. Pomyślałam, że dobrze będzie się zapoznać z nowym członkiem watahy.


< Mizu? Trochę słabe i krótkie, ale muszę się rozgrzać. To moja pierwsza wataha>

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Nowy Basior! ^^

Powitajmy nowego basiora ale i za razem naszego negocjatora! 


 Jaldabold

OD Mizu CD Matt'a

Matt odprowadził mnie do jaskini gdzie położyłam się spać. Zasypiając zauważyłam tylko jak Matt wyszedł z jaskini po czym zapadłam w głęboki sen. Po dłuższym czasie przebudziłam się a Matt był przy mnie. Zapytałam się jak długo czeka, a on tak jak zawsze będąc miły powiedział że nie długo. Przeciągnęłam się lekko ziewając po czym wstałam. Matt coś chciał powiedzieć ale gdy zaczął już coś mówić przerwał w połowie i zmienił temat pytając mnie przy tym.
- Dlaczego nie wyspałaś się w nocy?
- Bo uczyłam się nowych zaklęć.- odpowiedziałam krótko
- Ale mogłaś się uczyć ich ranem lub popołudniu, ale nie w nocy. - zaczął mówić Matt.
- Dziękuję za Twoją troskę ale nie musisz się martwić o mnie.
- Wiesz Mizu ale to nie wszystko. Coś jest z Tobą ostatnio nie tak.
- Ale co masz przez to na myśli? - zapytałam się. Miałam nadzieję, że nie będzie wiedział o słabnięciu moich mocy.
- Bo wiesz Twoje oczy jak by straciły swój blask a twoje moce swoją siłę. - powiedział Matt trochę się zawstydzając. Nie chciałam nic mówić ale nie mniej jednak miał racje.
- Wiesz Matt masz racje moje moce ostatnio osłabły ale za kilka dni powinno być mi lepiej.
- Czyli miałem racje. A dlaczego osłabły Twoje moce? I dlaczego będzie Tobie lepiej co dopiero za kilka dni?
- Wtedy gdy wybuchła woja gdzie Bluelly zginęła a Jermaine odszedł z Liszem moje mocy osłabły przez wzgląd na to ile musiałam jej wykorzystać ale to nie wszystko również dlatego iż władali ciemną magią a ja nie wiedziałam jak ich powstrzymać więc użyłam najgroźniejszego zaklęcia czarnej magi pisanej księżycowym pismem. A będzie mi za kilka dni lepiej bo będzie pełnia księżyca. - odpowiedziałam Matt się zawstydził a ja tylko się szeroko uśmiechnęłam. - Może byśmy się gdzieś przeszli? - zapytałam się z uśmiechem.
- Tak z miłą chęcią. A gdzie idziemy?
- Nie wiem sama. Zaprowadź mnie gdzieś gdzie jeszcze nie byłam.

<Matt?>

niedziela, 28 czerwca 2015

OD Matt'a CD Mizu

- Wiesz... może teraz spróbuj zasnąć, a pogadamy kiedy indziej. - powiedziałem. Odprowadziłem waderę do jej jaskini. Mogłem zauważyć, że była bardzo wycieńczona.
- Dobra. - odpowiedziała ziewając. Wyszedłem z jaskini Mizu i podążyłem przed siebie...

***
Było już południe. Poszedłem do jaskini Mizu. Alfa nadal spała. Postanowiłem zaczekać, aż się obudzi. Nie trwało to długo. Wstała i kiedy tylko mnie zobaczyła zapytała:
- Jak długo tu czekasz? - zapytała.
- Dopiero co przyszedłem. - odparłam z lekkim uśmiechem. - Posłuchaj. Nie uciekłem, bo zrobiłaś coś nie tak... - przerwałem.

<Mizu?

OD Mizu CD Matt'a

Chodziłam po terenach watahy sprawdzając czy nikt nie potrzebuje w czymś pomocy. Każdy dawał sobie sam radę więc byłam zbędna. Będąc niepotrzebna przyglądałam się terenom watahy, członkom i zauważyłam, że wszyscy się doskonale bawią. Nawet tereny stały się tak jak by barwniejsze. Idąc i wciąż się przyglądając tak jak by podniosło mnie to trochę na duchu, ale wciąż wiedziałam, że wszystko to moja wina. Będąc myślami gdzie indziej spotkałam Matt'a który zaproponował mi krótki spacer. Zgodziłam się bo i tak nie miałam co robić. Przez cały czas co chodziliśmy rozmawialiśmy. Matt opowiadając mi różne historie jak i również kawał wydawało mi się jak by chciał mnie rozweselić. Uśmiechałam się, ale na krótką chwilę po czym uśmiech znikał mi z twarzy. Zatrzymując się w połowie drogi Matt spojrzał mi w oczy po krótkim wpatrywaniu mi w oczu uciekł. Nie wiedziałam dlaczego uciekł, nie wiedziałam nawet co zrobić. Chcąc iść za Mattem skierowana już w stronę którą pobiegł Um & Es akurat przyszli do mnie. Potrzebowali pomocy więc pomogłam im.

Przyniosłam specjalny kamień który Es & Um potrzebowali. Ale nim go zdobyłam była już noc. Nie miałam nawet czasu żeby porozmawiać z Mattem. Pewnie już śpi. Więc zapytam go jutro dlaczego uciekł. Pewnie uciekł bo coś źle zrobiłam?!. Idąc w stronę swojej jaskini wciąż myślałam o Macie. Gdy tak szłam zauważyłam Matt'a który właśnie gdzieś szedł. Poszłam za nim, aby z nim porozmawiać. Chcą już podejść do niego zatrzymałam się. Zatrzymując oparłam się o drzewo. Moja moc jak by słabnęła. Wiedziałam wtedy, że coś jest nie tak. Chcąc porozmawiać z Mattem spojrzałam się w stronę gdzie szybciej stał. Ale jego już nie było. Poszłam więc do swojej jaskini gdzie położyłam się spać. Gdy zasnęłam przyśnił mi się koszmar po którym się obudziłam. Nie mogąc już dalej zasnąć wzięłam jedną ze swoich ksiąg i uczyłam się nowych zaklęć. Wyszłam z jaskini i zobaczyłam jak wschodzi słońce. Zostawiając swoją księgę poszłam na krótki spacer. Idąc leśną ścieżką wciąż ziewałam. Byłam wykończona chciało mi się spać. Poszłam na łąkę myśląc, że tam znajdę sobie cichy zakamarek i będę mogła się chwilę zdrzemnąć. Położyłam się pod jednym z drzew i zamknęłam oczy. Śpiąc znów przyśnił mi się ten sam koszmar co szybciej. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Matt'a, który podszedł do mnie.
- Mizu przepraszam za wczoraj ale...ja...- chcąc coś powiedzieć przerwałam mu.
- Wybacz Matt, że czymś Ciebie przeraziłam że musiałeś aż uciec ale nie mam dzisiaj zbytnio nastroju do rozmowy.- przerwałam Mattowi i powiedziałam to co chciałam. Będąc wciąż śpiąca i nie chciałam z nikim już rozmawiać.
- Jeżeli mogę się spytać dlaczego nie masz dzisiaj nastroju? - zapytał się Matt.
- Nie spałam całą noc uczyłam się nowych zaklęć. - odpowiedziałam na końcu ziewając.

<Matt?>

OD Matta'a DO Mizu

Dawno nikogo nie spotkałem oprócz Mizu... Bardzo ją lubiłem... Była miła... Kiedy chodziłem po watasze natknąłem się na nią.
- Mizu, co robisz? - zapytałem powoli podchodząc.
- Nic takiego. - odparła.
- Chciałabyś się przejść? - zapytałem.
- No dobra. - odparła. Zaczęliśmy iść wciąż rozmawiając. W pewnym momencie spojrzałem na nią... w jej oczy...
- Wiesz co... Chyba już pójdę... - powiedziałem i w pośpiechu wróciłem do jaskini. "To... To niemożliwe! To nie może być tak! NIE! Nie mogę..." - powiedziałem w myślach. Był już wieczór. Wyszedłem przed jaskinię i wpatrywałem się w księżyc. W końcu nastała noc... Wróciłem do jaskini i położyłem się na skórach... Jednak nie mogłem zasnąć. Wyszedłem na spacer i kiedy zaczynało świtać wróciłem do jaskini i w końcu zasnąłem...

<Mizu?>

wtorek, 23 czerwca 2015

OD Ame CD Mizu

- Tak , to już wszystko. Jeszcze raz dziękuje ci że oprowadziłaś mnie po watasze ^^
- Nie ma sprawy , jakby co , to możesz pytać się mnie o wszystko.
Wdzięcznie podziękowałem po czym ruszyłem przed siebie. CO za fart ! Spotkałem już Alfę , a ona już mnie wszystkim przedstawiła ^^ teraz poznanie lepiej kolejnych osób nie będzie już problemem !
Chodziłem niezdecydowany po lesie . Przystanek , zrobiłem sobie dopiero koło wodopoju. Było przy nim kilka wader i jakiś basior. Jedna z wader podeszła do mnie. Jako, że jej jeszcze nie poznałem uznałem, że pora się przedstawić.
- Witaj , jestem Ame , a ty ?

< jakaś wadera?  >

niedziela, 21 czerwca 2015

OD Mizu CD Ame

Pomimo, iż dzień był słoneczny ja nie miałam humoru. Byłam wściekła a zarazem zła na samą siebie. Aby rozwiać wszystkie żale poszłam sobie na coś zapolować. Będąc na polanie zobaczyłam jelenia którego od razu zaczęłam gonić. Goniąc za jeleniem którego chciałam upolować. Nie udało mi się przez jakiegoś basiora, który wszedł mi w drogę. Byłam nie dość, że poirytowana, zła na siebie jak i na basiora to jeszcze rozczarowana. Basior chcą załagodzić sytuacje uśmiechnął się i przedstawił. Wtedy gdy usłyszała jego imię przypomniało mi się, że Parys mówił mi iż dołączył do nas nowy basior.
- Ja przepraszam za moje zachowanie.- powiedziałam zakłopotana
- Ale dlaczego przepraszasz przecież to nic takiego?
- Jak to nic takiego dla mnie to wstyd, że zezłościłam się na Ciebie. Jestem Alfą tej watahy i tak nie powinnam się zachować w stosunku do Ciebie. Bardzo Przepraszam głupio mi.
- To na prawdę nic takiego. Przecież każdy ma prawo mieć gorsze dni?- odpowiedział nie złoszcząc się na mnie.
- Może pokażę Tobie tereny watahy i przedstawię członkom?- zapytałam się chcą jakoś się zrewanżować.
- Byłbym wdzięczny. - odpowiedział krótko jak by trochę krępował.
- Spokojnie rozluźnij się. Jak by co jestem Mizu zapomniałam się przedstawić. - klepnęłam go łapą na pocieszenie i poszłam przodem. Pokazałam basiorowi wszystkie tereny i przedstawiłam wszystkim. Na sam koniec poszliśmy nad Czarne Jezior, gdzie lubiłam przebywać.
- Tutaj możesz mnie zazwyczaj znaleźć więc jak byś mnie szukał a mnie by nie było w mojej jaskini czy też z innymi wilkami to znajdziesz mnie tutaj. Taka mała podpowiedź.- powiedziałam lekko się uśmiechając.
- Wiesz mam pytanie, a w sumie dwa. Czy mógłbym się o nie Ciebie spytać? -  powiedział basior już poważniejszym głosem.
- Słucham jakie? - odwróciłam się w stronę Ame'go.
- Dlaczego byłaś dzisiaj tak wściekła i zła na siebie? No i dlaczego lubisz tutaj przychodzić?

Jestem zła, a wręcz wściekła na siebie za to, że nie mogłam nic zrobić gdy odeszli niektórzy. Mogłam tyko patrzeć jak odchodzą i nie mogłam nic innego zrobić. Nie mogłam ochronić tych których tak bardzo kochałam. Bo jestem słaba i beznadziejna. Ale wciąż chcę, aby ta wataha przetrwała więc nie poddam się. To moja odpowiedź na pierwsze zadane mi pytanie.

A co do tego miejsca to lubię tu przychodzić. Mogę wtedy być sama i pomyśleć patrząc się w tafle wody. W której również mogę zobaczyć odbicie przepięknego księżyca. Gdy patrzę na księżyc uspakajam się tak jak i moje moce. Mało kiedy ktoś tu przychodzi więc przychodzę tu najczęściej. Niektóre osoby gdy ty przychodzą są bardzo zdesperowane i szukają siły w kwiatach które tu rosną. Ale najczęściej daję im radę i powstrzymują się.
To chyba wszystkie odpowiedzi na które miałam odpowiedzieć Tobie.

<Ame?>

OD Ame

Właśnie dołączyłem do tej watahy , wypadałoby kogoś zapoznać no nie ? Postanowiłem pujśc przed siebie. Prędzej czy później kogoś spotkam .
Drga którą podążałem zaprowadziła mnie na jakąś polanę.
-całkiem tu ładnie ...
Postanowiłem sie tu rozejrzeć.Jedno z wielkich , rozłożystych drzew kusiło widokiem. Nie mam tu żadnej jaskini , a w sumie jestem juz trochę zmęczony tym szukaniem.... przyszli przyjaciele poczekają ^^ Szybko podbiegłem do tego drzewa i wdrapałem sie na nie.
Nie minęło nawet 10 minut, a ja już spałem. Kto by nie zasnął w takich okolicznościach ?
Niestety ...nie było mi dane spać długo T^T.... Jakiś wilk biegł po polanie..... chyba polował .
No fajnie. Przyjaciel sam mnie znalazł ^^ Czym prędzej zeskoczyłem z tego drzewa i pobiegłem w jego stronę. Jakie moje zdziwienie było wielkie kiedy okazał się być waderą . Czemu ona poluję ? O.o ? w moich rodzinnych stronach to było po prostu niedopuszczalne! Nic dziwnego że już tam nie mieszkam. Wilczyca nawet mnie nie zauważyła , była zajęta gonitwą za jeleniem. Denerwujące...nie ładnie olewać innych :c Ponownie pobiegłem w jej stronę. Jelenia to chyba zdenerwowało , bo - o ile to możliwe - przyspieszył i wbiegł między drzewa. Wadera zatrzymała się zdenerwowana i spojrzała na mnie.
- Przez ciebie mi uciekł ! Ugh!
Uśmiechnąłem się , aby załagodzić sytuację.
- Spokojnie, na pewno jakiegoś zaraz upolujesz ^^ to w końcu nie jedyny jeleń w tym lesie co nie ?
- Phmf!...
- A tak wgl , jestem Ame ! Miło mi cie poznać przyjacielu.
< ktoś ? >

Nowy Basior!

Powitajmy Dowódce Medyków
Ame 

piątek, 19 czerwca 2015

OD Bluelly CD Mizu

(Dla ulepszenia klimatu:  https://youtu.be/LaJoDAXkSMw?t=3387   )

Stałam się niewidzialna. Teleportacja przestała działać, co było denerwujące. Blokada? Czyżby jakieś złe duchy? To na pewno, po co zadaję sobie takie głupie pytania. Dążyłam nie zauważalna między drzewami, co jakiś czas spoglądając na stojących w oddali Jermain'a i Reahel. Obok nich, jak rozszyfrowała to Mizu, stał Lisz. Nie wiem kim był, ale teraz nie było to dla mnie istotniejszą sprawą. Czemu to ja dostałam nie wykonalne zadanie? Wiedziałam iż dla mojej osoby może nie skończyć się to pozytywnie. Zatrzymałam się u podstawy góry. Miejscami miała spiczaste zakończenia. Rozglądałam się szukając jakieś bezpieczniejszej ścieżki na górę. I odnalazłam ją., kawałek dalej. Biegiem przemieszczałam się ku szczytowi, dalej pozostając niewidzialną postacią. Po pewnym czasie znalazłam się obok Mojego Brata. Dlaczego też atakował tych co dali mu dom? Moja obecność została prędko przez Rat'a (Jermaine) wykryta.

-Siooostrzyczko. -Przeciągnął znacznie samogłoskę. -Nie jesteś mi już potrzebna. Odejdź bo Cię zabiję.

Milcząc przesunęłam się bliżej ku Liszowi ,który bawił się medalionem Reahel. Ona zaś przyglądała się z uśmiechem zaistniałej sytuacji.

- Dlaczego to robicie? -Rzuciłam.

- Nuda nas do tego sprowokowała -Syknął Jermaine.

To zdanie oburzyło mnie. Wiedziałam ,że to w jego stylu, ale żeby mordować ztak błahego powodu...

Lisz, był nieumarłym, nie wilkiem jak to się wydawało wcześniej Mizu. Błyskotka, którą dawniej nosiła Rea, błyszczała w jego nieumarłej dłoni. Jak mogłabym zatrzymać przebieg zdarzeń? Nie chcę by ktoś zginął. Być może byłaby to kolejna śmierć Nie wiem czy to się już stało, i jak wielu poległo. Mimo iż byłam tak wysoko by zobaczyć wszystko z góry. Lisz zdawał się nie przejmować mną zupełnie. W jego drugiej dłoni umieszczony był dziwaczy miecz, za pewne ze zmarłego świata. Czarne chmury nadal wisiały nad krajobrazem zaśmiecając go.

- Cudna pogoda, nieprawdaż? -Rat zaciągnął mroźne powietrze w płuca. -Coż za rozkoszna przyjemność.

Dalej milczałam. Nie ma sensu toczyć tu jakiej kolwiek rozmowy.I tak by mnie nie posłuchał. Moim celem stało się odebranie wisiorka Liszowi.

-Rat, teraz nuda Ci już nie doskwiera? -Uśmiechnęłam się.

-Taak, teraz przynajmniej coś się dzieję. -Wyszczerzył kły. Na prawdę bawiły go obecne wydarzenia. Reahel stała jakby zaczarowana, w bezruchu z uśmieszkiem na pysku.

-Rea! -Krzyknęłam ,lecz mój krzyk zagłuszały odglosy rzucanych u spodu skały zaklęć. Wadera nie zareagowała. Co z nią do cholery...

-Bez kamyczka, znacznie się zmieniła. -Jermaine wyśmiał moje starania.- Teraz zachwyca się śmiercią, wojną, chaosem.

Nie wierzyłam mu. Nie znałam Reahel od złej strony. Zawsze wydawała Mi się wyjątkowo towarzyska i przyjazna, bez jakich kolwiek złych uczuć. Ale znałam Reahel z naszyjnikiem, jeśli miało to jakiś wpływ. Jej oczy przepełnione były teraz zachwytem. Podpełzłam do Lisza. Ten rzucał kamieniem międy swoimi dłonmi, jednocześnie rozkazując demonom, które uciekły z jego nieumarłego świata.

Gdy Rat i Rea podziwiali chaos, ja zsynchronizowałam się z rzutem i skoczyłam po mały czarny kamyczek. Niestety nie udało mi się go złapać w pysk. Powrotnie upadł na dłoń Lisza, który popatrzył teraz na mnie. Znienacka zza niego wyleciał demon, duch, który przypominał tygrysa. Przeszedł się groźnie, rucając wyzwanie. Jak niby miałabym go pokonać.

-Musssisz je przyjąć, albo zabijemy wszyystkichh! -Głos Lisza był gruby, tajemniczy, sykliwy. Odbijał się chwilę echem.

Skinęłam głowę w celu odpowiedzenia "tak". W tym momencie demon rzucił się na mnie. Powalił na ziemię i zaczął gryźć po lewej łapie. Złapałam zębami za jego ucho, mocno zacisnęłam szczęki i ów ucho zniknęło. Demon puścił Moją łapę i odsunął się z lekka. Tym razem zaatakował skacząc. Jednym susem znalazła się poza zasięgiem jego ataku.Tym razem spudłował. Po chwili poczułamm ,że ktoś mnie podnosi, był to Lisz. Złapał mnie za kark i uniósł nad skałą. Walczący sojrzeli z przerażeniem w górę. W jednej ręcę trzymał bezzceny kamyczek, w drugiej Mnie. Wtedy wpadłam na niegłupi plan.

Kopnęłam mocno wjego drugą rękę a kamień podskoczył w górę, tuż przed Mój pysk. Złapałam go i przegryzlam, nie jednokrotnie. Jego szczątki wyplułam w głębine, w przeróżnych stronach. Były to tak małe szczątki ,że wiatr je porozwiewał. Lisz rzucił mną o ziemie na skale. Odbiłam się i wylądowałam kawałek dalej. Nieumarły opadł na kolana i odwrócił się do mnie wstając.

-Na prawdę uwierzyłaś,że w tym kamyczku są tak potężne moce? Już dawo je wchłonąłem. -Zaczął się śmiać, na tyle głośno, że słyszeli go pod skałą. W jego oczach było widać ogień, a w ogniu palące się dusze wszystkich, którzy nic nie zawinili. Dłonie zaczęły rosnąć w siłę i zmieniały się w ręce samego demona z czeluści piekieł. Lisz'owi powoli zmieniał się w samego diabła. Miał może z 2 metry wysokości. Zaczął on wypowiadać się w dziwnym języku. Ziemia zaczęła się rozpadać pod nami. Odskoczyłam tak daleko jak mogłam. Patrzyłam się jak Lisz schodzi w podziemia. Ziemia szybko się zrosła i Lisz zniknął. Wiedziałam iż nie zostawi tej sytacji od tak. Jeszcze tu wróci, na pewno. Jermaine spojrzał na mnie ze złością.

-Coś ty najlepszego zrobiła?! -Warknął groźnie a łapą przycisnął mnie do ziemi, jednocześnie podduszając.

-T-to dla d-dobra reszt-y!

Rat przycisnął Mnie do ziemi na tyle mocno iż powoli zaczęłam tracić przytomność. Rzucił mną kawałek dalej, po czym podszedł wyszczerzając kły. Był w szale, furii. Nigdy nie znałam go od takiej strony.

-Rat, opanuj się!

-Zamknij się! -Wbił się zębami w mój brzuch. Wydałam z Siebie krótki pisk. Krew powoli ciekła z jego pyska, opadając na ziemie.

-Wiesz Braciszku, zawsze Cię kochałam. -Szepnęłam resztkami sił.

Ponownie ugryzł tym razem wyżej, zadając coraz więcej ran.

- I zawsze kochać będę.

Po tym zdaniu w mojej głowie pojawił się Hunter i Tsu. Poradzą Sobie beze mnie?  Miałam taką nadzieję, te ostatnią. Co nie zmarła wraz ze mną, a tkwiła na zawsze w tym świecie.



<Co tu już kończyć.. Jak ktoś chcę, może coś napisać.>






środa, 10 czerwca 2015

OD Aszer DO Jermaine'a

Życie..... Życie to życie. Tak samo można powiedzieć, że życie po życiu, to też życie, tylko, że po życiu.... Dobra, przyznaję, że te zdanie głupio zabrzmiało.... Podczas kiedy dumałam czy życie jest lepsze, czy lepiej umrzeć i życiem po życiu poczułam nagle koło mojego ucha ciche syczenie mojego przyjaciela, Alpolexa. Wyglądem przypomina Feniksa, czarnego jak smoła.... I dlatego nie jest z innymi, on jest Feniksem Mroku. Jest to bezlitosny gatunek, który kocha zabijać i przebywać z takimi istotami jak ja. Z zabójcami, z wariatami.....

- Powiesz mi, nad czym myślisz, czy wolisz to nie wyjawiać? - Wysyczał Czarnluch i wzbił się w powietrze przestając drażnić moje ucho.

- O życiu i o...... - Nie dokończyłam, bo nie chciało mi się o tym wspominać.

- .... Watasze? Naprawdę sądzisz, że przyjmą takich dziwolągów do stada? Nie pamiętasz już co zrobiłaś Tamtymi? - Odpowiedział za mnie i odleciał parę metrów ode mnie. To normalne u nas. Może jesteśmy ''kumplami'', ale każdy z nas żyje własnymi ścieżkami, nie wchodzimy sobie nawzajem w drogę i rozmawiamy tylko wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy.... Wataha.... Dom..... ? Od lat nie pamiętam, żeby jakiś kąt aż tak nazwać.... A teraz co? Wracam po takim czasie do nich i nawet wierzę, że może znowu mnie przyjmą.... Słyszałam, że wiele wilków odeszło od nich, zmieniło się tam wiele terenów, są nowe zasady.... Dla mnie to nowy rozdział w życiu zatytułowany: "Powrót do starych śmieci''...... Wyczułam nagle pod stopami miękki, ciepły piasek i moim oczom nagle ukazały się wydmy.... Weszłam na biały jak śnieg piasek, który w słońcu tańczył na wietrze drażniąc moje oczy. Dalej można było dostrzec wodę, mętną w ciemniejszym miejscach, która nawet w słońcu nie chciała pokazać co ukrywa.... Podeszłam do tafli wody i przyjrzałam się swojemu wyglądowi... Czarna wadera z namalowanym czerwonym sercem na czole i tego samego koloru oczy. Coś wielkiego? Wątpię.... Po chwili moje odbicie zaczęło się rozmazywać, a wokół mnie pojawiła się czarna mgła.... Nie taka zwykła mgła, lecz czarna jako noc, gęsta jak zupa i co tym samym idzie: ciemność. Zła, pusta i tajemnicza..... Przede mną nagle pojawiła się jedna ze sługusek Szatana....

http://pu.i.wp.pl/k,MzgyMTExMDgsMzkxNTgy,f,soulripperbyshadowkiroog2.jpg

- Pięknie Aszer, my Ci znowu dajemy żyć, a ty tak ot po prostu uciekasz? Nie wybaczalne, ale i.... - Nie dałam jej dokończyć, bo krzyknęłam:

- Dajcie mi święty spokój! Czy ja prosiłam o powrót na ziemię? - Zamyśliła się, a ja cierpliwie czekałam aż wreszcie coś łaskawie powie.

- Fakt, to ta starucha wszystko namąciła... Ale to ty musisz za nią cierpieć. - Odpowiedziała uśmiechając się przy tym sarkastycznie. - Chcę Ci tylko jeszcze powiedzieć, żebyś lepiej nie dołączała do żadnej grupy którą śmiecie nazywać ''watahami''.... - Po tych słowach znikła, a z nią chmura mgły.... Moje odbicie też wróciło do normy, myślałam, że to już koniec tego ''spotkania'' gdy nagle poczułam piekący ból na łapie, a wokół niej pojawiła się krew, moja krew. ''To na pamiątkę żebyś o nas nie zapomniała....'' Rzekła w mojej głowie i już na serio znikła zostawiając mnie.Westchnęłam ciężko i jak na zawołanie podleciał do mnie Alpolex.

- W miłe towarzystwo wpadłam, co nie? - Powiedziałam ni to do siebie, ni to do Czarnlucha. Wyszłam powoli z wody, przy okazji brudząc ją swoją krwią. Ciekawie jak to wyglądało..... Ale i tak pewnie przypływ to zmyje.... Wreszcie po dłuższej chwili wyszłam z wody i od razu przyjrzałam się wierzchowi moje prawej łapy. Pod krwią zobaczyłam nagle pewien ''obrazek''..... Wyglądało to... Jak złamane serce, którą krzyżowały dwa piszczele.... Litości, znowu serce? Jeden na czole, jeden na tyłku..... A teraz na łapie?! Czy ja mam na sobie wypisane: ''Kocham serca i inne gryzmoły, więc poproszę o takie na swoim futrze.''?! Mniejsza.... Dobrze, że przynajmniej mój nowy nabytek nie ma koloru czerwonego.... No, miejmy nadzieję, że nie zechce nagle stać się cały różowy, tego nie zniosę. Kuśtykając doszłam do końca wydm i nie zauważając obok mnie palmę wyrżnęłam się na nią pyskiem.... De ja vi. Czy jakoś tak.... W sumie nawet nie bolało, tylko jeden z kokosów spadł dając mi kolejny pretekst do bólu głowy..... To się nazywa mieć szczęście. Wreszcie jakimś cudem pozbierałam się i jak normalny wilk usiadłam przy rozłożystym pniu drzewa. Całe szczęście, że jest tutaj dość sporo cienia dla naszej dwójki. Nie to, że nie lubię światła, nie jestem przecież jakimś krwiopijcą, po prostu mam czarne futro i zamiast się opalić, spaliłabym sobie swoje futro, a przecież nie chcielibyście stać się żywą pochodnią. Czarnluch w tym czasie przysnął obok, a ja po 5 sekundach już się znudziłam bezczynnością i zaczęłam rysować po piasku moje ''znamię''. Pewnie tak by minął by dzień, bo nie byłam zbyt chętna szukać kogokolwiek z watahy, a nuż ktoś akurat tutaj będzie z nich przechodził? Nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Z daleka usłyszałam ciche stąpanie jakiejś istoty.... Jeśli to z watahy, to mam nadzieję, że nie wezmą mnie za szybko za wroga.... Nawet broni nie mam. No, chyba, że znowu przypadkowo wyrwę drzewo z korzeniami.... Moja wina, że nie panuję jeszcze nad telekinezą? Od nie dawna mam tą moc....


<Jermaine? Taa... Nie popisałam się. >.< I wybacz, że nie opisałam Cię, po prostu nie wiedziałam jak Cię tutaj opisać. :< Więc masz pole do popisu... :v I jak nie będziesz chciał odpisywać, to zrozumiem to, moje opa nie świecą przykładem.>

wtorek, 9 czerwca 2015

OD Mizu CD Jermaine'a

Pomimo, iż rzucałam zaklęcia ochronne moje starania szły na marne. Siły wroga były niespodziewanie silne i stawały się coraz silniejsze jak by coś dodawało im siły. Po pewnym czasie przybiegli do mnie Espeon & Umbreon powiedzieć, że niedługo wszyscy przybędą i staną do walki. Ja powoli się zaczęłam wycofywać, aby zmniejszyć obszar na którym bym założyła zaklęcie. Bynajmniej miałam taką nadzieję, że się uda chociaż by do tego momentu, aż nie przybędą inni. Schowałam się za pobliskim skałami, aby rzucić zaklęcie ochronne. Bynajmniej to mi się udało, ale wiedziałam, że długo nie wytrzyma. Wychyliłam się za skał i zaczęłam wypatrywać kto jest naszym wrogiem. Wtedy zobaczyłam na pobliskim wzgórzu stojącego Jermaine'a i Reahel, a o bok nich ktoś kogo jakbym znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć kto. Czekając na resztę która powinna być lada chwila, zaczęłam rozmyślać dlaczego akurat oni są przeciwko nam? I kto stoi obok nich? W mojej głowie zaczęły krążyć pytania, Czyżby to ze względu na mnie to zrobili? Czy popełniłam gdzieś błąd? Kim jest ten wilk u ich boku? Czy sami o ty zdecydowali?... zadając sobie te pytania i jeszcze więcej pozostałe wilki przybyły.
-Już jesteśmy przepraszamy, że co dopiero teraz ale nie mogliśmy szybciej. Ale już jesteśmy więc powiedz co mamy zrobić?- powiedział trochę zdyszany Matt.  Reszta była trochę zaniepokojona ale zwarta do walki.
- Naszymi przeciwnikami w tej wojnie jest Reahel wraz z Jermainem i Ktoś kogo nie mogę sobie przypomnieć. Co zbytnio mnie nie zadowalało, ale ten Ktoś jest bardzo potężny, a przy boku Jermaine'a i Rehel mogą się wydawać, że są nie pokonani. Jak na razie musimy się skupić na schronieniu szczeniąt aby były bezpieczne więc Phoenix ty wraz z Danerys to zrobicie, a ja wraz z resztą się skupiły na walce. Danerys, Phoenix możecie już iść aby nie tracić czasu. A reszta do póki moje zaklęcie się utrzyma niech się przygotuje. Pamiętajcie, aby nie dać się zawładnąć banshee i uważajcie na siebie. Nasi towarzysze nam będą również pomagać. Tak więc dajcie z was wszystko kochani. - wypowiadając te słowa moje zaklęcie ochronne przestało działać, a inni rzucili się do walki.
Każdy sobie radził dobierając się w pary współpracując ze sobą, a ja wciąż zastanawiałam się kim jest ten wilk który doskonale panuje nad mrozem i nad magią śmierci. Walcząc przyglądałam się ukradkiem również jemu. Umiejętności  związane z mrozem, a zarazem władca magi śmierci. Plaga umarlaków, gargulce, lodowe żmije... A w dodatku roślinność straciła swoją barwę i niebo pokryte ciężkimi ciemnymi kłębami chmur z których zaczął padać śnieg. Wszystko było bez życia jak by ktoś je wyssał. Ponury bez barw dzień a w dodatku mroźny. Robiło się coraz chłodniej a inni powoli byli już wyczerpani ze samej walki jak również od chłodu, ale się nie podawali. Wtedy sobie przypomniałam o władcy który został uwięziony w Tronie Mrozu. A był to Lisz. Niespodziewanie Bluelly stanęła koło mojego boku. Razem walczyłyśmy, ale wtedy zadała mi pytanie, a raczej pytania.
- Dlaczego braciszek wraz z Reahel walczy przeciwko nas? Dlaczego? Dlaczego? Wytłumacz mi to Mizu.- Bluelly była bardzo zawiedziona wyglądała jak by chciała się za razem rozpłakać, ale przy okazji przywalić swojemu bratu jak i Reahel. Zadając mi te pytania ponownie spojrzałam się w ich stronę. Reahel się uśmiechała, ale jej wyraz oczu mówił zupełnie coś innego. Pomimo iż byli w oddali mogłam zobaczy jej czerwone niczym szafir oczy które były jedyne w swoim rodzaju. Jermaine wraz z Liszem uśmiechali się podstępnie. Co zbytnio mnie to nie zadowalało. Miałam chęć mu przywalić ale tylko jemu. Biedna Reahel pomyślałam sobie. Bardziej się martwiłam o Reahel niż o Jermaine'a czy też innych. Wtem zobaczyłam jak Lisz trzyma naszyjnik Reahel.
- Hej Bluelly chcesz mi pomóc.- zapytałam się lekko uśmiechając.
- No jasne, a w czym mam Tobie pomóc?
- Musimy odebrać naszyjnik Reahel, tam temu co stoi koło Twojego brata. Ty zajmiesz czymś swojego brata przemów mu do rozsądku. Jeżeli zajdzie  taka potrzeba masz pozwolenie, aby przywalić swojemu braciszkowi, ale tak bardzo mocno. Tak żeby nigdy tego nie zapomniał. O ile zajdzie taka potrzeba oczywiście.
- Co! Dlaczego akurat ja? A po za tym jak mamy to zrobić skoro ich armia się powiększa? - zapytała się Bluelly ze zdziwioną minął i niedowierzaniem.
- To akurat będzie trudniejsze, żeby się tam dostać ale damy radę. A dlaczego Ty to akurat proste bo wiem, że uda się Tobie przemówić jemu do rozsądku. - odpowiedziałam uśmiechając się. Nie wiem dlaczego się uśmiechnęłam, ale myślałam że doda jej to trochę otuchy, tak samo jak i mnie.

<Do dokończenia zostawiam Bluelly. Jeżeli nie chcesz dopisywać to zostawiam do dokończenia komuś innemu. Jermaine przepraszam, że tak późno i mam nadzieję że się chociaż trochę spodoba. :)>

niedziela, 7 czerwca 2015

OD Marry DO Jermaine'a

Szłam leniwie przez watahę w poszukiwaniu jakiejś jaskini, w której mogłabym się przespać. Akurat przechodziłam przez las. Nie wyglądał, jak inne lasy. Drzewa były czarne jak węgiel i nie miały liści, ale mimo to, światło słoneczne tam nie docierało. Nie ma tu zwierząt, a raczej ich dusze błąkające się bez celu. Powiem tak: jest to idealne miejsce dla mnie! Przeszłam w ciszy jeszcze kawałek, a potem uznałam, że narazie nie muszę szukać jaskini. I tak nikogo tu nie będzie. Większość wilków bałaby się takiego miejsca, a przynajmniej, nie odważyła by się tam wejść przez legendy jakie krążyły po watasze. Zobaczyłam coś w stylu altany, ale była stworzona z tych drzew bez liści i nie miała żadnych ohydnych kokard, ani ozdób. Weszłam na jej środek. Uniosłam wzrok do góry i ujrzałam księżyc, a wokół niego halo. W innym miejscu bym tego nie zobaczyła, bo tylko tu, było przejście dla zimnych promieni księżyca. Ułożyłam się na ziemi i próbowałam zasnąć. Nie byłam zmęczona, lecz szybko zasnęłam. Na ogół nie miewam snów, ale od czasu do czasu mam jeden, konkretny sen. Nie jest on straszny, ani przyjemny. Powiedziałabym, że neutralny. W tym śnie chodzę sama wśród dusz wilków. Nie wyglądają jak duchy. Do póki któryś z nich nie wyleci ci przed twarz, to wyglądają jak cień, lub ciemna masa, przez którą można przejść. Czasami mogę z nimi rozmawiać. Wygląda to tak, że jeden z nich wypływa z tej czarnej brei i podlatuje do mnie. Właśnie tej nocy mi się to śniło. Szczerze mówiąc, wolałabym nie mieć snów.

Kiedy obudziłam się rano, złote promienie słońca ogrzewały moją sierść. Ziewnęłam, przeciągnęłam się, a potem powoli wstałam. Zaburczało mi w brzuchu. A więc, trzeba coś upolować... Wolnym truchtem ruszyłam przez las. Przez chwilę szłam zwykłym zielonym lasem. Potem zerknęłam na polanę. Zobaczyłam tam wielkie stado jeleni. Za cel obrałam sobie jelenia, który miał wyjątkowo duże rogi. Zaczęłam się do niego skradać, gdy usłyszałam bicie serca jakiegoś wilka. Biło ono regularnie i spokojnie. Zaczęłam się rozglądać, by ujrzeć tego wilka. Na niebie zobaczyłam jakiegoś basiora. Patrzył się on na ów stado. Nagle zobaczyłam ogień. Jelenie zaczęły uciekać, lecz ogień odgrodził je od możliwych dróg ucieczki. Pierścień ognia stawał się coraz mniejszy. Usłyszałam ryki jeleni i trzask ognia. Po chwili już nie było żadnego jelenia. Były tam tylko kości i spalona trawa. Podeszłam po cichu do basiora.
- No, no... Dopiero co dołączyłam, a już widzę piękne krajobrazy tej watahy. - uśmiechnęłam się lekko zauważalnie.


<Jermaine? To może być słabe, ale przy drugim opowiadaniu powinno być dużo lepiej>

czwartek, 4 czerwca 2015

OD Matt'a CD Essix

Gryf zaprowadził mnie w niesamowite miejsce. Była to łąka z tak pięknymi kwiatami i najróżniejszymi roślinami. Większość z nich nie dało się znaleźć nigdzie indziej, a w oddali widać było ogromne, magiczne drzewo. Było przy nim mnówstwo różnych gatunków zwierząt z całego świata. Byliśmy na pagórku. Przed namk było strome zbocze, a za nami łagodne. Wiedziałem, że Essix niedługo tu przyjdzie więc zaczekałem chwilę.
- Jak tu pięknie! - zawołała zachwycona i podeszła do mnie. Zaczęliśmy razem podziwiać i zachwycać się tym miejscem. Zaczęliśmy się wygłupiać i rzartować. Szłem tyłem, a wadera przedem do mnie. Zaczęło się ściemniać. Nagle potknąłem się o kamień i zachaczyłem o Essix. Zaczęliśmy staczać się po stromym zboczu. Essix leżała, a ja spadłem na nią. Podniosłem się. Zaczął się zachód słońca. Spojrzałem na słońce, a potem na waderę. Chciała coś powiedzieć, ale zamilkła. Zaczęliśmy się sobie przyglądać z uśmiechem. Nie wiedziałem co robić. Czułem się jakby ktoś rzucił na mnie czar. Z resztą z Essix chyba nie było inaczej.

<Essix?> sorki, że tak późno :c

Od Jermaine’a CD Reahel / Symfonia ognia i mrozu, cz.1

Bluelly spisała się na medal, bynajmniej była o tym przekonana. Dostarczyła mi wielu istotnych informacji dotyczących słabych punktów naszej watahy. Nie ma to jak siostrzyczka, która jest ci posłuszna. Tak bardzo pragnęła zaimponować swojemu starszemu bratu.  Nie wypytywała o nic, po prostu robiła swoje. Cieszyło mnie to. Im mniej wie, tym krócej zeznaje. Pozbyłem się niepotrzebnej wilczycy bardzo szybko, zmuszając ją do ratowania życia swojemu rudemu przyjacielowi. Całkiem przypadkiem znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Spokojnym i leniwym krokiem zacząłem podążać przed siebie z zamiarem opuszczenia terenów watahy. Mej przechadzce towarzyszyła otaczająca mnie aura, która ochraniała to miejsce. Zapewniała spokój i harmonię. Nuda.  Zdawałem sobie sprawę, że nie będzie łatwo tego przełamać, ale ja nie dałbym rady? Potrzebowałem tylko malutkiej pomocy ze strony mojej ulubionej koleżanki, Bazyliszka. Im coraz dalej zapuszczałem się w kierunku wyznaczonego celu, tym coraz bardziej brakowało mi jej obecności. Miałem ochotę ponownie poczuć jej miękką sierść, pocałować ją namiętnie, nie oczekując tego samego w zamian. Wiedziałem jednak, że zaspokoję swoją żądzę. Czułem, że moja osoba intryguję Reahel. 

Od zawsze miałem niedosyt związany z posiadaną przeze mnie magią. Chaos i ogień… Innych pewnie by to zadowoliło, ja natomiast chciałem więcej i więcej. Podczas wielu dni i nocy spędzonych na poszukiwaniu sposobu, aby móc to zrealizować, spotkałem jego. Lisza, który chciał tego samego co ja. Dysponował umiejętnościami ściśle związanymi z mrozem. Poza tym władał magią śmierci. Niestety, upadł. A razem z nim cała jego Plaga. Król został pokonany przez bandę frajerów. Popełnił jeden karygodny błąd, który miał takie skutki, a nie inne. Uwięziono go w Tronie Mrozu, znajdującym się w jaskini usadowionej na szczycie góry Winterspring. Widoczki w sam raz na grupową wycieczkę. 

Wszedłem do jej wnętrza. Jego głowa była skierowana non stop w tym samym kierunku. Nie odzywał się, nie mógł. Więź, która nas łączyła pozwalała na to, żebyśmy porozumiewali się za pomocą myśli. 

- Wiem wszystko. Potrzebujemy jeszcze tylko zaklętego naszyjnika wilczycy Reahel.  Jego moc zwróci ci wolność i dawną chwałę. A ja… Nareszcie dostanę to, czego chciałem. Najpóźniej pojutrze opuścisz Tron Mrozu. – wymieniliśmy się myślami. Lisz był zachwycony progresem, który nastąpił. Mimo, że nie tańczył z radości. A szkoda, fajnie byłoby zobaczyć taniec śmierci.

Wróciwszy w rodzinne strony,  rozpocząłem poszukiwania niczego nieświadomej wilczycy. Ciekawe, czy pomyślałaby kiedykolwiek, że weźmie udział w wojnie, która miała nadejść lada moment. Zaskoczyło mnie miejsce jej pobytu. Szwendała się w okolicach mojej jaskini. Po co? Czyżby tęskniła? A może przyszła po więcej?  Zajrzała ostrożnie do środka, ale nie dostrzegła nikogo, niczego poza kokonami. Wycofała się, siadając na brzegu rzeki. Podszedłem do niej, a następnie złożyłem pocałunek na karku wilczycy. Nie zareagowała. Wiedziała z kim ma do czynienia. 

- Witaj, Jermaine. – pozostawała w bezruchu. Na podstawie głosu nie potrafiłem wywnioskować w jakim znajduje się obecnie nastroju. Objąłem samicę, nie przerywając pocałunków. Nareszcie mogłem poczuć delikatność jej sierści. Chwyciłem zębami naszyjnik, ale nie zamierzałem go od razu zabierać. Odwróciła łeb, takiej reakcji oczekiwałem. Pysk wadery nie wyrażał żadnych emocji. Spojrzała na mnie, przeszywając wzrokiem. Chyba była za coś zła.
- W końcu mogę spędzić z tobą trochę czasu. Uzależniasz tak bardzo, że nie mogłem się skupić na knuciu kolejnej intrygi. Dawno się nie widzieliśmy, co?
- Intrygi? – no tak, jakby mogła nie zapytać.
- Tak, realizuję coś wielkiego. Coś, co zmieni losy tutejszych istnień.
- To nie brzmi zbyt dobrze. – przymrużyła oczy.
- Nie ufasz swojemu przyjacielowi? – przerwałem pieszczoty, siadając obok niej. Zaśmiała się pod nosem. Poczułem niezbyt uciążliwy ból głowy. Tak, próbowała wniknąć w moje myśli, ale traciła tylko czas. Mogła go wykorzystać w inny sposób. Uśmiechnąłem się do niej znacząco. Zniechęcona przeniosła wzrok na swoje odbicie, które widniało na tafli wody.
- Rea, zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co byłoby, gdybyś przestała udawać kogoś kim nie jesteś i zmierzyła ze swoim przeznaczeniem? 
- Wiele razy. Wiem, że byłabym potworem. Potworem, który nie liczyłby się z uczuciami innych, mordował bez wyrzutów sumienia.
- Czyli uważasz, iż bycie dobrym odgrywa istotniejszą rolę na tym świecie?
- Taa-k.. Chyba.  Jermaine, co to za pytania?
- Według mnie dobro nie ma żadnej wartości. Przedstaw mi jakąkolwiek korzyść, którą z tego masz.
- Właściwie to… Słuchaj, wolę nie być postrzegana jako brutalna suka.
- Ach, czyli opinia innych. Rea, oni wszyscy nie są nic warci. Ich zdanie gówno znaczy, bądź sobą.
- Nic nie rozumiesz. – mruknęła, próbując wstać i opuścić miejsce naszej uroczej konwersacji. Zatrzymałem ją. Nie powinienem pozwolić jej odejść.
- Ejże, nie posiedzisz jeszcze ze mną? Tak dobrze nam się rozmawia, jak nigdy. – wyszczerzyłem kły w szerokim uśmiechu.
- No już, nie ciesz się tak. – usiadła z powrotem. Przyszła pora na wykonanie zadania. Przytuliłem ją delikatnie. Wadera wtuliła się w moją sierść, zamykając czerwone oczy. Po chwili uniosłem pysk swojej towarzyszki. Spojrzała na mnie, pozostając cały czas w moich objęciach. Z łatwością można było dostrzec w tym spojrzeniu, że mi ufała. Czuła się bezpiecznie. Pocałowałem ją. Krótko, ale namiętnie. Odwzajemniła, przedłużając pocałunek, ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu. Nie przerywając trwającej namiętności między nami, postanowiłem podsycić ją jeszcze bardziej. Ułożyłem waderę wygodnie na miękkiej, wilgotnej trawie. Objęła mą szyję, kiedy ja zacząłem wodzić łapami po jej ciele. Spojrzałem na nią, nie mogłem się powstrzymać. Pozostawała rozkojarzona, i bardzo dobrze. Musnąłem językiem jej szyję, przesuwając się coraz niżej. Całkowicie uległa moim pieszczotom. Obdarowałem masą rozkosznych buziaków brzuch Reahel, celowo omijając podbrzusze. Powoli i złośliwie gładziłem wewnętrzną stronę jej tylnych łap. Wymruczała cicho:

- Nie baw się ze mną… - pozostawałem bierny w odpowiedzi. Jedynie uśmiechnąłem się do niej, pozwalając wilczycy przejąć inicjatywę. Położyłem się na grzbiecie. Wadera usiadła na moim brzuchu, całując moją osobę z ogromnym zaangażowaniem. Zrobiła się dziwnie odważna i pewna siebie. Czułem, że ogarnia mnie fala podniecenia. Kiedy tylko przesunęła się na mego penisa, wykorzystałem moment. Wadera westchnęła głęboko po pierwszym kontakcie z nim. Odleciała. Chwyciłem za jej wisior, zdejmując go z niej. Za pomocą magii chaosu został on przeniesiony na górę Winterspring. Nie zdążyła się zorientować. Osiągnęła orgazm błyskawicznie, potrzebowała tego. Mi troszkę zabrakło czasu, ale tym razem chodziło o to, żeby skupić się na jej przyjemności. Przytuliła się do mnie, zrelaksowana. Cmoknąłem ją w łeb, muskając grzbiet samicy. Usnęła, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko robić za jej materac. Toż to zaszczyt. 

Nastał poranek. Nie zmrużyłem oka. Myślałem o liszu. Rea zaczęła się powoli wybudzać. Nasze spojrzenia się spotkały. Nie wyglądała inaczej, nie dostrzegłem w jej zachowaniu nic niepokojącego, a przecież straciła najprawdopodobniej na zawsze swój medalion, który ją chronił przed samą sobą. 

- Dzień Dobry. – rzekłem na przywitanie, całując wilczycę w policzek. Przeciągnęła się.
- Tylko nie pomyśl sobie o mnie źle, proszę. Nie wiem dlaczego tak się stało. – mruknęła.
- Byłaś całkiem niezła. Wstawaj, idziemy na poranny spacerek.
- Skąd w tobie tyle entuzjazmu? Podobno jesteś leniwy. Okej, prowadzisz. – dokładnie wiedziałem gdzie ją zabrać. Zatrzymaliśmy się na wysokim wzgórzu. Było z niego widać nasze główne tereny. Rozejrzałem się dookoła. Drzewa zaczęły tracić barwę, niebo pokryło się ciemnymi,  śnieżnymi chmurami. Zawiał mroźny wiatr. Naszym oczom ukazała się plaga umarlaków, kierująca się w stronę członków watahy, z nekromantami na czele. W jej skład wchodziły również banshee, które potrafiły zawładnąć ciałem innych. Ponad naszymi głowami wznosiły się gargulce, lodowe żmije. Znikąd pojawił się obok nas lisz. Parsknąłem śmiechem, przyglądając się żałosnym próbom rzucania zaklęć obronnych przez Mizu.
- Gdyby nie ty Rea, nie mielibyśmy przyjemności oglądania tego ważnego wydarzenia. – wyszeptałem jej do ucha. Na pysku samicy pojawił się uśmiech.

< Wraz z tym opowiadaniem rozpoczyna się wojna ze mną, zdrajcą, jak i z władcą mrozu, świata umarłych. Każdy, kto czuję się na siłach niech pisze ciąg dalszy. Powodzenia. >

poniedziałek, 1 czerwca 2015

OD Nathan'a CD Essix

Szliśmy długo.Kiedy byliśmy blisko kazałem Essix zamknąć oczy.
Przeszliśmy jeszcze kawałek.
-Możesz otworzyć oczy...-powiedziałem
Waderze ukazała się tęcza na krajobrazie wodospadu:
http://www30.patrz.pl/u/f/44/68/42/446842.jpg
-Jak tu pięknie!-krzyknęła
-Tak,to tutaj się urodziłem-odpowiedziałem
-Tutaj?
-Yhm...Pamiętam ten dzień.Wokół było pięknie.Drzewa obrzucone różowymi kwiatami,a krzewy jagodami i malinami.Była wiosna.Wokół mnie i mojej matki była wataha i dumny ojciec.-powiedziałem
-I co dalej?-zapytała
-Dalej?Naprawdę chcesz tego słuchać?
-No tak
-OK.Kiedy miałem około 5 miesięcy moja matka zmarła.Mną i moim młodszym bratem Evanem zajął się ojciec.Od śmierci matki bardzo się zmienił.Z miłego i dobrodusznego basiora zrobił się oschły i surowy morderca.Pewnej nocy szpiedzy wrogiej watahy zabili także mojego ojca i alfę rodzinnej watahy.Wraz z moim rodzeństwem uciekłem do Watahy Srebrzystego Nowiu Księżyca.Tam zatrzymał się mój brat i moja siostra.Zostałem sam,bo tutejsza alfa nie chciała mnie przyjąć.Tak oto trafiłem tu i poznałem ciebie-uśmiechnąłem się do niej.

<Essix?>