niedziela, 28 stycznia 2018

Od Kordiana Cd. Rusłany

Otuliła mnie ciemność. Energia uciekała ze mego ciała jak z otwartej rany krew i czułem jej łagodne ciepło. W oczy uderzał zbyt jasny blask, który wnet zmienił się w ten mrok pozbawiający sił i świadomości. Jak przez mgłę dobiegł mnie krzyk Rusłany. Chciałem się wyrwać, za wszelką cenę skoczyć jej na pomoc, zachować resztki woli, ale moje ciało nie chciało już słuchać, wiec tylko słabe skomlenie wyrwało się z mojej krtani nim skrępowało mnie zupełne odrętwienie, jakby paraliż duszy. W pół skoku, w pół słowa dopadł mnie zmierzch bez snów. Ufałem Jauoenowi, ale nie byłem pewien czy równie ważne będą dla niego moje priorytety. Cóż znaczy jedna wadera wobec świata? A przecież dla mnie była wszystkim.

***

Ocknąłem się w jakiejś jaskini o niskim lodowym sklepieniu. Znaczyły ja drobne jaśniejsze żyłki. Przebiegł mnie dreszcz. Sądziłem, że wciąż jestem uwięziony przez Nazgrela.

- Nie możesz mnie tu więzić przez wieczność! Nic ci nie powiem! – wrzeszczałem jak w malignie. Próbowałem się poruszyć, ale członki nie słuchały rozkazów umysłu i pozostawały sztywne i zimne jak otaczająca je zmarzlina. – Co mi zrobiłeś!

Byłem bezbronny, sparaliżowany i nie pamiętałem właściwie jak się tu znalazłem. Z boku musiałem wyglądać jak wariat, ale to jakoś nie dochodziło do mnie wtedy. Do jako takiego porządku doprowadził mnie dopiero uspokajający głos Jauoena.

- Kordianie – przemówił tym swoim wielogłosem przypominającym szum potoku - pokonaliśmy go.

Spróbowałem obrócić głowę i natychmiast poczułem potworny ból jakby moja czaszka rozpadała się na drobne kłujące okruchy.

- Nie ruszaj się – uprzedził już po czasie.

- Ymm – skrzywiłem się jakbym właśnie ugryzł cos niezjadliwego – zauważyłem.

- Wybacz te środki ostrożności… straciłeś wiele energii i nawet nieco krwi. Wolałem, żebyś jakiś czas poleżała zanim wrócisz do normalnej aktywności. Wiem jednak, że zawsze byłeś narwaniec i dlatego postanowiłem przymusowo cię unieruchomić.

Kusiło mnie, aby zapytać, co właściwie mi podał, ale były przecież dużo ważniejsze pytania, na które odpowiedź mogła zaważyć nad całym moim życiem. 

- A Rusłana? Czy ona… - głos uwiązł mi w gardle, a do oczy napłynęły łzy. Ostatnie, co pamiętam, to jej krzyk jakby ruszała do ataku, a przecież kazałem im uciekać i …

- Spokojnie żyje.

Uśmiechnąłem się z ulgą i swobodnie opadłem na posłanie oddychając ciężko.

- A jak się czuje? – zapytałem już nieco łagodniej.

- Sam ją zapytaj – odparł duch i wówczas usłyszałem jej delikatne kroki na chłodnej posadzce. Po chwili zaś ujrzałem ponad sobą jej piękną twarz. Długie włosy łaskotały mój bok.

- Rusłano – szepnąłem, gdy była już dość blisko – tak się bałem, że cię stracę

<Rusłana?>

środa, 3 stycznia 2018

Od Kohu Cd. Isil

W chwili gdy biały, puszysty ogon Isil, zniknął za załomem skalnym, powoli wstałam i zaczęłam powoli dreptać w kółko. To był jeden z moich silnych nawyków. Gdy intęsywnie myślałam, chodziłam. Zataczałam powolne kręgi wokół ognia, a gdy wszystko sobie jako tako ułożyłam, usiadłam blisko ognia, tuląc do siebie szczeniaki i zaczęłam nucić starą kołysankę.

Piękny kwiatku, Wilcze dziecię
Śnij, gdy pokój jest na świecie
Lecz czas każdy żywot zmąca
Co trwa jeszcze, czeka końca
Piękny kwiatku, dziecię Wilka!

Właśnie tyle, słówek kilka
Zalęknione serca małe
Niech rozgrzeją je te stare.
Piękny kwiatku, Wilcze dziecię
Nie zapomnij o swym świecie
Bo choć bardzo gdzieś daleko
Leży zapomniane, Hanja-leno*

Gdy wybrzmiały ostatnie tony, wszystkie szczeniaki spały z noskami wtulonymi w ogony. Ukołysana szeptem liści, trzaskaniem ognia i równomiernym bębnieniem deszczu, usnęłam na dobre.

***

Obudziło mnie lekuchne stąpanie wilczych łap na trawie i cichy zgrzyt pazórów o kamienie. Czujnie podniosłam głowę, ale upewniwszy się, że to jedynie Isil wróciła, ułożyłam się w poprzedniej pozycji.

- Jak tam nasza mała chora? - spytałam szeptem, nie chcąc budzić szczeniąt wtulonych w mój ciepły brzuch.
- Jak narazie dobrze. Sytuacja opanowana. - odparła biała wadera dorzucając parę gałęzi do ognia. Iskry zatańczyły i uniosły się aż pod sam sufit jaskini.

W tym samym momencie do jaskini cicho weszły dwa wilki i zostawiły nam więcej drwa na opał. Isil podziękowała im skinieniem głowy, a Hael i Light (o ile się nie mylę) wycofali się na zewnątrz.
Zamierzałam przespać tę noc z maluchami. Zapowiadało się ciekawie.

* Hanja-leno - w języku ojczystym Kohu, znaczy to tyle co Stare Miasto. Uważany, przez tamtejsze wilki za kolebkę ich kultury.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Od Haela Cd. Light

- Nie zamierzam robić z siebie idioty, tylko i wyłącznie dlatego, że jakaś praktycznie obca mi wadera próbuje zagiąć mnie wątpliwej jakości ironią


Mówiąc to spojrzałem na nią jak na małego nie posłusznego szczeniaka. Następnie schyliłem łeb i podniosłem parę suchych gałązek. Wrzuciłem je na kupkę, którą uzbierała wadera i właśnie obracałem się by poszukać więcej drewna na opał gdy Light spytała mnie tym swoim wnerwiającym, przepełnionym cukierkowym szczęściem głosem:


- Jednak nie jesteś taki niemiły? Jeszcze będą z ciebie wilki
- Tsa… Może taki nie…. Jednak na pewno gorszy niż myślisz
- Czemu tak mówisz? Nie uważam, żebyś był zły
- Nie jestem zły. Jestem tragiczny. Czasem dobrze, że niektórzy czegoś nie dostrzegają. To przynajmniej znaczy, że jestem dobrym aktorem. Życz mi powodzenia na deskach scenowych.


Wadera naprawdę już mnie irytowała. Dorzuciłem parę ostatnich gałęzi, a następnie obróciłem się do wadery tyłem z zamiarem odejścia.


- Ty zawsze musisz tak odchodzić?
- To znaczy jak?
- No nie wiem… Tak jakoś tyłem? - odparła Light
- Nie… Mogę jeszcze odchodzić przodem, jak wolisz patrzeć w moje ślepia - rzuciłem jej jedno spojrzenie moich intensywnie żółtych oczu, by mieć pewność, że na razie się ode mnie odczepi.


***


Śniła mi się znowu ona. Jej poszarpane ciało, zastygłe w przerażeniu oczy i ufny wyraz pyska. Leżała już martwa. Za nią skuliły się dwa puszyste kłębki. Również zabite. A ja znów stałem w tym samym miejscu, z tym samym przerażeniem i z tą samą krwią, lepiącą moją sierść.


Zbudziłem się z krzykiem, od razu podrywając się na równe łapy. Nie mogąc dalej spać wyszedłem przed jaskinię i wdrapałem się na pobliski pagórek. Usiadłem na jego szczycie patrząc na gwiazdy oraz księżyc w nowiu. Widok przesłaniały mi łzy, próbujące uciec spod moich powiek. Rozpocząłem swoją wilczą pieśń, wzywając wszystkie duchy, które mogłyby ukoić moje zbolałe serce.

< Light? >

Od Isil Cd. Kohu

- Jest gorzej niż myślałam - powiedziałam, przypatrując się śpiącym, puchatym kuleczkom.
Wyglądały tak słodko... Były sierotami, w ich życiu wydarzyło się już dużo złego... A teraz jeszcze zaraza i głód... Szczeniaki były młode, nie miały zbudowanej odporności i dużo z nich padło ofiarą choroby. Dobrze, że Kohu zdecydowała się oddać im króliki.
- Tak... Jest dużo gorzej. Trzeba z tym coś zrobić - odparła biała wadera zapatrując się w tańczące płomyki ognia.
Przez chwilę się zastanawiałam.
- Mamy w watasze opiekunkę szczeniąt, prawda? - spytałam, a Kohu przytaknęła. Próbowałam przypomnieć sobie imię wadery. Coś z Rusałką... - To Rusnała?
- Rusłana - poprawiła mnie, po czym westchnęła. - Jest jedna, nic dziwnego, że nie daje sobie rady. A do tego dawno jej nie widziałam, nie wiem czy coś się jej nie stało...
Wadera zamyśliła się, a ja obserwowałam śpiące szczeniaki. Dostrzegłam, że jedna z waderek, ta jasnoszara z ciemniejszymi plamkami i dziwnym naszyjnikiem, leżała z boku, więc cicho wstałam, by ją przesunąć bliżej ognia. Kohu spojrzała na mnie pytająco, ale wskazałam jej głową szczenię na boku i jedynie się delikatnie uśmiechnęła.
Kiedy podeszłam do wilczka, zorientowałam się, że coś jest nie tak. I bynajmniej nie chodziło mi o to, że waderka miała więcej ogonów niż wilk powinien mieć. Waderka miała gorączkę i wysypkę. Dla pewności kazałam jej otworzyć pyszczek. Widząc malinowy język, moje wprawne oko medyka od razu postawiło diagnozę: zaawansowana płonica. Powiadomiłam Kohu, że mała jest chora i muszę wziąć ją do jaskini, gdzie mam wszystkie leki i odpowiednie warunki.
- Ta choroba jest bardzo zakaźna - tłumaczyłam na wpół Kohu, na wpół małym wilczkom, a może nawet sobie, badając wszystkie szczeniaki po kolei.
Żaden inny maluch nie wydawał się chory, co wydawało mi się dziwne. Ale może jeśli waderka cały czas trzymała się tak na uboczu, jak teraz, ominęła je choroba. Na wszelki wypadek podam im lek, tak zapobiegawczo.
- Jak się nazywasz? - spytałam szarą waderkę, gdy skończyłam badać resztę.
- Lakote, proszę pani - powiedziała cichutko, wpatrując się we mnie z cieniem przerażenia.
- Wezmę cię do jaskini, Lakote, żeby Cię wyleczyć, dobrze? - spytałam, a ona tylko potaknęła.
Zabrałam ją do swojej jaskini i położyłam na skórach, przeznaczonych dla pacjentów. Podałam jej lekarstwo i ziołową miksturę nasenną. Kiedy Lakote zasnęła, a ja upewniłam się, że gorączka trochę opadła, wzięłam resztę leku i ruszyłam szybko z powrotem do ośrodka adopcyjnego.

<Kohu? Trochę dziwnie wyszło, wiem...>

niedziela, 31 grudnia 2017

Powrót!

"Gry - najlepsza droga do poznania innych."

Od Light Cd. Haela

Biegałam po lesie w poszukiwaniu suchych gałęzi i patyków na ognisko. Pogoda była świetna, powietrze rześkie, a słońce miło grzało. Ciagnęłam za sobą dużą połać purpurowego materiału, na który miałam zbierać chrust, bowiem robiliśmy w ośrodku ognisko dla sierot i członków watahy. Szło mi całkiem nieźle dopóki nie zabrałam się za pewien zakazany kijek, dzięki któremu znalazłam się 2 metry nad ziemią w szczelnie zamkniętym hamaku. Na początku trochę spanikowałam, ale zaraz się ogarnęłam. Próbowałam przegryźć liny, ale szło mi to beznadziejnie. Nie podawałam się jednak. Wtem usłyszałam czyjeś kroki. Przestałam gryźć i cicho siedziałam w swojej klatce. Mogłam wołać o pomoc, ale co jeśli to wróg? A tak to przynajmniej się pohuśtam. Zza drzew wyłonił się czarny basior, który natychmiast zabrał się za przegryzanie liny.

- Nigdy się nie poddawaj. Nigdy zbytnio nie ufaj. Nigdy nie pokazuj, że można cię pokonać. Na świecie jest wiele osób które z chęcią to wykorzystają - powiedział czarny basior. Jego głos wydawał mi się znajomy. Trzymał w pysku linę, z zamiarem puszczenia jej. Nie zdążyłam nic powiedzieć, a już wylądowałam na twardej ziemi, prosto na tyłek. Tymczasem mój wybawco-oprawca stał do mnie tyłem.
- Miękkie lądowanie? - powiedział zgryźliwie, odwracając się.
- Hael ! Witaj - krzyknęłam uradowana - czemu ostatnio po prostu sobie poszedłeś?
Zapytałam bacznie mu się przyglądając.
- Może jakieś dziękuję? Poza tym zawsze robię co chcę, a jak chcę iść to idę i tyle w temacie.
- Dziękuję - rzekłam
W sumie miał rację. Może on wcale nie ma ochoty ze mną rozmawiać, więc postanowiłam wrócić do swego zajęcia, co trochę go zdziwiło.
- Po co je zbierasz? - zapytał niby obojętnie, usadawiając się na miękkim mchu.
- Robimy dziś ognisko dla sierot, żeby trochę umilić im pobyt. Każdy może przyjść - odparłam, kładąc suche gałązki na już dość dużą ich górkę.
- Je też chcesz uczyć jak cieszyć się życiem? - spytał widocznie wspominając nasze spotkanie sprzed kilku dni.
- Tak, im idzie całkiem dobrze, a tobie?

< Hael?>

Od Rusłany Cd. Kordiana

Serena i ja wpatrywałyśmy się w Kordiana z osłupieniem. Ten wniesiony przez demona rozbłysnął światłem i padł. Poczułam, jakby na chwilę stanęło mi serce, a wszystkie moje mięśnie i kości zmieniły się w stal przykutą do lodu. Serena krzyczała, żebyśmy uciekały, jednak ledwo ją słyszałam. Ona sama nie wiedziała do końca co się stało. Zapewne nie tak miało to wyglądać. W pewnej chwili poczułam wbijające się w moje ciało szpony, które wyrwały mnie z amoku. Szybko obruciłam głowę w prawo. W moim kierunku biegli już strażnicy Nazgrela. Przy celach było ich czterech, ale z minuty ma minutę przybywało. Lodowe sztylety natychmiast wystrzeliły z moich łap. Serena atakowała ich z góry, zatapiając szpony w masywne karki. Strażnicy Nazgrela nie dawali jednak za wygraną, bowiem ich moce były podobne do moich, a nawet lepsze. W tamtym momencie przyszło mi do głowy stworzenie lodowej kopuły, pod którą mogłybyśmy się schronić. Skinęłam na Białą. Gruba warstwa lodu nie dała nam spokoju na długo, jednak przez chwilę mogłyśmy obserwować na którą stronę przechyla się szala zwycięstwa. Kordian nadal leżał bez ruchu na lodowej posadzce, osłaniany przez Jauoena. Wpatrywałam się w niego i miałam nadzieję, że wstanie. Ponownie zdałam sobie sprawę jak bardzo mi na nim zależy i jak wiele dla mnie zrobił. Teraz właśnie nadarzyła mi się okazja, by mu się za to odwdzięczyć i pokazać jak jest dla mnie ważny. Bo przecież ja...też go kocham.
Moje ciało zaczęło drżeć. Złapałam Serenę i przycisnęłam jak najmocniej do siebie. Lodowa energia z mojego ciała pokryła wnętrze kopuły. Ta nie wytrzymując została rozsadzona na setki ostrych kawałków, wbijających się w ciała przeciwników. W tamtym momencie ujrzałyśmy jak niebywale potężny Jauoen zadaje ostateczny cios Nazgrelowi. Z całego jego ciała wiodła oślepiająca wręcz energia, podobna do energii Kordiana, kiedy walczył. Energia ta paliła ciało Nazgrela, który wkrótce rozsypał się na popiół. Nastała chwila ciszy. Wreszcie głos mojego serca nakazał łapom pognać w stronę Kordiana. Wzięłam jego głowę między łapy. Wreszcie mogłam przy nim być.

- Kordianie - wyszeptałam drżącym głosem, jednak nie odpowiedział. Roztrzęsiona zaczęłam sprawdzać oddech i puls. W duchu odetchnęłam z ulgą, gdy te czynności występowały.
- Musi odpocząć - rzekł Jauoen - pomogę wam przenieść do w bardziej przytulne miejsce.
Demon zetknął na mnie, potem na Białą i znów na mnie.
- A co ze strażnikami? - spytała Serena, siadając przy łapie Kordiana.
- Rozpłynęli się podobnie jak i ich władca. Dla Kordiana to koniec historii z Nazgrelem, oraz początek lepszego życia.

<Kordian?>

sobota, 30 grudnia 2017

Od Haela Cd. Light

Wadera nieco mnie zaskoczyła. Bycie dzieckiem jest fajne? A to szkoda. Ja go nie doświadczyłem. Może to trochę bezduszne z mojej strony ale wzrok jakim na mnie spojrzała był z początku odpychający. Taki słodki i naiwny, że aż to niemożliwe.

- Nikt nie nauczy się być dzieckiem, jeżeli nigdy tego nie doświadczył - odparłem patrząc na nią poważnie
- Ja cię nauczę! - krzyknęła uszczęśliwiona. Następnie wskoczyła do wody przy okazji mocząc mi futro. Siedziałem jednak niewzruszenie i patrzyłem na nią beznamiętnie.
- Nie zmienisz nikogo jeśli on nie chce.

Minka wadery nieco posmutniała. Nie chciałem jej martwić. Po prostu taki byłem. Zimny i oschły. Gdyby nie to pewnie zdążyłbym umrzeć już kilkanaście razy. Podniosłem sie powoli o odszedłem zamiatając lekko piasek koniuszkiem ogona.

***

Minęło parę dni, a ja już zdążyłem zapomnieć całkowicie o ostatnim zdarzeniu. Właśnie przemierzałem okoliczne lasy w poszukiwaniu pożywienia dla watahy gdy napotkałem na osobliwy widok. Drobna wadera o żółtawej sierści wisiała w siatce zawieszonej na drzewie. Była to z pewnością jedna z pułapek ludzi.

- Nigdy się nie poddawaj. Nigdy zbytnio nie ufaj. Nigdy nie pokazuj, że można cię pokonać. Na świecie jest wiele osób które z chęcią to wykorzystają. - powiedziałem przegryzając sznur trzymający cały pakunek nad ziemią.

Odszedłem słysząc za sobą głośne łup świadczące o tym, że Light jest już na ziemi.

< Li? >

Od Kohu Cd. Isil

Musiałam przyznać, że prezent od Isil w postaci świeżej zwierzyny, bardzo mnie ucieszył. Byłam bardzo wychudzona i jedynie cudem jeszcze żyłam. Wbiłam zęby w mięso i oderwałam spory kawałek. Zaraz jednak po jego przełknięciu poczułam wyrzuty sumienia.

- Wiesz? Powinnyśmy zanieść to szczeniakom z ośrodka adopcyjnego. - zwróciłam się do wadery
- Pewnie masz rację. Nie pomyślałam... - odparła nieco zmieszana
- To może pomożesz zanieść mi to do ich jaskini... Wiesz... sama chyba nie dam rady - zaproponowałam uśmiechając się nieśmiało
- Dobrze. Prowadź! - następnie chwyciłyśmy po jednym futrzaku i zaniosłyśmy je do jaskini sierot.

To co tam zobaczyłyśmy zmroziło mi krew w żyłach. A mam wrażenie, że w Isil też. Małe, przemarznięte kłębuszki, leżące po kątach. Niektóre martwe. Były same. Żaden wilk ich nie pilnował. Spojrzałam na białą waderę obok mnie, a ona na mnie. Skinęłyśmy głowami, ruszając do pracy.
Na dobry początek ja rozpaliłam ogień, a Isil przyniosła wszystkie maluchy bliżej niego. Niektóre niestety trzeba było pochować. Następnie podgrzałyśmy mięso i zmieniłyśmy je w papkę, tak by małym łatwiej było ja przełykać. Dorzuciłyśmy tez do środka trochę ził wspomagających odporność.
Maluchy zajadały, aż im się uszy trzęsł, a my siadłyśmy przy nich by dodatkowo ogrzać je swoim futrem.

- Jest gorzej niż myślałam - powiedziała Isil przypatrując się śpiącym puchatym kuleczką
- Tak... Jest dużo gorzej. Trzeba z tym coś zrobić -  odparłam zapatrując się w tańczące płomyki ognia.

< Isiś? >

Od Kordiana Cd. Rusłany

Zacisnąłem mocniej zęby starając się nie okazywać bólu, jaki przy każdym stąpnięciu rozchodził się od skaleczonej łapy. Nie chciałem, by Rusłana widziała mnie takim. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, co przeszła. Sierść miała posklejaną od błota, skołtunioną i tylko świeże ślady łez przeświecały na niej srebrnymi stróżkami, a lśniące oczy skurczone przerażeniem wpatrywały się we mnie takim nieokreślonym spojrzeniem. A jednak była piękna… w całym swym cierpieniu, które znosiła dla mnie była najpiękniejsza. Skłoniłem lekko pysk zasłaniając krwawe rozdarcie na łopatce i ignorując ponaglające posykiwania Sereny szepnąłem z przejęciem i troską w głosie, może nawet z tajonymi łzami winy:

 - Jak się czujesz?

Szept mój szorstki i głęboki zginął gdzieś w podmuchach śnieżycy rozbijającej się o brzegi lodowej kadzi naszego więzienia, a może raczej uwiązł w zaschniętej krtani przemieniając w przytłumiony pomruk zagłuszany donośnym biciem stworzonego serca. Musiała mnie chyba usłyszeć jednak, zrozumieć, bo skinęła łagodnie głowa rozsypując falę ciemnych włosów. Przez moment pozwoliłem mojemu spojrzeniu utonąć w tych jej pięknych stalowych tęczówkach roziskrzonych zimnymi odblaskami zimy. Tą chwilę, kiedy czas się zatrzymał przerwało natarczywe naleganie mojej wężycy:

- Gruchacie sobie gołąbeczki. Stary pacan. Lepszego momentu na amory nie masz.
- Dasz radę iść – zapytałem zerkając wciąż z niepokojem na waderę. Znów potaknęła bezgłośnie.
- Zabierz ją stąd i uciekajcie – przemówiłem stanowczo do magicznej towarzyszki.
- A ty, co?! Bohaterstwa ci się zachciewa, tak?! Rozum odjęło?! Tyś się w główkę nie przy grzmocił za mocno kochasiu?! – perswadowała rozpaczliwie starając się przekonać mnie bym poszedł razem z nimi. Uśmiechnąłem się do niej łagodnie.
- Nie zostawię tak Jauoena! Nie tym razem. Musicie iść. Ty także Rusłano… kocham cię i nie mogę kolejny raz cię stracić. – Podszedłem i pocałowałem ją w czoło. – Chcę być pewien, że jesteś bezpieczna.

Z furią ruszyłem naprzód między śmigającymi dokoła kulami energii. Dokoła siebie czułem pulsującą aurę mojej przemiany w Miseriosa. Gęsta sierść falowała spiesznym oddechem, mięsnie pulsowały, a krew krążyła szybciej. Tylko rana na łapie nie chciała się zregenerować tak szybko i kiedy dopadłem wreszcie przyjaciela wprost upadłem pod jego stopy. Dyszałem ciężko, ale byłem pewien, że moja magiczna energia jest nienaruszona. Potężny duch nie przerywając odpierania wściekłych ataków demona przemówił do mnie tubalnym głosem, który zdawał się rozszczepiać w powietrzu na tysiące osobnych głosów.

- Po co tu przyszedłeś? Mieliście uciekać? – przemówił bez cienia wdzięczności, ale i bez rozgoryczenia, jakby właśnie tego się spodziewał.
- Ona musi żyć – powiedziałem oszczędzając sobie wysiłku dalszych wyjaśnień – Rób co musisz. Nie Ważne ile to będzie mnie kosztować.

Poczułem, że jakaś siła unosi mnie z zimnej posadzki, a magia wypełnia od środka, jakby coś spalało mi wnętrzności i w tym momencie straciłem świadomość.


<Rusłana? Lepiej późno niż wcale, a pisanie z tobą to prawdziwa przyjemność>

Od Light Cd. Hael

Siedziałam na miękkim i białym plażowym piasku Białej Plaży. Gdzieniegdzie można było znaleźć wyblakłe od promieni słonecznych muszelki różnych kształtów. Morze było dziś spokojne, a szum jego fal wprawiał w miły nastrój. Spojrzałam w górę. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Tylko co jakiś czas przelatywała samotna mewa. Delikatna bryza porywała moje jasnobrązowe włosy. Wciągnęłam powietrze. Dało się w nim wyczuć zapach soli, jak nad każdym morzem. Zagarnęłam lewą łapą garść piasku, który następnie przesypałam do prawej. Bawiłam się tak kilka razy udając klepsydrę, i za każdym razem, gdy nie miałam już piasku w łapach (po wybraniu uprzednio wszystkich muszelek) brałam następną garść. Zatracona w swojej zabawie, nawet nie zauważyłam, że ktoś pojawił się na plaży i na dodatek usiadł koło mnie.

- Nie uważasz to za trochę dziecinne? - spytał basior. Wyglądał na kogoś w moim wieku. Miał czarne umaszczenie i jasnozielone oczy. Sierść na karku była lekko nastroszona, a oczy do połowy przysłaniała grzywka. Basior przyglądał się mi z przekrzywioną głową, na jego twarzy nie było uśmiechu, a raczej nikły wyraz kpiny. A może mi się wydawało?
- W każdym z nas zostaje odrobina dziecka, to pomaga cieszyć się życiem - odpowiedziałam z entuzjazmem - słyszałam, że w basiorach zostaje nawet więcej tego dziecka.
Chciałam jakoś rozwinąć rozmowę w ten sposób, ale basior tylko zmarszczył brwi i przytaknął. Nie chciałam się poddać od razu, to nie w moim stylu.
- Jestem Light, ale możesz mówić Li - wyciągnęłam łapę chcąc się przywitać - a Ty?
- Mam na imię Hael. A Ty jesteś zbyt miłą i nieczujną osobą dla obcych - podał mi rękę lecz niezbyt optymistycznie. Hael nie był zbyt skory do poznawania nowych osób, ale mi to nie przeszkadzało. Może okaże się kimś innym niż wydaje się na początku? W każdym z nas jest coś dobrego. W Haelu pewnie też, więc postaram się to wyciągnąć i uaktywnić.

< Hael? >

piątek, 29 grudnia 2017

Od Isil CD Siyi

Kordian powiadomił mnie, że Siya się w końcu obudziła. Powinnam ją w końcu odwiedzić... Ją i jej maluchy. Ale trochę się bałam. Ostatnim razem kiedy się widziałyśmy, zostawiłam ją na pastwę losu i uciekłam... No, prawie na pastwę losu. W końcu Verendil się nią zajął. Ale gdyby nie on...
Potrząsnęłam głową. Muszę do niej iść, chociażby po to, żeby ją przeprosić. Przecież już jestem inna. Nie jestem takim tchórzem jak wtedy. Choć teraz odpoczywa, lepiej pójdę do niej jutro. Ale nie później.
***
Jak postanowiłam - tak zrobiłam.
Weszłam do jaskini. Na środku leżała Siya, lecz unikałam jej spojrzenia, rozglądając się wokół. Nigdzie nie było szczeniaków... No tak, Rusłana się nimi opiekowała, póki ich matka dochodziła do siebie. W końcu spojrzałam na czarną waderę. Wyglądała jakby była moim całkowitym przeciwieństwem. Mimowolnie się delikatnie uśmiechnęłam.
- Witaj, Siya - przerwałam w końcu tą niezręczną ciszę.
Wilczyca wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwilę. W końcu spytała:
-Kim ty jesteś?
Poczułam się całkowicie zbita z tropu. Przecież się znałyśmy i to dość dobrze... Przyjrzałam jej się jeszcze raz. To była ona, nie mogłam się pomylić...
-To ja, Isil. Nie poznajesz mnie? -spytałam, ale Siya powtórzyła tylko za mną jak echo:
-Isil?
Nie rozumiałam... Straciła pamięć, czy co? Wadera wbiła wzrok w ziemię.
-Hej, możesz mi przecież zaufać... A przynajmniej już raz to zrobiłaś -powiedziałam, gdy nagle sobie coś uświadomiłam. 
Chyba raczej na to zaufanie nie zasłużyłam...
-Nie pamiętam cię. Nic nie pamiętam, sprzed rozmowy z Verendilem - odezwała się w końcu Siya.
-Zaraz... A pamiętasz chociaż, że jesteś mamą!? - Byłam wstrząśnięta faktem, że mogłoby być inaczej, jednak wadera wpatrywała się we mnie nierozumiejącym wzrokiem. - Masz dwójkę przeuroczych szczeniąt. Córkę Rakshę i Syna Sneeu - poinformowałam natychmiast.
Zamyśliła się, jakby te imiona coś jej mówiły. Uff, może jednak to tylko tymczasowy zanik pamięci, a nie długotrwały uraz. Chociaż nawet gdyby to była nieuleczalna przypadłość, powinna zapamiętać imiona istot tak bliskich jej sercu, jak własne dzieci.
-Możesz mi o mnie opowiedzieć? - poprosiła.
Spróbowałam przypomnieć sobie wszystko co o niej wiem.
-Nazywasz się Siya. Pełnisz rolę myśliwego w watasze. Wolisz noc od dnia i jesteś bardzo nieufnym wilkiem... Masz dwójkę szczeniąt; Sneeu i Rakshę. Sneeu jest starszy... Miałaś także trzeciego szczeniaka, Vaidera, ale on zginął w tym samym dniu, w którym ty straciłaś pamięć... - Znów poczułam wyrzuty sumienia na myśl o tamtym dniu. W moich oczach zaczęły się zbierać łzy - To przeze mnie zginął, nie udało mi się go uratować, a potem tchórzliwie uciekłam... Wybacz mi, proszę...
Spojrzałam na nią, z łzami w oczach.

<Siya? Może być?>

czwartek, 28 grudnia 2017

Od Siyi CD Isil

Ostatnim co pamiętam – choć moja pamięć pozostawia zdecydowanie wiele do rzeczenia – jest moja rozmowa z Verendilem. A raczej monolog ogromnego basiora, który zakończył się dosyć bezsensownymi w moim przypadku pytaniami o zajście, którego nawet nie pamiętam. Później nastała ciemność (najwyraźniej musiałam zemdleć, chociaż nie mam pojęcia z jakiego powodu). I tak właśnie znajdujemy się tym miejscu mojej historii, kiedy to wybudzam się z najwyraźniej całkiem długiego snu.
Co najśmieszniejsze obudziły mnie promienie słońca, jak w jakimś tanim romansie. Jak na złość dzień był niezwykle pogodny, co już na starcie wprawiło mnie w zły humor. Nie wiem tak właściwie skąd wzięła się u mnie ta niechęć – może to efekt mojego „poprzedniego życia” – jednak faktem pozostaje, że musiałam z tym żyć. Spróbowałam przeciągnąć się i rozruszać moje zdrętwiałe ciało, jednak wyszło mi to dosyć niezdarnie. Stąd mogłam wywnioskować, że spałam rzeczywiście całkiem długo. Nie zdążyłam nawet zbyt dobrze przejrzeć na oczy, gdy do środka dziarskim krokiem wszedł średniej wielkości basior o brązowym umaszczeniu. Gdzieś już go chyba widziałam. Verendil wspominał jak ma na imię. Kordian, czy jakoś tak. Musiał skorzystać z jakiegoś czaru alarmującego, skoro wiedział o moim przebudzeniu. Wilk wpatrywał się we mnie z oczekiwaniem. Na co? Nie miałam pojęcia. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że praktycznie wszystkie rany już się zagoiły, co właściwie tylko potwierdzało moją teorię. W końcu po chwili ciszy to ja jako pierwsza zabrałam głos:
- Jak długo byłam nieprzytomna?
- Prawie trzy i pół tygodnia – odparł tryskając z jakiegoś powodu niezmiernie irytującą pozytywną energią.
- Działo się w tym czasie coś ciekawego? – zapytałam najobojętniej jak tylko mogłam. Samiec jakby trochę posmutniał, a jego uśmiech przygasł.
- Tak i to nawet całkiem sporo… - przerwał na chwilę, jakby nad czymś się zamyślając. Dopiero moje chrząknięcie wyrwało go z zadumy i z westchnieniem kontynuował: - Na watahę spadła jakaś zaraza. Pierwszy raz widziałem coś takiego na oczy. Wszystkie wilki wręcz znikały w oczach. Pierwsze zmarły Alfy, a później już jakoś się to potoczyło. Tylko nielicznym udało się wykaraskać.
Gdybym nawet chciała, nie mogłabym zdobyć się choćby na cień współczucia, bo jakby na to nie patrzeć, niczego nie pamiętałam.
- Właściwie całkiem niedawno Kohu i Isil zostały nowymi przywódczyniami. Próbują teraz jakoś to wszystko przywrócić do życia – dodał nagle. Oczywistym było, że nie miałam pojęcia o kim mówi, jednak nijak tego nie skomentowałam. Za to z nieznanych mi przyczyn poczułam nieziemskie zmęczenie. Druid spojrzał na mnie zamyślony, jednak po chwili jakby z nowym entuzjazmem powiedział:
- Przez jakiś czas będziesz jeszcze mocno osłabiona. Nie przejmuj się niczym i wypoczywaj – po czym wyszedł z groty.
***
Kilka dni później w moje progi zawitał kolejny gość. Tym razem była to biała wadera. Stanęła w progu, wyglądając na mocno skrępowaną. Właściwie patrzyła wszędzie tylko nie w moją stronę. Za to ja z ciekawością się jej przyglądałam. W końcu zrobiła krok do przodu i powiedziała, dosyć niepewnie przerywając niezręczną ciszę:
- Witaj Siya.
A więc i ona mnie zna. Na najlitościwszego Kerui, czy to się kiedyś skończy?

<Isil? XD>

Powrót!

"Nie przejmuj się, jeśli upadniesz. Jeżeli nikt cię nie podniesie, przynajmniej sobie poleżysz"

Powrót!

Powrót!